Za sprawą długoletnich wysiłków hierarchów polski Kościół trwoni kapitał społecznego zaufania, na jaki sobie zapracował za czasów PRL. Film „Tylko nie mów nikomu” Tomasza i Marka Sekielskich, choć wstrząsający, to jedynie kamyczek, który ruszył lawinę. Głazy kumulowały się latami, gdy pod dywan zamiatano sprawy duchownych dopuszczających się przestępstw lub co najmniej występków etycznych. Zarówno tych, którzy kariery robili dzięki współpracy z komunistyczną bezpieką, jak i tych czujących pociąg do ministrantów, małych dziewczynek, alkoholu, pieniędzy i wystawnego życia.
A skoro pasterzom będącym za pan brat ze wszystkimi siedmioma grzechami głównymi nie działa się krzywda, najbardziej niepokornym owieczkom w końcu musiały puścić nerwy. Bo ileż można przyglądać się zgorszeniu, udając, że nie jest ono sprzeczne z naukami Chrystusa. Kościół jest silny mocą swoich wiernych. Gdy oni od niego odchodzą, znika. To nie koniec złych prognoz: utracone zaufanie odbudowuje się latami, nawet gdy wyeliminuje się wszystkie nadużycia. Słaby lub skompromitowany Kościół oraz jego wierni dla władzy świeckiej zawsze byli zaś idealnym wrogiem.

Absurd prześladowań

Dla Gajusza Pliniusza Secundusa zwanego Młodszym obowiązek ścigania chrześcijan w podległej mu prowincji Bitynii i Pontu z czasem wydawał się coraz mniej zrozumiały. Namiestnik w końcu postanowił skonsultować swe wątpliwości z imperatorem. Około roku 111 napisał długi list, w którym podkreślił, że zgodnie z wytycznymi tropi zakładane przez chrześcijan wspólnoty i aresztuje ich członków. Przyznał jednak, że nie do końca widzi sens tego, co robi. „Uważałem, że należy uwolnić tych, którzy twierdzili, iż nie są ani nie byli chrześcijanami, skoro ze mną wzywali bogów i przed twoim posągiem, który w tym celu kazałem przynieść wraz z wizerunkami bóstw, składali ofiary z kadzidła i wina, i, co więcej, złorzeczyli Chrystusowi, do czego podobno nic nie jest w stanie zmusić prawdziwych chrześcijan” – tłumaczył namiestnik cesarzowi Trajanowi. W toku prowadzonych przez siebie śledztw Pliniusz Młodszy nie znalazł nawet cienia dowodu na to, że ma do czynienia z grupą śmiertelnie niebezpiecznych spiskowców, zagrażających cesarstwu. Jak pisał w liście, sami oskarżani twierdzili, że ich działalność polegała na tym, by „w określonym dniu o świcie zbierać się i śpiewać na przemian pieśni ku czci Chrystusa jako Boga, i że związali się przysięgą dotyczącą nie jakichś występków, lecz że nie będą popełniać kradzieży, rozbojów, cudzołóstwa. Że nie będą składać fałszywej przysięgi ani zapierać się wobec żądających zwrotu powierzonej im własności. Po tych obrzędach zazwyczaj rozchodzili się i znowu zbierali się, aby spożyć wspólny i niewinny posiłek”. Kiedy namiestnik wydał edykt zabraniający aresztowanym sekretnych zgromadzeń, ci zakaz respektowali.
Reklama
Okładka Magazyn DGP 17 maja 2019 r. / Dziennik Gazeta Prawna

