Polska Agencja Prasowa: Często uważa się, że kryterium skuteczności mężów stanu uznawanych za ojców państwowości powinna być siła państwa, które stworzyli. Jak wypadłaby taka „ocena skuteczności” w przypadku Piłsudskiego u schyłku jego życia, w kontekście ówczesnej sytuacji w Europie?

Prof. Mariusz Wołos: Mierzyłbym ten dorobek wydarzeniami, do których doszło wcześniej, gdy to państwo było budowane przez Piłsudskiego. Mam na myśli wojnę z bolszewikami. Zwycięstwo to jest istotnym miernikiem. Przez pryzmat tej wojny spoglądano na wschód również w latach poprzedzających śmierć Piłsudskiego. Można powiedzieć, że rok 1920 uśpił czujność, mimo że z wielu stron, również wywiadu wojskowego, od początku lat dwudziestych płynęły informacje o stałych przygotowaniach sowietów do wojny.

Przejawem tej tendencji była realizacja kolejnych planów pięcioletnich, które przecież zakładały rozwój przemysłu zbrojeniowego. Jak twierdził Wiktor Tomir Drymmer w liście do Jerzego Giedroycia, Piłsudski u schyłku życia miał powiedzieć do Józefa Becka: „Pilnujcie Rosji, stamtąd grozi nam największe niebezpieczeństwo. Pilnujcie Rosji…”. Przypomnijmy, że gdy Piłsudski umierał, w Moskwie rozkręcała się spirala przemocy i czystek, która największą skalę przybrała w latach 1937–1938, ale wstępem do niej było zamordowanie Siergieja Kirowa. Doszło do niego w niewyjaśnionych okolicznościach 1 grudnia 1934 r. Owe czystki, mordowanie elit władzy zostały zinterpretowane przez „następców” Józefa Piłsudskiego, m.in. Becka, jako dowód na pogrążanie się ZSRS w chaosie. Pewne „uśpienie” polskich polityków było jednak widoczne.

Piłsudski dostrzegł też niebezpieczeństwo płynące z hitleryzmu. Uważał, że z Berlinem należy porozumieć się bilateralnie, bez oglądania się na inne mocarstwa, szczególnie Francję. Szukał kontaktu z Hitlerem jeszcze przed jego dojściem do władzy. Również przedstawiciele NSDAP na początku lat trzydziestych próbowali docierać do polskich elit. W marcu 1931 r. szef SA Ernst Röhm rozmawiał z konsulem generalnym w Monachium Aleksandrem Ładosiem, ale była to próba nieudana, ponieważ Ładoś nie miał bezpośrednich kontaktów z Piłsudskim i był bliski zwolnienia z MSZ. Ze względu na opuszczenie przez Niemcy genewskiej konferencji rozbrojeniowej i Ligi Narodów Piłsudski zdecydował o przyspieszeniu wysiłków na rzecz zawarcia porozumienia. Dążył do uchronienia Polski przed zagrożeniem ze strony Rzeszy.

Wydaje się więc, że Piłsudski dostrzegał liczne zagrożenia. Być może zwycięstwo roku 1920 nieco uśpiło elitę piłsudczykowską, ale nie oznacza to, że uśpiło ją do końca. Piłsudskiego nie uśpiło na pewno. Moim zdaniem jedyną odpowiedzią na te zagrożenia była zainaugurowana w pierwszej połowie lat trzydziestych, choć rozpatrywana dużo wcześniej, polityka równych odległości, nazywana także polityką równowagi. W moim przekonaniu wystawia ona Piłsudskiemu bardzo wysoką ocenę.

Wspomniana skuteczność państwa zależała od czynników, o których pisali i mówili klasycy myślenia o państwie. Fryderyk Wielki powtarzał swoim dyplomatom: pamiętajcie, że za wami stoi armia. Czy Piłsudski mógł tak powiedzieć? Mógł, ale miejmy świadomość, że armia jest emanacją gospodarki i społeczeństwa. Polska była krajem na dorobku, zacofanym w wielu obszarach, biednym. Wystarczy spojrzeć na stan motoryzacji w Polsce i Niemczech lub ZSRS. To dwa różne światy. W przededniu II wojny światowej potencjał demograficzny II Rzeczypospolitej w stosunku do obu wielkich sąsiadów wynosił mniej więcej 1 do 7. Potencjał gospodarczy III Rzeszy był mniej więcej jedenaście razy większy od potencjału polskiego. Piłsudski i tych faktów był świadomy. Nie mógł więc prowadzić polityki ofensywnej, ryzykować ostrych wystąpień przeciwko ZSRS lub Niemcom. Należało szukać drogi dyplomatycznej, a ewentualne pogróżki kuluarowe traktować co najwyżej jako element dojścia do porozumienia dyplomatycznego z tymi krajami. Tylko z tej perspektywy można patrzeć na wielokrotnie omawiane w literaturze idee działań prewencyjnych przeciwko Rzeszy, nawet jeśli mówimy o roku 1933, a nie o czasach późniejszych.

