Jeśli natrętnie porównują cię do kogoś innego, nie przetrwasz w pamięci pokoleń jako ważny pisarz – to chyba jedyne sensowne pra wo tyczące się tworzenia przyszłego literackiego kanonu.

Przepowiadanie przyszłości to oczywiście wróżenie z fusów. Z prostego powodu – od chwili, którą zwykliśmy określać mianem teraźniejszej, ścieżki potencjalnych przyszłych zdarzeń rozbiegają się we wszystkie strony. Krótko rzecz ujmując, wiele zależy o tego, jakie będzie to następne ćwierć- czy półwiecze. Czy będzie to czas wojny, czy pokoju, prosperity czy ubóstwa, laicyzacji czy renesansu religijności, ludzkości czy postludzkości. Można sobie wyobrazić nawet taki, wprawdzie dość mało prawdopodobny scenariusz, wedle którego za wieszczów w przyszłej Polsce zostaną uznani Marcin Wolski i Bronisław Wildstein. Tego bym wszelako Polsce nie życzył.

Przyszłość da się po trosze zrozumieć, gdy przyglądamy się przeszłości. Dotyczy to także zastosowania darwinowskich praw doboru naturalnego do historii literatury. Czyja twórczość trwa, a czyja ginie we mgle zapomnienia? Zasadniczo przeżywają ci, którzy wnieśli do pisarstwa powiew świeżości, giną zaś epigoni. Pamiętamy Mickiewicza, natomiast rzesze jego naśladowców – niezależnie od tego, czy byli utalentowani, czy wręcz przeciwnie – zostawiły ślad jedynie w kajetach pilnych polonistów, którzy skrobią o nich prace magisterskie. Pamiętamy Prusa, ponieważ udowodnił, że wielka powieść realistyczna nie musi być domeną Francuzów i Rosjan, Gombrowicza, bo wykręcił polskość niczym mokry ręcznik nad miednicą, Białoszewskiego, bo rozbił nasz język na atomy. Takich twórców współczesnych będzie poszukiwał również przyszły kanon.

W sumie nie mnie to oceniać, ale też chyba nie ma ich zbyt wielu – ćwierćwiecze po przełomie 1989 roku było dla literatury średnio łaskawe. Z drugiej strony nie jest też tak źle, zwłaszcza że trudno uznać Polskę za pisarską potęgę, która seryjnie produkuje autorów arcydzieł. Klątwy zapomnienia winna niewątpliwie umknąć Dorota Masłowska, pierwsza pisarka, która zrozumiała, z jakich ingrediencji składa się nasza chaotyczna tożsamość, zbierająca połamane kości po szoku transformacji. Również Andrzej Stasiuk, odkrywca obszarów wypartej „wschodnioeuropejskiej podświadomości”, albo Michał Witkowski, który swoim „Lubiewem” bezczelnie rozdarł zasłonę krajowej pruderii, czy Jacek Dukaj, z żelazną konsekwencją drążący obcość przyszłych światów. Dzisiejsza krytyka literacka lubi porównania: „drugi Roth”, „następczyni Virginii Woolf”, „houellebecqowski pesymista”. Pisarze, których wymieniłem, tym się charakteryzują, że trudno ich do kogokolwiek porównać – to do nich porównuje się innych. Zakładam, że to właśnie istotne kryterium przetrwania.

Podobnie sprawy się mają ze szkołą literackiego reportażu – po latach będzie zapewne omawiana w podręcznikach jako jedno z najważniejszych zjawisk, jakie przydarzyło się polskiej kulturze po odzyskaniu wolności, nawet jeśli w istocie to daleko idąca generalizacja. Niewykluczone, że analogiczne wyróżnienie spotka również rodzący się na naszych oczach nurt polskiego kryminału – raz, że to właśnie pisarze kryminalni obnoszą dziś zwierciadło po gościńcu, dwa, że solidne rzemiosło jest cenione w każdej epoce.

Nie wspominam tu praktycznie o poezji, a to dlatego, że brak mi kompetencji. To, że mam słabość do wierszy Marcina Świetlickiego, nie gwarantuje mu miejsca wśród nieśmiertelnych. Zresztą owo miejsce nie jest wygrzane dla nikogo spośród tu wymienionych – może nasi następcy wynajdą sobie jakichś faworytów, o których będzie się mówiło, że w swojej parszywej epoce pozostawali haniebnie niedocenieni.