Reklama
Na wszelki wypadek kazał jeszcze wziąć na tortury dwóch świadków, lecz nawet w ten sposób nie uzyskano żadnych informacji mogących pogrążyć chrześcijan. „Nie znalazłem nic innego, jak tylko niegodziwy i nieumiarkowany przesąd. Dlatego odroczyłem śledztwo i zwracam się do Ciebie z prośbą o radę” – podsumowywał Pliniusz Młodszy. W odpowiedzi cesarz Trajan przesłał mu iście salomonowe wytyczne: „Należy ich (chrześcijan – red.) karać, z tym jednak zastrzeżeniem, że jeśliby ktoś zaprzeczył, iż jest chrześcijaninem i potwierdził to swoim zachowaniem – to znaczy zanosząc modły do naszych bogów – to chociażby były podejrzenia co do jego przeszłości, powinien uzyskać przebaczenie ze względu na skruchę. Natomiast pisma anonimowe w żadnej sprawie dotyczącej przestępstwa nie mogą być brane pod uwagę. Dawałoby to bowiem najgorszy przykład niepasujący do naszego wieku”. Wkrótce prześladowania chrześcijan ustały na terenie całego cesarstwa. Mimo że nie miały najmniejszego sensu, to w przyszłości miały powrócić z jeszcze większą siłą.

Bo byli pod ręką

Cesarstwo Rzymskie miało olbrzymie zdolności wchłaniania nowych religii na podbitych przez siebie ziemiach. Poczynając od starożytnych bogów Egiptu, a kończąc na napływającym z terenów Azji Środkowej mitraizmie. Nawet judaizm nie stanowił większego problemu. Wyjątek zrobiono dla chrześcijan, choć nie było tak od samego początku. „Dopóki chrystianizm, zrodzony w środowisku żydowskim, kojarzony był przez Rzymian z judaizmem i wydawał się im jakąś odmianą judaica superstitio (żydowskie odstępstwo – red.), chrześcijanie w praktyce korzystali ze statusu przyznanego Żydom, tzn. mogli nie składać ofiar bogom państwa rzymskiego” – pisze w opracowaniu „Procesy chrześcijan w świetle korespondencji Pliniusza Młodszego” Marzena Hanna Dyjakowska. Dyspensę gwarantowały im dekrety Juliusza Cezara oraz Oktawiana Augusta.
O tym, że chrześcijanie zostali zawodowymi dysydentami, zadecydował przypadek. Pożar, jaki wybuchł w Rzymie w 64 r., pochłonął większą część miasta. Cesarz Neron próbował organizować pomoc dla pogorzelców. „Kazał wznieść naprędce budynki, aby dać przytułek tłumowi nędzarzy; dowieziono też artykuły pierwszej potrzeby z Ostii i sąsiednich miast municypalnych oraz obniżono cenę zboża” – zanotował Publiusz Korneliusz Tacyt. Te zabiegi nie zostały jednak przyjęte z wdzięcznością. „Rozeszła się pogłoska, że właśnie w chwili, gdy miasto stało w płomieniach, on (Neron – red.) wstąpił na scenę domowego teatru i opiewał zagładę Troi, porównując obecne nieszczęście z klęskami przeszłości” – relacjonował Tacyt. Doradcy Nerona uznali wówczas, iż aby zachować władzę, musi on jak najszybciej znaleźć kozła ofiarnego.
Wybór padł na chrześcijan, ponieważ prawie nikt nic o nich nie wiedział. W ponad milionowym mieście ich wspólnota liczyła sobie mniej niż 2 tys. członków. Krążyły za to plotki, że są wschodnią sektą praktykującą kanibalizm i dzieciobójstwo, a ich potajemne spotkania kończą się orgiami. „Schwytano więc naprzód tych, którzy tę wiarę publicznie wyznawali, a potem na podstawie ich zeznań ogromne mnóstwo innych, i udowodniono im nie tyle zbrodnię podpalenia, ile nienawiść ku rodzajowi ludzkiemu” – opisywał Tacyt. Owa „nienawiść” miała polegać na próbie podważenia pax deorum, czyli pokoju z bogami. „Rzymianie byli przekonani, że jego zakłócenie powodowało klęski i niepowodzenia” – wyjaśnia w opracowaniu „Jak długo judaizm postrzegany był jako superstitio w pogańskim Imperium Romanum” Anna Kowalczyk. „Aby państwo i jego obywatele mogli cieszyć się pomyślnością, niezbędne było unikanie wszelkiego rodzaju błędów religijnych” – dodaje. Jednym słowem, Neronowi udało się dowieść, że spisek chrześcijan miał prowadzić do podważenia pax deorum, przez co spłonął Rzym. Aby odbudować pokój z bogami, władca zorganizował igrzyska, podczas których chrześcijanie „okryci skórami dzikich zwierząt ginęli rozszarpywani przez psy albo przybici do krzyżów, gdy zabrakło dnia, palili się, służąc za nocne pochodnie” – odnotował Tacyt.
Przekonanie, że wyznawcy Chrystusa knują, jak skłócić Rzymian z ich bogami, przejęli kolejni cesarze. Ilekroć zaczynał się kryzys gospodarczy lub polityczny, władze wznawiały tropienie chrześcijan, mordując w pokazowy sposób tych, którzy odmawiali wyrzeczenia się swojej wiary. Nie przewidziano jedynie, że posiadanie niezawodnego kozła ofiarnego może dać efekt samospełniającej się przepowiedni. Im gorzej działało państwo, gnębiąc obywateli podatkami i represjami, tym bardziej chrześcijaństwo rosło w siłę. W końcu religia dysydentów wyparła starych bogów, zaś kolejni cesarze dochodzili do wniosku, że warto pójść za ogólnym trendem i się ochrzcić.

