Roy Andersson

Roy Andersson

źródło: ShutterStock

Zgadza się pan z opinią, że w sztuce filmowej istnieją tylko trzy tematy: narodziny, miłość i śmierć? A tak naprawdę wyłącznie jeden: śmierć.

Bergman, zdaje się, był autorem tych słów.

Tak, przywołałam słowa Ingmara Bergmana, pańskiego profesora.

Robimy wszystko, by nie myśleć o śmierci. Niemal każda ludzka działalność, każda praca, czynność, pasja lub obowiązek – to sfery wymyślone po to, by oddalić refleksje o tym, co nieuchronne. Trzeba czymś zająć głowę, a głowa lubi płatać figle... A Bergman? Myślę, że on w ten sposób nie rachował. Robił wszystko, by nie odrywać się zbyt często od tematu śmierci i przemijania. Narzucił to sobie jak mantrę. I rzeczywiście mógł tak uważać, nie był człowiekiem, który rzucał sentencję, w którą nie wierzył.

Bergman w życiu koncentrował się niemal wyłącznie na rozmyślaniach na temat finału... życia. To o tyle ciekawe, że nie przynosiło mu to ukojenia. Nie miał najlepszego zdania o człowieczej codzienności, więc koniec jawił mu się jako pewnego rodzaju wyzwolenie, tyle że chciał stawiać swoje warunki do końca. Wiedział, że nie będzie mu to dane.

Dlatego rzeczywistość jawiła mu się często jako utrapienie. Kontakty z innymi nie należały do łatwych, jednocześnie pragnął atencji, chciał być stawiany na piedestale. My – studenci mieliśmy do jego sztuki ogromny szacunek, człowiekiem był trudnym, nie wszystkie nasze rozmowy czy spotkania były dla nas cenne czy przyjemne.

Bergman bywał zgorzkniały, bezwzględny, mrukliwy. Był nadwrażliwy na swoim punkcie, niezwykle inteligentny, piekielnie zazdrosny. Nawet o tę śmierć, myślał o tym, jak jej rzucić wyzwanie, jak ją przechytrzyć, zakpić z niej – chociażby w kinie.

Co było najcenniejsze w kontaktach z Bergmanem?

On sam. Formuła studiów zakładała, że jednak musiał nas czegoś uczyć, musiał z nami rozmawiać, dyskutować lub przynajmniej milczeć. Wszystko było pouczające. Obcowanie z taką osobowością było wielkim wyzwaniem. Z pewnością ja w kinie szukam czegoś innego. Czego innego także oczekuję od kinematografii niż mój profesor. Nie traktuję życia zbyt serio, dlatego również nigdy nie podchodziłem do filmu na kolanach. Jesteśmy tak samo śmieszni, jak i tragiczni w naszych wyborach lub zaniechaniach.

Za każdą komedią kryje się dramat?

I odwrotnie. Zawsze było mi bliskie dość abstrakcyjne poczucie humoru. Nie potrafiłem długo docenić gagu, nawet wyśmienitego, nie działał na mnie humor sytuacyjny – skórka od banana to nie moja bajka. Lubiłem czarny humor, podszyty sarkazmem, absurdem, ironią. Jestem dość prostolinijnym typem, więc zwykle u mnie dowcipna sytuacja, scena bądź dialog prócz tego, że mają bawić – a przynajmniej takie jest moje założenie – mają także wzruszać. I mówić coś więcej o człowieku, ukazywać jakiś aspekt człowieczeństwa lub jego braku.

Bywam okrutny wobec moich bohaterów, ale w każdym z nich siedzę ja sam. Nie mam najlepszego zdania o współczesnej Europie i kierunku, w jakim zmierza. Tyle że jestem częścią tej przestrzeni, więc jeśli coś krytykuję, to znaczy, że zwracam krytykę także wobec siebie samego.

Kino i sztuka czy też artyści i twórcy powinni stawiać przed sobą cele wyższe? Czy spoczywają na nich jakieś obowiązki względem odbiorcy? Prócz wartości estetycznych – oraz przyjemności i rozrywki – sztuka i kultura mają edukować, przestrzegać, oswajać?

