„Masakrę” Krzysztofa Vargi można czytać jako komentarz do współczesnego życia towarzysko-literackiego tzw. elit, powieść pijacką nawiązującą do najwybitniejszych dzieł gatunku oraz historię o dzisiejszej Warszawie pełnej niepokojących widm

Wolałem dotąd Krzysztofa Vargę jako autora książek „węgierskich” – „Gulaszu z turula” i „Czardasza z mangalicą” – wspaniałego przewodnika po dzisiejszym i tym zapamiętanym sprzed lat Budapeszcie oraz madziarskiej prowincji. Kiedy je czytałem, czułem smak miasta i chciałem znowu w nim być. Varga nie tylko mnie przybliżał swą drugą ojczyznę i sprawiał, że gdy tam trafiałem, czułem się dziwnie swojsko, bezpiecznie. A potem chciałem na Węgry wracać. Łatwo się w tym kraju – a przede wszystkim w Budapeszcie – rozsmakować, łatwo wręcz się od niego uzależnić.

Lubiłem także Vargę felietonistę. Szukałem jego krótkich tekstów, szczególnie tych o współczesnym polskim kinie. Pokazywał w nich pazur wytrawnego ironisty, uderzał zawsze celnie, piętnował absurdy popu i tzw. kultury wysokiej. Oddawał też hołdy tym, którzy na to zasługiwali. W dużej mierze pokrywa się lista naszych mistrzów. Pamiętam znakomity artykuł Vargi o Tomie Waitsie. Zawarł w słowach całą esencję jego muzyki. Miał też niepodrabialny styl. Nie zważał na tendencję, by pisać krótkimi zdaniami, bo krótkie zdania mocniej zapadają w pamięć, lepiej trafiają do czytelników. On swoje zdania układał w długie, po wielokroć złożone sekwencje, jakby chciał bohaterem tekstu czynić sam język, wiedząc, że dzięki niemu najlepiej opisze swój świat, swe bunty i inspiracje.