Władca w potrzebie

Dla króla Filipa IV Pięknego, który bardzo potrzebował funduszy na sfinansowanie licznych wojen, Kościół przez długi czas był głównie utrapieniem. Wszystko dlatego, że papież Klemens V usiłował uwikłać Francję w kolejną krucjatę, tym samym psując monarsze jego polityczne plany. Na dokładkę wielki mistrz zakonu templariuszy Jakub de Molay prowadził w Paryżu i innych dużych miastach akcję werbunkową, dzięki czemu zjednywał sobie stronników wśród możnowładców, którzy mogliby zmusić króla do wyprawy aż do Jerozolimy. Templariusze byli wówczas u szczytu potęgi. Gdy z zachodniej Europy wyruszały do Ziemi Świętej kolejne krucjaty, krzyżowcy potrzebowali kogoś, kto przechowywałby pieniądze lub wypłacił je po okazaniu odpowiednich papierów. Templariusze rozwinęli całą sieć placówek bankowych, obejmujących Europę oraz Bliski Wschód. Gotówkę zaczęli powierzać im papieże, a monarchowie mianowali przedstawicieli zakonu na posady urzędników odpowiedzialnych za zarządzanie królewskim skarbcem. Czynili tak m.in. królowie Anglii, Szkocji oraz Francji. Zakon rycerski posiadał też własne kopalnie soli, węgla i rud żelaza. W 1192 r. było go stać na odkupienie od króla Anglii Ryszarda Lwie Serce wyspy Cypr.
Filip IV Piękny doceniał potęgę templariuszy, ale nie zamierzał wyruszać na bezsensowną krucjatę ani podporządkować się Klemensowi V. Opracował więc plan, jak upiec co najmniej dwie pieczenie na jednym ogniu. Niespodziewanie 13 października 1307 r. z królewskiego rozkazu aresztowano przebywających w Paryżu Jakuba de Molay i 138 jego towarzyszy. Wszystkich oskarżono o wypieranie się Chrystusa, zachęcanie do sodomii, czczenie bożków, brak wiary w sakramenty, a nawet „czczenie kota”. Skazanie za herezje i magię musiało prowadzić do śmierci na stosie. Choć rzecz dotyczyła zakonników, których o bezeceństwa wcześniej nie podejrzewano, Filip IV Piękny znakomicie wykorzystał przeciwko templariuszom ich największe atuty. Poza celibatem, ubóstwem, posłuszeństwem wobec przełożonych i papieża Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona (bo tak brzmiała jego pełna nazwa) obowiązywało wiele innych zakazów – przede wszystkim absolutnie nie wolno było ujawniać osobom postronnym spraw dotyczących codziennego funkcjonowania organizacji. Templariusze nie pozostawili po sobie ani jednej kroniki. Choć mówi się, że opływali w bogactwa, nosili zbroje i białe płaszcze z czerwonym krzyżem oraz uchodzili za rycerzy, którzy nie przegrywali bitew. Tajemniczość i sukcesy ułatwiały wzbudzenie podejrzeń wśród Francuzów, że spiskują z samym Szatanem. Resztę dopełniło przyznanie się do win podczas śledztwa. Królewskim katom nie poszło łatwo, bo podczas tortur zmarło ponad 40 zakonników. Reszta, z Jakubem de Molay na czele, spłonęła na stosach w marcu 1314 r. W ich obronie nie stanął nawet Klemens V. Władca Francji zadbał o to zawczasu, pozbawiając go wolności i osadzając siłą w Awinionie. Tam papież podpisał decyzję o rozwiązaniu rycerskiego zakonu. Ogromny majątek zaanektował na własne potrzeby Filip IV Piękny, choć nie cieszył się nim długo – umarł pół roku później.

