Gdy komunizm w Polsce dobiegał końca, szef tajnych służb PRL zadbał o to, aby żadnemu z jego podwładnych nie stała się krzywda
okładka Magazyn 2 sierpnia 2019 / Dziennik Gazeta Prawna
Radosne lato 1989 r. upływało w Polsce pod znakiem przemian ustrojowych. Wedle sondaży CBOS i OBOP liczba optymistów wśród Polaków zaczęła wówczas zdecydowanie przeważać nad pesymistami – po raz pierwszy w historii badań opinii publicznej. Ten fenomen powtórzył się w III RP dopiero trzy dekady później. Wśród największych pesymistów nie brakowało osób pracujących dla Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Zwłaszcza funkcjonariuszom Służby Bezpieczeństwa wydawało się, że nie mają już żadnych powodów do radości. Nie wiedzieli jeszcze, jak bardzo się mylili. Za sprawą działań ich szefa gen. Czesława Kiszczaka wkrótce mieli dostać wielką szansę na rozpoczęcie znacznie lepszego życia. A nowa władza zupełnie nie zamierzała im w tym przeszkadzać.
Reklama

Sfrustrowana armia

Zanim w PRL pojawiły się zalążki zorganizowanej opozycji, liczba funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa wynosiła ok. 15 tys. Po roku 1975, wraz z pogłębianiem się kryzysu ekonomicznego i politycznego, narastał społeczny opór, którego skuteczne tłumienie wymagało zwiększania puli etatów w policji politycznej. Gdy wprowadzono stan wojenny i zepchnięto Solidarność do podziemia, SB zatrudniała już 25 tys. funkcjonariuszy. Do tego należy doliczyć prawie 90 tys. tajnych współpracowników nazywanych „osobowymi źródłami informacji”. Ta armia stała się w latach 80. najważniejszym filarem reżimu. Obawy przed upadkiem systemu powodowały jednak, że morale esbeków gwałtownie spadało. Zwłaszcza że niewielu funkcjonariuszy zaczęło pracę w organach bezpieczeństwa z powodów ideowych. Przytłaczająca większość szukała tam możliwości zrobienia kariery, pieniędzy, zdobycia własnego mieszkania, samochodu itp. „Tyle że z biegiem lat warunki pracy i życia esbeków coraz mniej odpowiadały ich szczególnej roli w systemie komunistycznym. Średnia płaca miesięczna funkcjonariusza SB i MO wynosiła w 1980 r. 7925 złotych i oscylowała w okolicach 121 proc. przeciętnego wynagrodzenia w przemyśle. Jednak w kolejnych latach spadała i przez większość dekady oscylowała w okolicach 98 proc.” – pisze w monografii „Koniec imperium MSW” Tomasz Kozłowski. Krach gospodarki PRL powodował, że pula pożądanych dóbr topniała i wydzielano je coraz skąpiej. „Stąd wynikała też frustracja dużej części funkcjonariuszy, którzy chcieli dobrze zarabiać i wygodnie żyć, a nie walczyć o komunizm” – podsumowuje Kozłowski. Nadzorujący służby specjalne w PRL minister spraw wewnętrznych gen. Czesław Kiszczak długo ignorował pogarszające się nastroje wśród podwładnych. Gdy jesienią 1987 r. w Polsce nasilała się kolejna fala społecznego buntu, w MSW i MON zaczęto rozważać powtórne wprowadzenie stanu wojennego. Plany operacji o kryptonimie „Horyzont” zakładały równoczesne internowanie ludzi związanych z solidarnościowym podziemiem oraz innymi organizacjami opozycyjnymi. Polaków znów miały czekać uzbrojone patrole na ulicach miast, blokady dróg, liczne kontrole i godzina milicyjna. Ale choć 26 stycznia 1988 r. gen. Kiszczak zaakceptował operację „Horyzont”, władze PRL nigdy nie zdobyły się na jej realizację. Urzędujący na Kremlu I sekretarz KC KPZR Michaił Gorbaczow rozpaczliwie starał się ratować upadający Związek Radziecki i nie ukrywał przed polskimi towarzyszami, że na sowiecką pomoc zbrojną nie mogą liczyć. Podobnie miała się rzecz ze wsparciem finansowym. Moskwa sama go bardzo potrzebowała i nie zamierzała ryzykować pogorszenia relacji z Zachodem z powodu Polski.