Odpowiedzi na to pytanie nie można sprowadzać do uproszczonych tez książek prof. Andrzeja Garlickiego, który stwierdzał, że Piłsudski umierając, miał szczęście, bo gdyby dożył roku 1939, byłby świadkiem upadku państwa, które sam budował. To nieprawdziwa teza, bo sytuacja międzynarodowa zmieniała się błyskawicznie i nie można przyrównywać tej z 12 maja 1935 do tej z 1938 czy 1939. To myślenie ahistoryczne, mające wykazać, że Piłsudskiemu nie udał się żaden plan – od koncepcji federacyjnej, przez międzymorze, aż po politykę równych odległości. Udało mu się przede wszystkim stworzenie i zbudowanie państwa, które obroniono w 1920 r. Nie można o tym zapominać, bo były to elementy kluczowe dla postawy marszałka Piłsudskiego w kontekście układania polityki międzynarodowej.

PAP: W kontekście „pilnowania Rosji” warto wspomnieć inną prognozę Piłsudskiego z 1934 r. Ostrzegał wówczas swoje otoczenie przed „przeobrażeniami psychicznymi” społeczeństwa niemieckiego. Czy Piłsudski rozumiał mechanizmy nowego typu dyktatury, czyli państwa totalitarnego, które istniało już w ZSRS, i rodziło się też w Niemczech?

Prof. Mariusz Wołos: Dostrzegał te problemy, choć oczywiście nie określał ich tak, jak my teraz je nazywamy. Zwracał uwagę na całkowite podporządkowanie człowieka państwu. To klucz do owej przestrogi przed „przeobrażeniami psychicznymi” i „czarowaniem” narodu niemieckiego przez Hitlera. Piłsudski dostrzegał wyrażane przez Führera tendencje rewizjonistyczne, które narastały już wcześniej. Rewizjonizm Republiki Weimarskiej miał jednak ograniczony, rzekłbym nawet cywilizowany charakter. Można tu wymienić takie działania jak układ z Locarno i nieprzyjazne wobec Polski gesty, które jednak mieściły się w grze dyplomatycznej. Piłsudski uznał zaś, że Hitler nie ograniczy się do działań dyplomatycznych i podobnie jak Stalin będzie zdolny do użycia siły militarnej. Za niebezpieczne uważał skłonności do stosowania brutalnych rozwiązań siłowych połączone z „przeobrażeniami psychicznymi”, czyli podporządkowaniem obywateli państwu. Widział, że z tej „magmy” może ulepić się wojna.

Po zawarciu paktu o nieagresji z ZSRS i deklaracji o niestosowaniu przemocy z Niemcami Piłsudski zastanawiał się, z którego „stołka spadniemy” najpierw. W 1935 r. nie przewidział, że spadniemy z dwóch jednocześnie, bo dwaj dyktatorzy będą w stanie porozumieć się przeciwko Polsce. Mało kto to przewidywał. Przenikliwy Adolf Bocheński jeszcze w końcu 1937 r. sądził, że przełamanie antagonizmu niemiecko-sowieckiego w tamtym czasie było bardzo mało prawdopodobne, a antagonizm ten był dla nas ze wszech miar korzystny.

Powiedziałbym, że Piłsudski miał intuicję wykraczającą poza sferę polityki. Istnieje dość przerażające świadectwo z 1931 r.: Piłsudski odpoczywał wówczas w Rumunii i poważnie zapadł na zdrowiu. Towarzyszył mu attaché wojskowy mjr Roman Michałowski, legionista, zdeklarowany piłsudczyk. Stojąc pod drzwiami pokoju, w którym przebywał chory Marszałek, słyszał dolatujące stamtąd słowa; kiedy wszedł do pokoju, Piłsudski powiedział do niego: „Jeżeli Polacy, wszyscy Polacy, rozumiecie, co mówię, wszyscy Polacy nie wezmą się do roboty w obronie interesów kraju – a mnie zabraknie, to za dziesięć lat Polski nie będzie”. W kontekście wspomnianych już listów Drymmera i Giedroycia warto wspomnieć o opisanej w nich wizycie w Polsce gen. Douglasa MacArthura w 1932 r. Po spotkaniu z nim Piłsudski powiedział gen. Bolesławowi Wieniawie-Długoszowskiemu: „Pilnujcie go, to człowiek przyszłości, to przyszły naczelny wódz Ameryki”. Potrafił więc celnie oceniać ludzi, także dyktatorów.