Państwo w potrzebie

„Wszelkich zabiegów i starania przyłożyć należy do ujęcia sobie serc najpierwszych każdego kraju Panów, i wyrobienia dla siebie do nich łatwego przystępu; takim albowiem sposobem żaden nie będzie się ważył przeciw nam powstać, ale owszem starać się będzie o naszą przyjaźń i łaskę” – zapisano w wydrukowanej w Norymberdze instrukcji „Monita Secreta Societatis Jesus”, czyli „Poufne rady Towarzystwa Jezusowego”. Jej autorem był Polak Hieronim Zahorowski. Paszkwil z 1612 r. był formą zemsty na przełożonych za usunięcie go z szeregów jezuitów. Napisał go tak, by wyglądał na autentyczny, tajny poradnik przeznaczony do użytku wewnętrznego.
Z biegiem lat dzieło Zahorowskiego stało się bestsellerem w całej Europie. Nim minął wiek, przełożono je na 22 języki. Zawarta w poradniku treść zainspirowała wielu polityków pilnie potrzebujących wyrazistego wroga. Założone w 1540 r. przez Ignacego Loyolę Towarzystwo Jezusowe znakomicie nadawało się do tej roli. Jezuici już w połowie XVI w. zaczęli odgrywać kluczowe role przy boku najważniejszych monarchów w katolickiej części Europy. Tylko na dworze króla Francji nieustannie działało ich kilkunastu. Podobnie zakon zdobywał wpływy w monarchii Habsburgów, Rzeczpospolitej pod rządami Wazów, Hiszpanii i Portugalii. Jednocześnie jezuici zbudowali ogólnoeuropejską sieć bezpłatnych szkół dla młodzieży, które zyskały znakomitą renomę. „Uczyli najlepiej ze wszystkich” – przyznawał angielski filozof Francis Bacon. Za sprawą działań edukacyjnych, misyjnych i politycznych Towarzystwo Jezusowe zahamowało ekspansję protestantyzmu w Europie. Katolicy zaczęli odzyskiwać swój teren.
Wkrótce jezuici ruszyli na podbój innych kontynentów. Ich misje przyczyniły się do nawrócenia na chrześcijaństwo milionów ludzi, m.in. w Indiach, Chinach, Japonii oraz Ameryce Południowej. „Ignacy i stworzone przez niego stowarzyszenie wyrośli na jedną z największych sił, jakie tworzą historię” – zauważa Christopher Hollis w „Historii jezuitów”. Jednak sukcesy zaczęły stopniowo obracać się przeciw zakonowi. Jeszcze zanim wydano „Monita Secreta Societatis Jesus” Zahorowskiego, pod koniec 1605 r. o spiskowych skłonnościach jezuitów zrobiło się głośno w Europie. Nocą 5 listopada w podziemiach angielskiego parlamentu ujęto Guya Fawkesa. Znaleziono tam też 36 beczek prochu. Fawkes wraz z grupką towarzyszy planował wysadzić w powietrze budynek zaraz po rozpoczęciu obrad. Liczył, że zgładzi posłów do Izby Gmin oraz króla Jakuba I. Spiskowcy chcieli się w ten sposób zemścić za lata prześladowań, jakie spadły na katolików w Anglii po utworzeniu przez króla Henryka VIII Kościoła anglikańskiego, a przy okazji osadzić na tronie katolickiego władcę. Konspiratorów ujęto i stracono, po czym ogłoszono, że za wszystkim stali jezuici wspierający arcykatolickich monarchów Hiszpanii.