Reklama

Nowa nadzieja

Ostatecznie gen. Wojciech Jaruzelski uznał, że jeden stan wojenny wystarczy. Po czym, idąc za głosem swoich doradców, rozpoczął negocjacje z częścią środowisk opozycyjnych, którym nadano miano „konstruktywnych”. Czas pokazał, że I sekretarz KC dokonał trafnego wyboru, bo aparat bezpieczeństwa PRL po prostu zaczynał się sypać. W latach 1984–1988 z SB odeszło na własną prośbę ponad 7 tys. funkcjonariuszy. „Z badań na reprezentatywnej próbie dawnych pracowników MSW wynikało, że po zwolnieniu prawie 20 proc. podjęło pracę w szeroko pojętym przemyśle, 16 proc. w transporcie, łączności i handlu, a kolejne 15 proc. w inicjatywie prywatnej lub rzemiośle” – opisuje Tomasz Kozłowski. Na coraz liczniejsze nieobsadzone etaty w SB brakowało chętnych.
Frustracja wśród esbeków sięgnęła szczytu pod koniec rozmów przy Okrągłym Stole, gdy podpisano porozumienie otwierające drogę do przeprowadzenia w Polsce częściowo wolnych wyborów. Ich wynik 4 czerwca 1989 r. prezentował się dla komunistycznego reżimu katastrofalnie. Obywatele masowo zagłosowali na kandydatów demokratycznej opozycji. Nadzieje na przetrwanie systemu wiązano z gwarancją 65 proc. miejsc w Sejmie dla przedstawicieli obozu władzy. Wszystko dlatego, że początkowo kandydatem na premiera rządu był gen. Kiszczak. W służbach specjalnych powszechnie oczekiwano, że pryncypał pociągnie za sobą w górę podwładnych. Ówczesny rzecznik prasowy MSW płk Wojciech Garstka wspominał wielkie plany, jakie snuli ludzie z gmachu przy Rakowickiej. „A nuż i na tej ulicy jeszcze zaświeci słońce? Szef Służby Zabezpieczenia Materiałowo-Technicznego (był to gen. Stanisław Konieczny – red.) przygotowuje już sobie gabinet w budynku Rady Ministrów, paru innych kolegów szykuje się do skoku w przyszłość. Zbysław Rykowski (rzecznik prasowy premiera Rakowskiego – red.) oprowadza mnie po gabinetach rzecznika rządu i Biurze Prasowym Rządu, częstuje whisky i sugeruje, gdzie będę wkrótce urzędować” – opisywał płk Garstka. Tymczasem koalicjanci PZPR ze Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Demokratycznego, za namową emisariuszy Lecha Wałęsy, zdecydowali się nagle zmienić front i weszli w alians z opozycją. Zamiast Kiszczaka premierem został Tadeusz Mazowiecki.