PAP: Pozostając w sferze intuicji Piłsudskiego i jego ocen mężów stanu: w 1934 r. powiedział: „Zachód jest obecnie parszywieńki”. Co przez to rozumiał, jak dalece można interpretować te słowa, nie tylko w kontekście roku 1934, ale również późniejszych wydarzeń w Europie?

Prof. Mariusz Wołos: Rozumiał to, co wynikało z nieodległych obserwacji. Widział narastający pacyfizm społeczeństwa i polityków francuskich. Rozumiał, że zapewnienia francuskiej armii, iż potrafi zmobilizować największą na świecie liczbę żołnierzy, mają się nijak do rzeczywistości politycznej, bo to nie wojskowi, lecz politycy decydują o rozpoczęciu mobilizacji i wojny. Było jasne, że armia francuska nie jest zdolna do działań ofensywnych, nie ze względów technicznych, ale psychologicznych i polityczno-społecznych. Podobna sytuacja wydarzyła się w Wielkiej Brytanii. Przecież już wówczas mieliśmy do czynienia z serią ustępstw wobec Niemiec. Można wspomnieć tzw. deklarację pięciu mocarstw (Francji, Niemiec, USA, Wielkiej Brytanii i Włoch) z grudnia 1932 r., która zakładała równouprawnienie Niemiec w dziedzinie zbrojeń.

Ewidentnym ustępstwem był też brak jakiejkolwiek reakcji na ogłoszenie 16 marca 1935 r. ustawy o powszechnym obowiązku służby wojskowej. Piłsudski zakładał, że mocarstwa zachodnie chętnie sprzedadzą słabsze kraje, zadośćuczynią niemieckim aspiracjom w zamian za własne bezpieczeństwo. Te doświadczenia wynikały także z „lekcji” Locarno oraz późniejszych prób zorganizowania tzw. wschodniego Locarno. Strona polska w latach 1927–1929 próbowała uzyskać od francuskiego sojusznika korzyści wynikające z wcześniejszego opuszczenia przez armię francuską i belgijską Nadrenii. Takim zadośćuczynieniem mogłaby być niemiecka gwarancja nienaruszalności granicy z Polską. Nie udało się. Francuzi stwierdzili, że nie będą stawiać Niemcom jakichkolwiek warunków. Sprawa ta była załatwiana również drogami nieoficjalnymi. Piłsudski wysłał do Francji wiernego Wieniawę, aby uzyskał od gen. Maxima Weyganda jakiekolwiek korzyści, np. budowę lotniska dla francuskich samolotów w Wielkopolsce i składów broni. Polacy ponownie spotkali się z odmową. Ciąg wydarzeń rozpoczęty w Locarno, a potem kontynuowany do połowy lat trzydziestych można określić, jako „parszywieńki”, m.in. dlatego, że nie mogliśmy liczyć na naszego najważniejszego sojusznika.

PAP: Czy można zaryzykować tezę, że Piłsudski u schyłku swojego życia nie wierzył w skuteczność deklaracji o nieagresji, sojuszy czy Ligi Narodów?

Prof. Mariusz Wołos: Jego wiara w te formy współpracy międzynarodowej chyba nigdy nie była zbyt głęboka. Należy jednak odróżnić dwie sprawy. Piłsudski od początku tracił wiarę w system bezpieczeństwa międzynarodowego budowany przez Ligę Narodów. Swoich współpracowników wracających z Genewy często z przekąsem pytał, czy wielkie mocarstwa już „chwyciły się za łby w walce o kolonie”. Miał świadomość fatalnego działania tej instytucji. W 1931 r. doszło do ewidentnej agresji Japonii w Mandżurii. Japonia była stałym członkiem Rady Ligi Narodów. Szybko okazało się, że Liga Narodów jest niezdolna do rozwiązania konfliktu, w którym agresorem jest jeden z członków organizacji. Piłsudski zauważał, że w Lidze panuje specyficzny nastrój: jeśli mały kraj, a za taki uważano tam Polskę, próbuje przesunąć w jakimś dokumencie choćby przecinek, to spotyka się to z oburzeniem wielkich mocarstw. Chwilę później jednym projektem wielkie potęgi potrafią ugodzić w cały system międzynarodowy.