Tak. Wszystko to może się mieścić w ramach najprostszych nawet działań z zakresu sztuki i kultury. I nie musi. To kwestia założeń. I moralności. Nie wiem, czy sztuka powinna i może być moralna, ale każdy twórca musi wcześniej czy później zadać sobie to pytanie. Bo twórca i jego dzieło to dwa różne pola, jedno nie przesądza o drugim. Pragnąłbym, aby moje filmy uruchamiały w widzach jakąś refleksję. Niech ich śmieszą, niech rżą na seansach do utraty tchu lub płaczą, smarkając w chusteczkę na całe kino, ale niech przy okazji towarzyszy temu głębsza myśl. Nawet jedna. Byle jedna. Niech to kino coś otwiera i uruchamia. Co? Nie jest mi ta wiedza potrzebna do niczego. Nie jesteśmy w szkole, więc nie zależy mi na podręcznikowym edukowaniu. Film to nie elementarz.

„Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu” to dopełnienie trylogii.

Tak, tyle tylko że wpadłem na ten pomysł już podczas realizacji tego filmu. Wcześniejsze filmy – „Pieśni z drugiego piętra” i „Do ciebie, człowieku” – były robione niezależnie, koncepcja trylogii skrystalizowała się dopiero przy tym trzecim tytule.

Między każdym filmem jest siedem lat różnicy, dobrze wyszło.

Prawda, jak jakiś koncept, ale proszę mi wierzyć – to przypadek. Ja po prostu długo pracuję nad każdą swoją produkcją. Czasami scenografię i wnętrze do jednej sceny robimy dwa, trzy miesiące. Ujęcie potrafi mi zabrać tydzień z życiorysu, po czym po pół roku do niego wracam. Wychodzę z założenia, że nie mam do czego się spieszyć. Montaż to koszmar. Wracając do pytania o trylogię, kiedy skończyłem zdjęcia do „Gołębia...” i na spokojnie zobaczyłem część materiałów, zdałem sobie sprawę, że ta historia – lub te historie – w sposób naturalny zaczęły dopełniać dwie poprzednie opowieści. Zrobiła się z tego ciekawa całość, niemal przypowieść o naturze człowieka. Proszę nie myśleć o mnie, jak o kimś wyrachowanym, kto próbuje podpiąć się pod poprzednie tytuły, które zyskały pochlebne recenzje, po prostu uznałem, że to ciekawe i ważne, że historia niejako sama zatoczyła koło. Myślę, że „Gołąb...” dobrze rezonuje z poprzednimi tytułami, uzupełnia je, poszerza, ale też podważa pewne kwestie – to wielopoziomowa saga o... narodzinach, miłości, śmierci. Niech będzie temu Bergmanowi.

O pańskich filmach trudno opowiadać. To znaczy nie sposób streścić fabuły. Oglądam je po kilka razy i za każdym razem skupiam się na czymś innym. A potem, gdy mam powiedzieć coś o całości, jestem bezradna, pytam raczej samą siebie: ciekawe, czy w tej sekwencji punktem wyjścia dla kompozycji obrazu było XVI-wieczne malarstwo?

Nie wiem, o której sekwencji myślisz, ale XVI-wieczne malarstwo jest mi bardzo bliskie, więc to zawsze właściwy trop. A odnośnie do streszczania fabuły – to chyba najpiękniejszy komplement, jaki mogłem dostać. Jeśli tak jest w istocie, mogę jedynie podziękować. Na pewno nie robię filmów z myślą o recenzjach na dwa tysiące znaków – lub sześć – nie myślę też o tym, jak będzie wyglądał krótki opis mojego filmu... Niech nad tym głowi się producent.

Myślę że kino niekoniecznie musi być ciągiem przyczynowo-skutkowym, nie musi mieć struktury przeboju muzycznego z powtarzającym się refrenem. Im trudniej opowiedzieć o filmie, tym lepiej. Obraz jest ważny, atmosfera, sfery, które film otworzy w człowieku. Słowa to niewielki procent filmu, ważne jest wszystko to, co pomiędzy nimi. Od słów są słuchowiska i literatura. Ja sam zresztą miałbym problem, żeby opowiedzieć, o czym są moje filmy lub jak dokładnie wygląda proces pisania scenariusza. Weźmy takiego malarza Francisco Goyę. To dla mnie od lat ważny twórca, reżyserując kilka scen w „Gołębiu...”, inspirowałem się jego obrazami: kolorystyką, cieniem, sposobem, w jaki portretuje pragnienie władzy. Ale co to dokładnie znaczy? Nie potrafię o tych konkretach opowiedzieć słowami, słowa tu nie wystarczają, bo gdyby zawsze były potrzebne i wystarczające, to nie stalibyśmy w muzeum przed ulubionym obrazem, godzinę gapiąc się na niego w milczeniu.