W służbie ochrony państwa i obywateli

Choć w fotelu premiera zasiadł człowiek z obozu demokratycznej opozycji, zgodnie z okrągłostołowym porozumieniem na prezydenta Zgromadzenie Narodowe wybrało gen. Wojciecha Jaruzelskiego. W rękach komunistów nadal pozostały też MON i MSW. „Dla Czesława Kiszczaka i jego współpracowników było jasne, że ceną za przetrwanie są wyprzedzające reformy” – pisze Kozłowski. Oficjalnie miały one polegać na „radykalnym poszerzeniu służebnej roli resortu spraw wewnętrznych wobec narodu i społeczeństwa, bez względu na układ sił politycznych w kraju”. W tym celu rozpoczęto wielką restrukturyzację MSW. Likwidowano departamenty zajmujące się dotąd zwalczaniem opozycji i Kościoła oraz wydzielano nowe. Głośno przy tym podkreślano, że zreformowane służby skupią się na ochronie państwa i obywateli.
Równolegle po cichu podejmowano działania zmierzające do zapewnienia pracownikom SB nowych, jak najlepszych miejsc pracy oraz bezpieczeństwa wszystkim członkom kadry MSW. Wymagało to wyczyszczenia archiwów tak, aby nie pozostało w nich nic, co mogłoby świadczyć na niekorzyść funkcjonariuszy bezpieki. Najłatwiejszą drogą do zagwarantowania funkcjonariuszom pewnego zatrudnienia stało się zaś przenoszenie etatów, a nawet całych pionów z SB do struktur Milicji Obywatelskiej. Jesienią 1989 r. „upchnięto” w ten sposób ponad tysiąc esbeków. Nie wszystkim podobały się jednak działania gen. Kiszczaka. „Próbę ukrycia esbeków w szeregach MO milicjanci odczytywali jako wyraz nieliczenia się z ich środowiskiem. Cały desant odbywał się ich kosztem” – twierdzi Kozłowski.
Choć funkcjonariusze SB jako milicjanci nie okazali się tak skuteczni w ściganiu kryminalistów, jak w znęcaniu się nad maturzystami, którzy próbowali zakładać antykomunistyczne organizacje, to i tak faworyzowano ich przy awansach. Związkowcy z MO byli tak niezadowoleni, że zaczęli nawet słać skargi do Solidarności, do niedawna będącej ich wrogiem. Opozycji demokratycznej, która właśnie przejęła władzę, dało to znakomity pretekst, aby ukrócić cały proceder. Tym bardziej że – jak pisze Kozłowski – „związkowcy obawiali się, że jeśli esbecy zostaną w milicji na stałe, zaczną wprowadzać własne porządki – wyznaczać swoich ludzi na stanowiska kierownicze, zdobywać kontrolę i tworzyć bezpieczną przystań dla kolegów”.
Ale premier Tadeusz Mazowiecki i jego otoczenie robili bardzo dużo, żeby nie dostrzegać tych zagrożeń. W lipcu 1990 r. na posiedzeniu sejmowej komisji administracji i spraw wewnętrznych nowy szef MSW Krzysztof Kozłowski przyznał jedynie, że esbecy w MO – przemianowanej już na „policję” – niespecjalnie przykładają się do obowiązków. „Od paru miesięcy obserwuje się, że oni nic nie robią i czekają, co denerwuje kolegów z policji i pogarsza atmosferę” – opowiadał minister. Na co czekali? Raczej w to nie wnikano, mimo że sprawna praca policji stawała się palącą potrzebą. Przez całe lata 80. wskaźnik odnotowanych przestępstw kryminalnych oscylował w okolicach 500 tys. rocznie. W 1990 r. wzrósł o ponad 60 proc. do 883 tys. Organy bezpieczeństwa państwa okazywały się bezradne wobec coraz silniejszych zorganizowanych grup przestępczych. „Policja przestaje cokolwiek robić. Sypie się” – relacjonował Krzysztof Kozłowski na posiedzeniu obywatelskiego klubu parlamentarnego. Za to w SB praca wręcz wrzała.

