Jesteś autorem ukochanego przeze mnie zdania: „Centrum wszechświata jest wszędzie”.

Głęboko w to wierzę. Odwiedziłem i mieszkałem w miejscach o ogromnym ładunku energii, takich jak Paryż, Londyn czy Nowy Jork. Mieszkańcy tych miast myślą, że są pępkiem świata, że są w absolutnym środku wszystkiego. Tak może być, ale to nie wyklucza, że Wrocław także może być centrum wszechświata, tak samo jak góra Gugu w Etopii. Wszystko zależy od nastawienia ludzi, sposobu postrzegania innych, otwartości, pulsu miejsca... Prowincjonalna mentalność może zdarzyć się też w metropolii. Często przeglądam mapy, jako dziecko lubiłem bawić się globusem. Kiedyś mnie to dziwiło, dziś „po dorosłemu” wkurza sposób, w jaki przedstawiony jest układ naszej planety. Centrum – mniej więcej zwykle na wysokości wzroku – to pieprzona Europa. Dlaczego Rosja jest na górze? Standardowa mapa pomniejsza rozmiar Afryki, to znaczy przedstawia ją w mniejszej skali niż resztę kontynentów. To hańba!

Dlaczego tak się dzieje?

Wszystko przez zamiłowanie ludzi do wyznaczania granic, ale chodzi o coś więcej niż określenie ram czy porządkowanie świata. Ja wolałem zawsze przekraczać granice i limity, niż poruszać się wyznaczonymi z góry trasami. Interesowały mnie terytoria pomiędzy, niby nienależące do nikogo, a przecież czyjeś. Zachowałem do dzisiaj starego vana – pamięta jeszcze lata 70. – to mój dawny kompan, najwierniejszy druh: przejechałem nim ze Szkocji do Indii.

Po co są nam potrzebne granice?

Bo tak skonstruowano świat, podzielono go, nazwano i ukazano na mapach. Bardzo mnie zawsze cieszyło, gdy docierałem do miejsca, w którym na mapie przebiega linia dzieląca dwa państwa lub terytoria. Nie ma czego się bać, miejsca graniczne są fascynujące. Ludzie tam mieszkający są otwarci i hojni – hojni emocjonalnie – oni są centrum wszechświata. Jechałem w takie miejsca i po prostu chłonąłem atmosferę tych przestrzeni.

Dlatego tak mnie irytuje, gdy słyszę: powinieneś mieszkać w Londynie, a nie na jakimś zadupiu jak teraz (Cousins mieszka w Edynburgu – red.). Odpowiadam: jesteś w porządku, mógłbyś mieszkać w Szkocji, dałbyś radę. Nigdy nie aspirowałem do tego, by być częścią jakiegoś miejsca, świata, środowiska. Ludzie mówią mi, że w Londynie miałbym lepsze warunki do robienia kina. W dzisiejszych czasach dobre kino można robić wszędzie.

Czym jest kino dla ciebie? Czy coś jeszcze zostało do dopowiedzenia po tak epickim dziele, jakim było „The Story of Film – Odyseja filmowa”.

Jak tylko przestajesz kręcić filmy – przynajmniej ja tak mam – zaczynasz oglądać cudze dzieła. I widzisz inną wrażliwość, dynamikę, styl. Dochodzi do ciebie, o jak wielu aspektach czy rozwiązaniach sam nie myślisz. Więc nie ma tak, że formuła kina miałaby lub mogłaby zostać wyczerpana przez jednego człowieka. To nigdy nie nastąpi.

Większość ludzi idzie do kina, by coś przeżyć – chodzi o jakiś rodzaj dramatycznego doświadczenia czy też katharsis. Nigdy nie traktowałem tak kina. Kino to zawsze było dla mnie spotkanie z magią lub mitem. Niemal jak ucieczka w sen czy marzenie. Czasami jesteśmy tak skoncentrowani na sobie: swoim życiu, pracy, rachunkach i rzeczach przyziemnych, że zapominamy o naszych emocjach. O tym wszystkim, co siedzi głęboko – nie zadajemy sobie pytań, skąd się to wzięło i co to oznacza. Kino jest dobre właśnie w takich przypadkach. Pomaga nam nazywać własne lęki, ambicje, pragnienia. Kino przeżywam jak dziecko. Niemal intuicyjnie. Kino przypomina mi o drobnych radościach, małych szczęściach w życiu, pomaga mi też docenić sam fakt, że żyję i mam ogromne możliwości. Głębiej przeżywam życie dzięki kinu. Wychodzę na deszcz, zdejmuję koszulkę i cieszę się jak młokos.