W 1933 r. pojawiła się koncepcja „paktu czterech”. Jego inicjatorem był Benito Mussolini, a uczestnikami Francja, Niemcy, Włochy i Wielka Brytania. Celem układu miało być rozstrzyganie w ramach tego „koncertu mocarstw”, co jest słuszne, a co niesłuszne w stosunkach europejskich. Mussolini nie krył przy tym, że „korytarz gdański”, będący kością niezgody pomiędzy Polską a Niemcami, należy przekazać Rzeszy, aby w ten sposób zgasło chociaż jedno źródło konfliktu światowego.

Ostatecznie idea zawarcia tego paktu upadła, ale był to niezwykle niebezpieczny omen, który powracał w kolejnych latach. Jeszcze w końcu 1933 r. pojawiła się idea paktu wschodniego wysunięta przez Sowiety, a promowana przez Francję. Koncepcja ta przewidywała możliwość przemarszu Armii Czerwonej przez terytorium Polski np. w celu pomocy Czechosłowacji czy Litwie zagrożonej przez Niemcy. Piłsudski nie ufał więc jakimkolwiek tego rodzaju układom, uważał je wręcz za niebezpieczne dla Polski.

Nie zaryzykowałbym jednak stwierdzenia, że Piłsudski był generalnie przeciwny jakimkolwiek umowom międzynarodowym. Sprzyjał układom dwustronnym. Wierzył, że bezpośrednie umowy bilateralne pomiędzy państwami lub wręcz politykami stojącymi na ich czele wciąż coś znaczą. Wyrazem tego przekonania była koncepcja równych odległości. Wypracował układ o nieagresji z Sowietami z 25 lipca 1932 r. i traktował go jako sukces, choć oczywiście nie wierzył w jego wieczną trwałość. Uważał, że jest na tyle istotny, iż został zawarty bez oglądania się na Francję i przy złamaniu zasad sojuszu z Rumunią. Znacznie szybciej wypracowana została słynna deklaracja polsko-niemiecka o niestosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 r. Jej inspiratorem był Piłsudski. Podpisaniu umowy miała służyć m.in. dokonana na jego polecenie wymiana posła w Berlinie Alfreda Wysockiego na Józefa Lipskiego. Był to drugi, bilateralny układ stanowiący filar polityki równych odległości. Zaczęto mówić wręcz o „linii 26 stycznia”.

W tego typu porozumienia Piłsudski wierzył, ale nie w ich wieczność. Poza umowami bilateralnymi nie było wówczas skutecznego instrumentu prowadzenia polityki międzynarodowej, której fundamentem było zapewnienie pokoju, a taki był główny cel polskiej polityki. Liga Narodów była coraz bardziej martwa i stawała się tylko forum wymiany poglądów. Jeszcze groźniejsze były koncepcje paktów uwzględniających wyłącznie interesy wielkich mocarstw.

PAP: Dziś świat znajduje się w obliczu wielkiego kryzysu gospodarczego, którego skala jest czasem porównywana z tym, jaki obserwował Piłsudski od jesieni 1929 r. Często mówi się, że i tym razem kryzys może przyczynić się do destabilizacji porządku światowego. Czy dysponujemy jakimikolwiek przesłankami do stwierdzenia, że Piłsudski zauważał takie zagrożenie?

Prof. Mariusz Wołos: Głównie pośrednimi. Piłsudski obawiał się czegoś innego. W 1931 r. doprowadził do odejścia Ignacego Matuszewskiego z funkcji kierownika Ministerstwa Skarbu. Powodem było ograniczenie wydatków na wojsko w obliczu szalejącego kryzysu. Proszę pamiętać, że po 1926 r. na wojsko przeznaczano około 1/5 budżetu. To dziś niewyobrażalne. Moim zdaniem Piłsudski wiedział, że konieczne jest ograniczenie wydatków, ale nie spodobał mu się sposób podjęcia tej decyzji bez konsultacji z nim, podczas pobytu na Maderze.