Zacieranie śladów

„Ponieważ nagromadziło się dużo spraw i dokumentów, należałoby odchudzić nasze szafy” – oznajmił szefom wojewódzkich urzędów spraw wewnętrznych (WUSW) gen. Henryk Dankowski, kierujący SB I zastępca gen. Kiszczaka, podczas telekonferencji w lipcu 1989 r. Później twierdził, że wcale nie nakazał niszczenia archiwów, a jedynie zalecił ich uporządkowanie. Nadgorliwi podwładni po prostu źle go zrozumieli, biorąc przykład z kolegów pracujących w warszawskiej centrali, gdzie od dłuższego czasu z MSZ znikały całe partie akt. Funkcjonariuszy SB do ciężkiej pracy nad archiwami dodatkowo motywowało powstanie w sierpniu 1989 r. sejmowej komisji praw człowieka i praworządności, mającej zbadać działalność organów bezpieczeństwa PRL w latach 80. Kierował nią młody, bardzo ambitny polityk Jan Maria Rokita. Wielkie niszczenie akt rozpoczęto od „teczek na księży”. Taki ruch zaproponował zwierzchnikom gen. Tadeusz Szczygieł, dyrektor likwidowanego IV Departamentu MSW (zajmującego się inwigilowaniem i zwalczaniem Kościoła katolickiego). „Pomysł spotkał się z aprobatą i 1 września Szczygieł wysłał do szefów WUSW polecenie protokolarnego zniszczenia wszystkich prowadzonych oraz zarchiwizowanych materiałów dotyczących inwigilacji księży” – opisuje Kozłowski. Dekadę później w głośnym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” gen. Kiszczak (nazwany wtedy „człowiekiem honoru”) przyznał: „Kiedy doszło do normalizacji stosunków państwo-Kościół, trzeba było te zaszłości zniszczyć. Niszczyliśmy je w 1989 r. Nie wszystko, ale bardzo dużo. Część dokumentów przekazaliśmy Kościołowi na jego wyraźną prośbę”. Niestety generał nie opowiedział Adamowi Michnikowi i Monice Olejnik, którzy przeprowadzali rozmowę, co przekazał Episkopatowi oraz jakie papiery zachował dla własnego użytku.
Z niszczeniem innych archiwaliów nie poszło już tak gładko. Choć bardzo się starano, szybkie pozbycie się dokumentów gromadzonych od ponad 40 lat było niemożliwe. „W przypadku Warszawy szczególną rolę odgrywała papiernia w Konstancinie-Jeziornej. Na przykład 30 października 1989 r. dwie ciężarówki przywiozły tam dziesięć ton akt. Młyny nie działały jednak tak sprawnie, jak powinny – zachowały się niezmielone szczątki dokumentacji Departamentu IV” – opisuje Kozłowski. Choć w podobny sposób wykorzystywano papiernie w całym kraju, ich moce przerobowe nie były wystarczające. Dlatego setki kilogramów dokumentów trzeba było spalić. Czasami nie wszystko szło zgodnie z planem. Kilka ton papierów, palonych przez funkcjonariuszy SB na terenie jednostki ZOMO na Szczęśliwicach w październiku 1989 r., nie chciało spłonąć przez kilka godzin. W końcu do wielkiego dołu, w którym umieszczono ognisko, zagnano zomowców uzbrojonych w pręty. Ci przez całą noc musieli przewracać tlące się teczki i pilnować, żeby ogień nie zgasł. A i tak gdy rok później pracownicy Urzędu Ochrony Państwa odkopali dół, wydobyli stamtąd kilkanaście tysięcy dobrze zachowanych dokumentów, opatrzonych klauzulą „tajne” i „ściśle tajne”.
Pod koniec 1989 r., kiedy nadeszły deszcze i chłody, najłatwiej miały wojewódzkie urzędy spraw wewnętrznych, które posiadały własne kotłownie. W rozmowie z „Tygodnikiem Solidarność” wiosną 1990 r. palacz w budynku WUSW w Piotrkowie Trybunalskim chwalił się, że zimą nie musiał zamawiać opału, bo w zupełności wystarczyły mu nieustannie znoszone papiery. Toruńscy esbecy mogli tylko pozazdrościć komfortu pracy swoim kolegom z Piotrkowa. Przez cały styczeń 1990 r. dzień w dzień musieli mleć akta w niszczarkach rozstawionych w kilku pokojach.

Akta na wagę złota

Poprzez dokładne czyszczenie archiwów nie tylko zacierano ślady zbrodni popełnionych przez policję polityczną w latach 80. i wcześniej. Chroniono też tajnych współpracowników SB, ukrywając ich powiązania z funkcjonariuszami. A te mogły okazać się bardzo przydatne. Im więcej teczek znikało, tym przyszłość stawała się dla esbeków bardziej obiecująca. Zwłaszcza że najciekawsze dokumenty, dotyczące osób mających szansę odegrać istotną rolę w życiu politycznym czy gospodarce III RP, dawało się zagarnąć na własny użytek. „Dwadzieścia parę tysięcy byłych funkcjonariuszy SB jest obecnie emerytami bądź jest poza służbą. Trzeba przyjąć założenie, że przynajmniej 1/3 z nich jest w posiadaniu interesującej wiedzy” – szacował w wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej” w styczniu 1997 r. ówczesny minister koordynator służb specjalnych Zbigniew Siemiątkowski. „Mam świadomość, że gdzieś w rękach byłych funkcjonariuszy SB i UOP są dokumenty, które mogą komuś zaszkodzić” – dodawał. Nota bene sam minister Siemiątkowski także nie oparł się urokowi akt tajnych służb, bo został przyłapany na wynoszeniu ich do domu. Za co w 2007 r. sąd skazał go prawomocnym wyrokiem.
Kilka ton papierów, palonych przez funkcjonariuszy SB na terenie jednostki ZOMO na Szczęśliwicach w październiku 1989 r., nie chciało spłonąć przez kilka godzin. W końcu do wielkiego dołu, w którym umieszczono ognisko, zagnano zomowców uzbrojonych w pręty. Przez całą noc musieli przewracać tlące się teczki i pilnować, żeby ogień nie zgasł
„Najatrakcyjniejsze” akta zachował dla siebie gen. Kiszczak. Najprawdopodobniej zadbał o nie już na samym początku rozmów przy Okrągłym Stole, a dopiero potem nakazał stopniową likwidację archiwów. Zniszczenie papierów niekoniecznie oznaczało jednocześnie zniknięcie zawartej w nich wiedzy. „W 1993 r. funkcjonariusze UOP wkroczyli do mieszkania Jerzego Frączkowskiego, dawnego majora, kierownika Inspektoratu II oraz Wydziału Studiów i Analiz WUSW w Gdańsku. Podejrzewano go o udział w nielegalnym handlu materiałami promieniotwórczymi, to była jednak zapewne tylko przykrywka; funkcjonariusze szukali czego innego. I znaleźli – mikrofilmy zawierające dokumentację dotyczącą kluczowych osób z trójmiejskiej opozycji, w tym Wałęsy” – opisuje Kozłowski.