Kino ma swoje ograniczenia – jak wszystko – by powrócić do tak lubianego przez ciebie tematu granic.

Kino nie spełniło pokładanych w nim nadziei, jeśli chodzi o oddanie stanów emocjonalnych człowieka w czasie wojny. To oczywiście moje zdanie, ale na mnie to nie działa. Kino nie jest w stanie oddać strachu, adrenaliny, myśli – tego wszystkiego, co nakłada się na strumień świadomości i uczucia żołnierza w trakcie akcji: na polu bitwy, podczas inwazji miasta, w okopach lub w czołgu – wymyśl, co chcesz, ale to po prostu nie działa. Zawsze masz świadomość, nawet podczas najbardziej sugestywnego seansu, że siedzisz bezpieczny na kanapie lub w klimatyzowanym kinie i jesteś setki kilometrów od piekła, które oglądasz na ekranie. To dystansuje. Nie ma sposobu, żebyś poczuł to, co ludzie w stanie wojny, walki. Kino jest dobre w ukazywaniu emocji czy motywów bardziej uniwersalnych, wpisanych w pamięć ogółu, takich jak miłość czy samotność. Bo zawodzi, jeśli chodzi o przeżywanie żałoby, której – znów to jest tylko moje zdanie – nie można odczuć w pełni z ekranowym bohaterem. Tu też działa niewidoczna granica oddzielająca czy wręcz chroniąca nas od trudnych emocji.

Twój najnowszy film „I am Belfast” to dokument. Choć wcale nie jestem tego taka pewna.

I dobrze. Ja ten film nazywam magicznym realizmem. Są w nim na pewno elementy typowe dla kina dokumentalnego – zdjęcia rejestrowałem moją małą kamerką przez ponad półtora roku. Chodziłem po mieście – przeszedłem każdą ulicą – dokumentowałem różne oblicza Belfastu, różne jego twarze. Potem zaprosiłem do współpracy autora słynnych zdjęć w jeszcze słynniejszych filmach – Christophera Doyle’a. I on po swojemu uchwycił to miasto, zatrudniliśmy aktorkę, która w prawdziwych lokacjach miała do odegrania konkretne sceny. Zbudowaliśmy ścianę, pomalowaliśmy ją na złoto, to był jeden z niewielu sztucznych elementów naturalnej scenografii.

Co chciałeś powiedzieć, osiągnąć za sprawą tego filmu?

Chciałem uchwycić ten rodzaj świadomości – zespolenia z miastem – który osiągasz, gdy dobrze znasz jakieś miejsce: kochasz je, łazisz po nim, czujesz je całym sobą. Niemal słyszysz, jak oddycha, jak się poci latem i twardnieje zimą. Obserwujesz, jak się zmienia, znasz wszystkie odcienie nieba o każdej porze, znasz zapachy, odgłosy. A potem kładziesz się spać i śnisz o swoim mieście, wiesz, że ślepe uliczki tak naprawdę gdzieś cię prowadzą.

Urodziłeś się w Belfaście. To, co was łączy, to musi być miłość, tyle że trudna miłość.

Kocham to miasto. Jest proste, otwarte, nie ma w nim pretensjonalności. Mieszkańcy Belfastu to w większości klasa robotnicza – bardzo określony typ ludzi: hardych, prostolinijnych, obdarzonych specyficznym poczuciem humoru. Miasto nie jest modelowo piękne i ma tego świadomość, ale potrafi zauroczyć. Surowe piękno tego miejsca wciąż mnie zachwyca. Wydaje mi się jedną z najczystszych i najprawdziwszych rzeczy, jakie widziałem w życiu.

Czego w nim nie lubisz?

To miasto złamane, naznaczone nienawiścią, walką, podziałami. Nie lubię konserwatyzmu, który wciąż jest tu obecny, przejawów homofobii i rasizmu. To miasto nosi w sercu swój własny melodramat, bywa ckliwe, sentymentalne, wypluwa z siebie emocje, krzyczy, rzadko mówi szeptem. Belfast w moim odczuciu jest kobietą, do tego kobietą wybuchową, temperamentną. Wracam tam średnio raz w miesiącu, mój brat i mama wciąż mieszkają w Belfaście. Edynburg, w którym ja mieszkam, pozwala mi na częste wizyty. Chyba nigdy tak naprawdę nie wyprowadziłem się z domu.

