Na ekrany polskich kin wchodzi właśnie reżyserski debiut jednego z najbardziej wziętych aktorów ostatnich lat Ryana Goslinga. W mrocznym, hipnotycznym „Lost River” ostatecznie zrywa z łatką niewinnego, uśmiechniętego chłopca z Klubu Myszki Miki (gdzie zaczynał jako podrostek) czy wizerunkiem idealnego męża tudzież zięcia, jaki po roli w filmie „Kocha, lubi, szanuje” zrodził się w głowie pewnie niejednej kobiety. Bo choć przez najbliższych kilkanaście lat mógł odcinać kupony od aktorskiego sukcesu, Gosling postanowił rzucić się w nieznane i stanąć po drugiej stronie kamery. Podobnie jak cała rzesza jego koleżanek i kolegów po fachu, bowiem kino wyjątkowo upodobało sobie tę swoistą zawodową migrację.

Nuda, chęć przełamania rutyny, sprawdzenie się, adrenalina, prestiż, a może próba zapisania się w historii X Muzy? Przyczyn tego, że aktorki i aktorzy na pewnym etapie swojej kariery chętnie stają za kamerą, pewnie jest wiele, gdyż nie da się ukryć, że jest coś magicznego i przyciągającego w reżyserskim fotelu. Może artystyczna nieśmiertelność, w końcu częściej mówi się o Hitchcocku, Fellinim, Bergmanie czy Kubricku niż znakomitych aktorach bądź wybitnych kreacjach z ich filmów. A może to czysty pragmatyzm i chęć wzięcia pełnej odpowiedzialności za film, w końcu niejeden znakomity aktor ma w pamięci trudną współpracę z reżyserem, a w zawodowym CV rolę, której się wstydzi i najchętniej wymazałby z życiorysu.

To, co dla jednych, z różnych względów (najczęściej artystycznych), stanowi jednorazowy epizod, dla innych staje się nową profesją i sposobem na życie. By nie grzebać zbytnio w zamierzchłej historii, wystarczy spojrzeć na Clinta Eastwooda, Mela Gibsona, Kevina Costnera czy George’a Clooneya, którzy przeszli drogę od rasowych aktorów do reżyserów pełną gębą. Obserwując ich płynny przeskok za kamerę, w kolejce czeka już kolejny zaciąg. Ciekawy jest przypadek Bena Afflecka, który po raz pierwszy na reżyserskim stołku usiadł w 2007 roku, realizując film „Gdzie jesteś, Amando”. Aktor to raczej przeciętny, by nie powiedzieć eufemistycznie „drewniany”, ale już reżyser piekielnie zdolny. Dał temu wyraz w swoim debiucie, trzymającym w napięciu kryminale według prozy Dennisa Lehane’a. Prawdziwym popisem była jednak oparta na faktach „Operacja Argo”, łącząca brawurową akcję z inteligentnym poczuciem humoru. Co ciekawe, stał on nie tylko za kamerą, ale i przed nią, dając podstawy żartobliwej tezie, że Ben Affleck gra dobrze tylko w filmach... Bena Afflecka. Obsadzenie się w głównej roli, zwłaszcza w reżyserskim debiucie, to przyznać trzeba dość karkołomne i ryzykowne przedsięwzięcie, aczkolwiek nie należy ono do rzadkości. Tę drogę wybrał Johnny Depp w nieudanym „Odważnym” z 1997 roku czy Tommy Lee Jones w dla odmiany znakomitych „Trzech pogrzebach Melquiadesa Estrady” (2005). Jeszcze dalej w swoim reżyserskim debiucie, który miał premierę na niedawno zakończonym festiwalu w Cannes, poszła Natalie Portman. W filmie „A Tale of Love and Darkness” (z pięknymi zdjęciami Sławomira Idziaka) nie tylko stanęła za kamerą i zagrała główną rolę, ale też napisała scenariusz na podstawie wymagającego, autobiograficznego tekstu izraelskiego pisarza Amosa Oza.

Reżyserskie początki znanych aktorów zawsze wzbudzają pewne podejrzenia, bo na zebrane na kolejnych planach doświadczenia patrzeć można w dwójnasób. Z jednej strony to rodzaj szkoły filmowej i przyspieszony praktyczny kurs niełatwego przecież rzemiosła, z drugiej niebezpieczeństwo obrania drogi na skróty. Zagadnięty kiedyś o to Clint Eastwood przekonywał: „Lubię reżyserować w taki sposób, w jaki ja kiedyś byłem reżyserowany”. Problem pojawia się w chwili, kiedy te słowa zbyt mocno ktoś weźmie do siebie, bo granica pomiędzy twórczą inspiracją a bezmyślną kopią wydaje się wyjątkowo cienka. W tę pułapkę poniekąd wpadł Gosling, którego „Lost River” do złudzenia przypomina styl duńskiego reżysera Nicolasa Windinga Refna. Obaj panowie spotkali się na planie dwukrotnie, przed czterema laty w znakomitym „Drive” oraz dwa lata później w dużo słabszym „Tylko Bóg wybacza”. Pech chciał, że debiutowi popularnego aktora znacznie bliżej do tego drugiego. Łatwego zadania nie ma też John Turturro, jeden z członków filmowej rodziny braci Coen. Przyglądając się jego reżyserskim dokonaniom, od debiutanckiego „Maca” po „Romance & Cigarettes”, widać wyraźne, choć z pewnością nie tak nachalne jak w przypadku Goslinga, wpływy twórców, z którymi współpracował nie raz i nie dwa. Trochę z Petera Weira, a trochę z Ridleya Scotta ma debiut Russella Crowe’a „Źródło nadziei”. Film, w którym nowozelandzki aktor wraca do Gallipoli (o krwawej bitwie pod Gallipoli znakomicie opowiedział przed laty Weir), został raczej chłodno przyjęty przez krytykę. Wyjątkowo słaby wynik frekwencyjny, film zarobił bowiem ledwie 1/6 budżetu, sprawił, że o dalszych reżyserskich planach Crowe’a chwilowo nic się nie mówi.

Finansowanie takich produkcji to w ogóle ciekawa sprawa. Ryzyko wydaje się, że umiarkowane (choć przypadek Crowe’a pokazuje, że nie zawsze), bo o ile, jak wspomniałem, dłużej pamiętamy o reżyserach, do kina chodzimy jednak głównie na aktorów. A sam fakt, że Sean Penn czy Philip Seymour Hoffman stoją też po drugiej stronie kamery, potęgować może jedynie ciekawość. W jednym z wywiadów zapytano Goslinga wprost, czy jego nazwisko było rodzajem karty przetargowej w rozmowach z producentami. Skromny wciąż aktor odpowiedział, że dzięki temu dostał kredyt zaufania, który pozwolił mu na dobranie współpracowników wedle uznania, praktycznie bez żadnych ingerencji. A to jak wiadomo, zwłaszcza w amerykańskich realiach, często się nie zdarza. Czy aktorzy mają zatem łatwiej? Trudno jednoznacznie na to odpowiedzieć, ale z pewnością ich dorobek jest rodzajem polisy ubezpieczeniowej. W zabawny sposób skwitował to Eastwood, który uchodzi za absolutny wzór aktora reżysera: „Dostałem na film 31 milionów dolarów. Za te pieniądze równie dobrze mógłbym najechać na jakiś kraj”.