Lepiej nie wiedzieć

Niszczenia akt na masową skalę nie dało się ukryć. Zwłaszcza że w samej SB kłopoty z dyscypliną stawały się coraz większe. W listopadzie 1989 r. z Janem Marią Rokitą skontaktował się pracownik Biura „C” MSW, które nadzorowało archiwa. Doniósł posłowi, że właśnie trwa masowa likwidacja materiałów tajnych służb. Takich ostrzeżeń płynących do polityków związanych z obozem „solidarnościowym” było więcej. Gdy niektórzy próbowali poruszać tę sprawę na forum publicznym, MSW zapewniało, że jest to oddolna inicjatywa, która zostanie ukrócona. „W grudniu Jan Rokita wszedł w posiadanie fragmentu akt operacyjnych Departamentu IV, które pozostały na miejscu masowego niszczenia dokumentów w Konstancinie. Poseł skontaktował się z Mazowieckim i poprosił o interwencję. Premier – jak mówił Rokita – odesłał go do Kiszczaka” – opisuje Kozłowski.
Po latach Mazowiecki tłumaczył się, że osobiście dzwonił do szefa MSW, ale ten uspokoił go, że chodzi o „niszczenie niepotrzebnych duplikatów”. Generał nieraz okłamał premiera. W zasadzie rozbił to nieustannie, a mimo to jego tłumaczenia zawsze były brane za dobrą monetę.
Nowe doniesienia z całej Polski o likwidowaniu esbeckich archiwów skłoniły Rokitę do wystosowania pisma do przewodniczącego obywatelskiego klubu parlamentarnego prof. Bronisława Geremka z prośbą o przekonanie premiera, aby zdecydowanie interweniował w MSW, bo inaczej całe archiwa służb specjalnych znikną. „Nie chciałbym być w przyszłości wymieniany przez historyków jako ten, z którego winy zniszczono te materiały” – tak kończył swój list Rokita. Dopiero wtedy – 26 stycznia 1990 r. – OKP specjalną uchwałą wezwał Mazowieckiego do zabezpieczenia archiwów MSW. Minęły cztery miesiące, zanim wydelegowani do przejęcia kontroli nad służbami specjalnymi Krzysztof Kozłowski i Andrzej Milczanowski zarządzili śledztwo w sprawie niszczenia dokumentów SB. W międzyczasie gen. Kiszczak wydał symboliczny rozkaz pozostawienia archiwaliów w nienaruszonym stanie. Było to chyba pierwsze polecenie szefa MSW powszechnie zignorowane przez podwładnych.