Oglądam twój film, patrzę na ulice, budynki, mury, które portretujesz. Jesteśmy zaledwie epizodem w życiu miast, przedmiotów i w twoim filmie widać to wyraźnie. Coś nam się pomieszało, bo myślimy, że jesteśmy ważni w tym wszystkim. Nie jesteśmy.

Zgadzam się z tobą. To jest samoświadomość, do której dążę, a wokół której zwykle dryfujemy. Nie kontrolujemy swoich myśli. Radość, lęk i żal często są uczuciami, z którymi mierzymy się równocześnie, ale nie odczuwamy tego, bo zwycięża to, co najbezpieczniejsze. Sami nad sobą nie mamy kontroli, jak więc możemy mieć ją nad czymś tak wielkim, nieokreślonym i wielowymiarowym jak miasto.

W jakim kierunku zmierza kino twoim zdaniem?

Kino jest w wyśmienitym punkcie, nie zgadzam się z krytycznymi opiniami o jego końcu. Jest doskonały sprzęt, kino przestało być hermetyczne, są wielkie możliwości. Trzeba wiedzieć, co z nimi zrobić. Jak słyszę, że kinematografia powinna zwrócić się ku przeszłości i z niej czerpać, to chce mi się śmiać. Nostalgia to ciężka choroba, na którą zapadają biali Europejczycy, którzy zatrzymali się na kinie Felliniego. Powinni zacząć oglądać kino z Tajlandii, Filipin, Grecji, obejrzeć radykalne filmy dokumentalne powstające w Anglii w małych ośrodkach telewizyjnych. Mówię to z pełną świadomością: na świecie jest 5 bilionów kamer, na ogół włączonych. Co wy na to? Corbusier powiedział, że technologia jest jak poetyka. I miał rację.

Oczywiście, nie zapominajmy o tym, że powstaje dużo gównianych filmów, ale bezsprzecznie dostęp do narzędzi sprawił, że kino stało się jedną z najbardziej demokratycznych dziedzin sztuki. Przez to kino staje się też coraz bardziej osobistą wypowiedzią. Podobnie było z malarstwem, w dużym uproszczeniu można powiedzieć, że najpierw było malarstwo freskowe. Potrzebny był ci sponsor, na przykład papież lub ktoś, kto da ci pieniądze. I siadałeś do pracy. Potem – jasne, że jakiś czas potem, wszystko to trwało – pojawiło się malarstwo olejne, co bardzo upowszechniło sztukę. Byłeś już tylko ty i twój pędzelek oraz względnie tania i dostępna farba zamknięta w pudełeczku. Mogłeś sam decydować o wszystkim.

Dzisiaj też już nie potrzebujemy wielkiego studia filmowego do realizacji filmu.

To prawda, to dał nam rozwój technologii. Oczywiście w kilku wypadkach studia filmowe dokonały cudów. Wyprodukowały wspaniałe filmy, które oszałamiają swoim rozmachem i wizją, ale to, co robią na co dzień, sprawia, że kino traci ostatnie ślady fantazji i polotu, z kolei widzów się rozleniwia: dosłowność sprawia, że nie muszą używać wyobraźni i intuicji. Cokolwiek byśmy jednak powiedzieli, wolność, którą ma dzisiaj w sobie kino, niesie ze sobą pewne niebezpieczeństwa, ale jest lepsza niż zniewolenie.

Kino bywa demokratyczne, wolne, twórcze. Ale świat – w tym świat sztuki – jak sam pisałeś, jest na ogół zniewolony i podzielony. Przypomniał mi się twój esej o taksówkarzach.

Jeżdżę na różne festiwale, wystawy, odczyty. Na ogół wiezie mnie taksówkarz. Zwykle podjeżdżamy pod piękny, nowoczesny budynek, zawsze pytam kierowcę, czy był w środku. Pada odpowiedź: „Nie, to nie dla mnie” etc. A ja bym chciał dożyć czasów, gdy taksówkarz będzie mi rekomendował wystawę, galerię, jakiś obiekt. Jest mi wstyd za świat sztuki i kultury, do którego zresztą sam przynależę. Kuratorzy i właściciele galerii są jak selekcjonerzy w klubach. Wystawy profilowane są tylko pod tych, którzy potrafią odróżnić chardonnay od pinot grigio. Pieprzyć to. Tu też nie powinno być granic. Przez to tworzą się getta, rośnie nienawiść, izolacja. Taksówkarz wie, że nie jest to jego świat. Zresztą taksówkarz jest tu tylko symbolem, nie chcę nikogo stygmatyzować. Noszę w sobie wielką niezgodę na koncept, że sztuka ma być tylko dla elit. To elity są dla nikogo.