W wypowiedziach Piłsudskiego można również znaleźć przekonanie, że kryzys gospodarczy, który osłabia kieszeń obywatela, sprawia, że staje się on jeszcze bardziej podatny na różne radykalne hasła. Widział dojście Hitlera do władzy, który przecież zdobył wielką popularność na fali kryzysu i ogłoszonego w 1931 r. bankructwa Republiki Weimarskiej. Również dlatego obawiał się owych „przeobrażeń psychicznych”, które były bardzo niebezpieczne dla Polski.

W tym kontekście można też odnieść się do wcześniejszych wydarzeń. Przykład rewolucji w Rosji i dojścia do władzy bolszewików pokazywał, że łatwo zmusić ludzi pozbawionych wszystkiego do wystąpienia przeciwko bogatszym sąsiadom.

Nie postawiłbym jednak tezy, że kryzys wyraźnie wpłynął na poglądy Piłsudskiego. Bez wątpienia „czuł” gospodarkę, ale nie powiedziałbym, żeby się na niej znał. Chociaż innego zdania był Eugeniusz Kwiatkowski, który uczestnicząc w posiedzeniach Rady Ministrów, stwierdzał, że Piłsudski doskonale zdawał sobie sprawę z negatywnych skutków społecznych kryzysu.

PAP: Czy można mówić o „doktrynie Piłsudskiego” w polityce zagranicznej?

Prof. Mariusz Wołos: Piłsudski nie był ciasnym doktrynerem. Potrafił dostosować swoją taktykę do zmieniającej się sytuacji międzynarodowej. W pierwszej połowie lat trzydziestych myślą przewodnią była polityka równych odległości, a jej najważniejszą komponentą bilateralizm. Dziś kojarzy się ona z postacią Józefa Becka, ale jej podwalinami były wspomniane wyżej dwa bilateralne układy, których architektem był Piłsudski. Należy podkreślić, że do ostatnich dni życia Piłsudski był kreatorem i kierował polską polityką zagraniczną. Do maja 1935 r. Beck był najważniejszym wykonawcą jej założeń, ale nie był jej samodzielnym twórcą.

Każdy, kto zna biografię Piłsudskiego, wie, że w centrum jego zainteresowań były dwie sprawy: wojsko i polityka zagraniczna. Mogę się zgodzić, że u schyłku życia zaniedbał armię. Nosił się nawet z zamiarem ustąpienia z funkcji generalnego inspektora sił zbrojnych i przekazania jej komuś innemu. Z pewnością jednak nie zaniedbywał polityki zagranicznej. Jeszcze dwa dni przed śmiercią interesował się wizytą francuskiego ministra spraw zagranicznych Pierre’a Lavala. To pokazuje, że polityka zagraniczna była „jego polityką”.

W tym miejscu należy też odnieść się do kwestii wojny prewencyjnej z Niemcami. Już w czasie II wojny światowej wielu komentatorów, m.in. Beck, stwierdzało, że Piłsudski, zaraz po dojściu Hitlera do władzy, rzeczywiście przedłożył Francji propozycję wspólnego uderzenia na Niemcy. W tym kontekście mówi się o paryskiej misji zaufanego dyplomaty Jerzego Potockiego oraz misjach Wieniawy i Ludwika Hieronima Morstina. Te działania świadczyłyby o agresywnych zamiarach strony polskiej. Moim zdaniem wysłanie misji w 1933 r. było mruganiem okiem do ówczesnych decydentów przy jednoczesnym dementowaniu plotek w rozmowach choćby z dyplomatami francuskimi. Wojska ku granicy z Niemcami nie przesunięto. Po co zatem to wszystko? W mojej opinii była to forma „zachęcenia” Hitlera do podjęcia rozmów o podpisaniu układu bilateralnego. Jeśli przyjrzymy się sekwencji wydarzeń, znajdziemy tego potwierdzenie.

Owe działania pokazują środki używane przez Piłsudskiego poza standardowymi metodami dyplomacji. Można powiedzieć, że były to działania „konspiracyjne”. Całość tych wysiłków była podporządkowana koncepcji, może wręcz doktrynie równych odległości. Nawet jeśli Piłsudski nie był jej pomysłodawcą, to na pewno głównym realizatorem. Tylko ona miała sens w ówczesnych warunkach, gdy Polska nie miała agresywnych zamiarów wobec Niemiec i Sowietów, a całkiem zasadnie brakowało nad Wisłą wiary w pomysły bezpieczeństwa zbiorowego, już wcześniej zdezawuowane przez bieg wypadków.

Rozmawiał Michał Szukała (PAP)