Pozamiatane archiwa

Dopiero rok po czerwcowych wyborach nowe władze zdobyły się na przeprowadzenie weryfikacji pracowników Służby Bezpieczeństwa, przekształcanej w Urząd Ochrony Państwa. Zaczęła się ona w lipcu 1990 r. Na początek z ulgą odetchnęły tysiące funkcjonariuszy SB przeniesionych wcześniej do policji. Ich przeszłości i dokonań z czasów PRL nikt nie zamierzał sprawdzać. Potem ulgę poczuła cała reszta esbeków. Wojewódzkie komisje weryfikacyjne miały bardzo mało czasu oraz dostęp jedynie do marnych szczątków pozostałych po archiwach. W takich warunkach wytropienie czegokolwiek istotnego dla bezpieczeństwa państwa graniczyło z cudem. O dawnych zbrodniach czy nadużyciach nie wspominając. Dlatego na 14 038 funkcjonariuszy SB, którzy stanęli przed komisjami, negatywne opinie otrzymało 3595. Po złożeniu odwołań do Komisji Centralnej połowę z nich przywrócono do służby. Pobłażliwość elit dawnej demokratycznej opozycji wobec ludzi związanych z policją polityczną, którzy niedawno ich inwigilowali, prześladowali, aresztowali, a czasami mordowali, mogła zdumiewać.
Zwykli obywatele w tym czasie mieli inne problemy na głowie, gdyż zmagali się z dotkliwymi skutkami zapaści gospodarczej kraju. Rządzących obowiązywała natomiast filozofia „grubej kreski”, nakazująca wybaczyć przeszłość. Na szczęście dla nich 25-tysięczna armia esbeków po 1989 r. uległa rozproszeniu, stając się dla państwa i demokracji znacznie mniej groźna, niż wskazywały na to jej możliwości. Paradoksalnie stało się tak wcale nie dzięki jakimś sensownym działaniom, lecz za sprawą… Kiszczaka. Generał zdecydowanie przeceniał stopień zorganizowania, zdolność strategicznego myślenia czy nawet polityczny pragmatyzm swoich przeciwników. Dla starego wyjadacza takiego jak on było oczywiste, że po upadku starego reżimu należy jak najszybciej przejąć kontrolę nad tajnymi służbami i przeprowadzić w nich czystkę kadrową. Dlatego kluczowe działania ukierunkował na zagwarantowanie sobie i podwładnym bezpiecznej przyszłości.
Szybko okazało się też, że w budującej wolny rynek III RP ludzie z dostępem do kapitału i wpływowych znajomych mają nieograniczone możliwości kariery. Tym bardziej że w nowym aparacie bezpieczeństwa nadal dominowali starzy koledzy z SB. Większość spośród ponad 10 tys. esbeków, którzy odeszli ze służby, zaczęła robić karierę w biznesie. Na 1,5 tys. licencji wydanych do 1991 r. na prowadzenie biur ochroniarskich i detektywistycznych ponad połowa trafiła w ręce ludzi wcześniej pracujących w tajnych formacjach PRL. Klienci cenili sobie usługi ich firm. „To prawdziwi fachowcy, potrafią spacyfikować zbuntowany motłoch” – mówił dziennikarzowi „Tygodnika Solidarność” w styczniu 1997 r. właściciel Wałbrzyskiej Porcelany. Wyższa kadra oficerska wybierała jednak bardziej elitarne sposoby zarabiania – odnalazła się np. na stanowiskach specjalistów do spraw bezpieczeństwa czy doradców właścicieli dużych firm. Często dochodziło do ciekawego odwrócenia ról: biznesmeni, którzy w latach 80. byli tajnymi współpracownikami SB, stawali się sowicie płacącymi pracodawcami swoich dawnych mocodawców. „Teraz widać tych ludzi (oficerów SB – red.) na przykład jako doradców osób z pierwszej dziesiątki najbogatszych ludzi w Polsce” – opowiadał były zastępca dyrektora Zarządu Wywiadu UOP Piotr Niemczyk w 2000 r. na łamach miesięcznika „Więź”. Na tym tle nieliczni funkcjonariusze SB, którzy kończyli jako kierowcy taksówek lub właściciele niewielkich sklepików, słusznie uchodzili za frajerów. Natomiast gen. Czesław Kiszczak, wiodąc spokojny żywot emeryta, miał prawo gratulować sobie bardzo udanej transformacji.
Wykorzystane w tekście cytaty źródłowe zaczerpnąłem z książki Tomasza Kozłowskiego „Koniec imperium MSW. Transformacja organów bezpieczeństwa państwa 1989–1990”