Myślisz, że zrobisz kiedyś film w 3D?

Mam mózg i dwoje oczu, które patrzą w systemie binakularnym. Więc ja polegam na swoim naturalnym, wrodzonym 3D. Chodzenie na filmy w technologii 3D mogę porównać do takiej sytuacji: idę do restauracji zamówić pizzę, ale składniki pozwalam dobrać kelnerowi.

Są chlubne wyjątki.

Werner Herzog nakręcił wspaniały film w 3D „Jaskinia zapomnianych snów”, Wim Wenders zrealizował wyśmienity film dokumentalny w tej technologii o Pinie Bausch. Dla mnie na razie wszystko w temacie. Gadżet, który przez dwóch filmowców został wykorzystany z sensem. Niewielu to potrafi.

Słyszałam, że nie oglądasz tak popularnych obecnie seriali.

To prawda. Nigdy nie oglądałem niczego dłużej niż 20 minut. Nie rozumiem tej ekscytacji, nie chcę tak spędzać weekendów, nudzi mnie to. Ale dobre wieści są takie – ludzie, przynajmniej większość z nich, są zainteresowani długą formą. Jak się okazuje, mogą zobaczyć siedem odcinków z rzędu i nie pękają. Drogi kolego filmowcu, jak ktoś będzie ci wmawiał, że film nie może trwać 120 minut, to bredzi. Może nawet i dużej. Seriale i filmy z Bollywood są tego dowodem. Za kamery zatem!

Wracając do seriali, zupełnie inaczej postrzegam rolę kina i telewizji, rozgraniczam to. Chcę, żeby moje kino było większe niż życie. Telewizję włączam, gdy chcę posłuchać newsów albo sprawdzić pogodę. Wolę wrócić do pięknego filmu sprzed lat, niż obejrzeć nawet najbardziej „gorący” serial. Jak widać można bez tego żyć.

Do jakiego filmu zatem często wracasz?

Może nie często, ale raz na jakiś czas oglądam „Niebieski” Kieślowskiego.

Może jakiś tatuaż związanym z tym filmem...

Bardzo dobre pytanie. Tutaj (Cousins zadziera koszulkę i pokazuje wolne miejsce wysoko na ramieniu) chcę wytatuować sobie napis „Vice versa”. To motyw z jednego z moich ulubionych filmów „Performance” w reżyserii Donalda Cammella i Nicolasa Roega. Film traktuje o zmianie tożsamości. Zgłębianie, analizowanie tożsamości miejsc i ludzi było dla mnie zawsze bardzo ważne. Nie ma czegoś takiego jak jedna obowiązująca tożsamość. To bardzo ciekawe i ważne zjawisko, które za sprawą technologii, biotechnologii i naszej rosnącej samoświadomości będzie ewoluować. Nie mogę się doczekać efektów!

Nadzieja na kino

Krytycy filmowi rzadko stają po drugiej stronie barykady, jeszcze rzadziej odnoszą sukces jako reżyserzy. Przed laty François Truffaut – który karierę zaczynał jako dziennikarz „Cahiers du cinéma” – udowodnił, że to możliwe. Mark Cousins wciąż okazyjnie zajmuje się krytyką, ale skupia się przede wszystkim na realizacji filmów dokumentalnych (o najnowszym, „I am Belfast”, opowiada w wywiadzie powyżej). W Polsce znamy najlepiej jego kinofilski serial „The Story of Film – Odyseja filmowa”, pokazywany w kinach i wydany także na DVD. Niedawno zaś w serwisach VoD pojawił się cykl „The HiBrow Trilogy”, projekt znacznie skromniejszy, ale nie mniej fascynujący. Pierwszy z filmów „Here Be Dragons” to zapis wędrówki reżysera po Albanii. „Life May Be” to cykl filmowych listów, jakie Cousins wymieniał z irańską aktorką i reżyserką Manią Akbari. „6 Desires” natomiast to próba odtworzenia podróży D.H. Lawrence’a po Sardynii. „Nie ma w »HiBrow Trilogy« komputerowych dinozaurów ani dzikich pościgów jak we wspaniałym »Mad Max: Na drodze gniewu« – pisał Cousins po premierze – Ale wierzę, że są tam inne dzikie rzeczy i idee. Mam nadzieję, że jest tam kino”.