Artyści ze świata nie mają u nas lekko. Zdarza się, że przyjeżdżają z entuzjastycznie przyjmowanymi gdzie indziej inscenizacjami, tymczasem w Polsce zostają ustawieni do pionu. Chociaż minęło już niemal dwadzieścia lat, wciąż mam przed oczami sytuację z Festiwalu Unii Teatrów Europy, który odbywał się w Krakowie jesienią 1996 roku. Inaugurował imprezę Ingmar Bergman ze zrealizowaną w słynnym Dramaten w Sztokholmie „Iwoną, księżniczką Burgunda” Gombrowicza. Spektakl w Teatrze Słowackiego, widownia wypełniona do ostatniego miejsca wstrzymała oddech w oczekiwaniu na wydarzenie. I otrzymała arcydzieło – widowisko śmieszne i okrutne jednocześnie, prześwietlające na wskroś dramat Gombrowicza, wydłubujące z niego całą perwersję. Króla grał fenomenalnie Erland Josephson, bodajże Małgorzatę równie wspaniała Lena Endre – wielkie gwiazdy nie tylko filmów autora „Szeptów i krzyków”, ale i całego skandynawskiego kina. A jednak festiwalowej publiczności było nie w smak. Wystarczyło kilka sekwencji, by z widowni wyławiać niezadowolone pomruki. Nadeszła przerwa i pod wodzą jednego z najwybitniejszych i wtedy, i obecnie polskich reżyserów teatr opuściła spora grupa wstępujących na piedestał, a dziś już dobrze na nim zadomowionych artystów. Wiedzieli lepiej, jak się robi teatr. Wzruszali ramionami na tak „starą” estetykę konserwatysty Bergmana.

Na tamtym festiwalu nie zabrakło dzieł wielkich. Były spektakle Strehlera, Ronconiego, Lavaudanta. Wspominamy je sobie od czasu do czasu, kiedy przywołujemy w pamięci tamtą atmosferę – my, uczestnicy dawnego święta. Potem też bywało pięknie. Spektakle Puchera, Korsunovasa, Nekrosiusa na toruńskim Kontakcie oraz na wrocławskim Dialogu, wielokrotne wizyty spektakli Luka Percevala na wielu polskich przeglądach. Tyle że oglądamy je zwykle w bardzo podobnym gronie tych, którym nie wystarczą produkcje naszych młodszych zdolniejszych. Wiemy, że dobrze przystawiać polskiemu teatrowi lustro. Sprawdzać strategie inscenizatorów ze świata, aby sprawdzić, jaka realna siła tkwi w cudownych dzieciach znad Wisły. Utarła się opinia, że polski teatr przeżywa okres prosperity, może się mierzyć z najsilniejszymi. Chętnie się zgadzam, że nasza moc tkwi w różnorodności propozycji. I od razu pytam, gdzie inne powody do tak znakomitego samopoczucia? Bierze się ono z tego, że Krzysztof Warlikowski zjeżdża ze swymi przedstawieniami świat, a na dodatek pracuje na prestiżowych scenach operowych w ważnych ośrodkach? Z tego, że ktoś tam jeszcze pamięta o Grzegorzu Jarzynie? A może stąd, że zagraniczne próby mają za sobą Maja Kleczewska, Jan Klata, Krzysztof Garbaczewski, że w dwóch obiegach działa Wojtek Klemm? Jeszcze Krystian Lupa, który reżyserował między innymi w Madrycie, Petersburgu i Wilnie, a jego wrocławska „Wycinka” odwiedziła niedawno egzotyczne Chiny. Nie przeczę, są to powody do dumy. Nie śledzę też polskich reżyserów, może każdą chwilę w Berlinie albo Londynie spędzają na oglądaniu prac tamtejszych kolegów. A jednak nie umiem pozbyć się przekonania, że polski teatr zamknął się w spiżowej wieży i w gruncie rzeczy mało ciekawy jest tego, co za oknem. Tymczasem warto okno otworzyć, wpuścić trochę świeżego powietrza i odetchnąć nim pełną piersią.

Przed laty haustem adrenaliny była dla mnie pokazywana w Krakowie legendarna „Kariera Arturo Ui” Brechta, wyreżyserowana przez Heinera Muellera w Berliner Ensemble. Grano ją jeszcze długo po śmierci inscenizatora, tak jak na afiszu Piccolo Teatro di Milano wciąż utrzymuje się (od ponad półwiecza) genialny „Sługa dwóch panów” Giorgio Strehlera, teraz doświadczą tego samego spektakle zmarłego niedawno Luki Ronconiego. „Kariera Arturo Ui” z Berlina była jednak doświadczeniem szczególnym. Obezwładniała operowym rozmachem, bo niemiecki pisarz i reżyser tak właśnie ją czytał – jako współczesną operę o żądzy władzy i tym, że usprawiedliwia ona każde bezeceństwo. Pierwszy raz widziałem wtedy na scenie Martina Wuttkego i wciąż mam go przed oczami. W pierwszej scenie ogolony na zero, nagi od pasa w górę, przemierzał na czworakach przestrzeń gry. Z wywalonym jęzorem, jak pies obwąchiwał i znaczył własne terytorium. Nie przypominam sobie równie mocnego scenicznego obrazu.

Próbowałem potem śledzić karierę wielkiego aktora, sprawdzać, gdzie występuje i jakie role bierze. Jednak okazja, by zobaczyć go znowu, zdarzyła się dopiero teraz. Szczeciński Festiwal Teatrów Małych Form Kontrapunkt od 2007 roku organizuje dzień berliński. Ładuje swą publiczność w autokary i wiezie do nieodległej stolicy Niemiec, by pokazać jej tamtejsze spektakle. Widzowie Kontrapunktu znają więc doskonale kilka renomowanych scen i w małym palcu mają twórczość paru istotnych inscenizatorów. Takiego na przykład René Pollescha śledzą od dawna, ale jego tegoroczna propozycja nie tylko kogoś tak niewprawionego jak ja mogła skonsternować.

Kontrapunkt zna Pollescha, my pamiętamy go z wystawionych w warszawskich Rozmaitościach autorskich scenariuszy „Ragazzo dell’Europa” oraz „Jackson Pollesch” – dość mętnych, trochę kabaretowych wariacji na temat struktury dzisiejszych społeczeństw, roli artysty oraz teorii „teatru reprezentacji”. Byłem daleko od tamtych widowisk, raził mnie ich czysto retoryczny wirus. Potem na kilka lat straciłem z oczu Pollescha (nie bywałem na Kontrapunkcie...), aż do teraz, kiedy w najnowszym dziele „O jednym takim, co się wyprowadził, bo już nie było go stać na czynsz” zakpił z samego siebie, wziął w cudzysłów cały swój dotychczasowy dorobek, pokazał, że nadszedł czas, by wyzwania rzeczywistości traktować z przymrużeniem oka.

Przedstawienie nosi podtytuł „Opera Dirka von Lowtzow i René Pollescha” i nie jest to żaden żart. Trójce aktorów i jednemu śpiewakowi towarzyszy znakomita Filmorchester Babelsberg pod batutą Olivera Pohla i wypełnia muzyką Lowtzowa cały seans. Pollesch używa wyrafinowanej operowej formuły, by przekształcić tradycyjne widowisko teatralne w serię dialogów i monologów o istocie istnienia, tajemnicach pożądania, podziale komórek i rozmnażaniu. Wszystko podane w absurdalnym teoretycznym sosie, podlane psychoanalizą i ideami Lacana, upiornie wręcz śmieszne.

Olśniewająca dekoracja Berta Neumanna przenosi nas w świat tandetnego celebryckiego eventu, w kulminacyjnym momencie nad scenę zjeżdża gigantyczny rekin niczym z kreskówki dla dzieci. Od tej pory aktorzy będą wchodzić do jego wnętrza i stamtąd prowadzić narrację i śpiewać piosenki, a my to wszystko zobaczymy dzięki kamerze umieszczonej w środku wielkiej ryby.

Martin Wuttke wypada z niej w dziwacznym kombinezonie jak z filmów Eda Wooda, pokryty dziwną mazią. Wielki aktor doskonale czuje się w ironiczno-retorycznej konwencji narzuconej przez Pollescha, bawi się absurdem wypowiadanych zdań. Fantastyczna jest jego partnerka Lilith Stangenberg. W typie dawnych gwiazd kina świetnie radzi sobie z karkołomnymi frazami tekstu, no i fenomenalnie śpiewa. Wyjątkowy to duet w wyjątkowym widowisku. Tym bardziej wyjątkowy, gdyż wymagający od aktorów wykorzystania swego warsztatu, ale i wzięcia go w humorystyczny nawias. To jedna z podstawowych nauk płynących często ze spektakli wielkich europejskich mistrzów. Wiele w nich ironii, jeszcze więcej humoru. W Polsce na podobny dystans pozwala sobie czasem Krystian Lupa. Kto jeszcze? Niełatwo wymienić.

Komedią są także „Wewnętrzne głosy” Eduardo de Filippo z Piccolo Teatro di Milano, jednak Toni Servillo wydobywa z niej także i mroczne tony. Dla porządku – tak, to Toni Servillo, czyli Jep Gambardella z „Wielkiego piękna” Paola Sorrentino. Reżyserski talent artysty mogliśmy poznać już wcześniej, gdy do Warszawy na Spotkania Teatrów Narodowych zjechali „Bliźniacy weneccy” Goldoniego w jego ujęciu. A po „Wewnętrznych głosach” można go nazwać spadkobiercą największych włoskich mistrzów – Strehlera i Ronconiego. Komedia de Filippo przedstawia sytuację, gdy jednemu z bohaterów śni się morderstwo i tą wizją zaraża otoczenie. Z czasem rodzajowe scenki ustępują szalonej presji. Narasta obłęd i wchłania także biednego Alberto Saporito.

Servillo rozgrywa przedstawienie w krystalicznie czystej przestrzeni, ograniczając dekoracje do ledwie kilku elementów. Alberto zaś pokazuje niezwykle ascetycznie jako współczesnego everymana, Chaplina, który z powodu własnej obsesji z minuty na minutę przeistacza się w Józefa K. Genialne to rozpoznanie daje przedstawieniu kolejne pola do interpretacji. A jak określić sztukę wielkiego aktora? Jako coś nieuchwytnego, rozpiętego między tonami serio i buffo. Coś na wskroś wzruszającego.

W tym roku czeka nas jeszcze Dialog, Festiwal Szekspirowski w Gdańsku. Na pierwszy ma przyjechać z Holandii Ivo van Howe. Jeśli chce się wiedzieć, kto dziś rozdaje karty w teatralnej Europie, jego spektakli pod żadnym pozorem nie można przeoczyć.