Anglia od lat toczyła z nią walkę na śmierć i życie, więc przekonanie obywateli, że wszechpotężny zakon zaplanował pozbycie się elity politycznej kraju, nie sprawiło większej trudności. Przy tej okazji parlament przyjął „An act against Jesuits, seminary priests, and such other like disobedient persons, also known as Jesuits, etc.” – ustawę przeciwko jezuitom, kapłanom seminaryjnym i innym podobnym nieposłusznym ludziom. De facto nakazywała ona katolikom przejście na anglikanizm. Za nieposłuszeństwo i potajemne odprawienie mszy groziła konfiskata majątku oraz wieloletnie więzienie.
Czarna legenda jezuitów rosła w siłę. To oni mieli namówić usuniętego z zakonu benedyktynów François Ravaillaca do zasztyletowania króla Francji Henryka IV, a także próbować zagładzić kilku innych władców opowiadających się za tolerancją religijną. Oskarżono ich też o podpalenie Londynu w 1666 r., które doszczętnie strawiło miasto. Jednak najwięcej emocji budziły opowieści o tym, jak zakon steruje poczynaniami władców. „Jezuici byli pierwszą organizacją pomawianą o to, iż pragną zawładnąć światem, że robią to cichaczem i podstępem” – twierdzi Teresa Bogucka w opracowaniu „Przebiegłe Towarzystwo”. Na deser pomówiono ich o rozwiązłość seksualną i sodomię.
Szokujące oskarżenia nasiliły się z początkiem epoki oświecenia, ale zakon długo ignorował zagrożenie. Fakt ten wykorzystał wpływowy pierwszy minister portugalskiego króla Józefa I markiz Sebastião José de Carvalho e Melo. Zakonnicy z Towarzystwa Jezusowego walczący na dworze o wpływy długo przeszkadzali mu w całkowitym zdominowaniu nieudolnego monarchy. Okazję do ostatecznej rozprawy z jezuitami dało politykowi wielkie trzęsienie ziemi. W dniu Wszystkich Świętych 1 listopada 1755 r. w jego skutku zginęło w Lizbonie i okolicach ok. 90 tys. ludzi. Kataklizm oraz szczególna data wzbudziły mistyczne nastroje. Markiz de Pombal rozpowszechnił wówczas plotkę, że gniew Boży ściągnęli na miasto zdeprawowani jezuici. Wkrótce zarzucił im też podburzanie do rewolty Indian w portugalskich koloniach w Ameryce Południowej. Wreszcie z dodatkową pomocą przyszedł mu przypadek. We wrześniu 1758 r. króla Józefa I postrzelił w rękę krewny kochanki monarchy Teresy de Távora. Markiz o przygotowanie zamachu oskarżył Towarzystwo Jezusowe. Trzej aresztowani zakonnicy podczas tortur potwierdzili te zarzuty. Pół roku później królewski dekret nakazał wszystkim jezuitom opuszczenie granic Portugali. Nie minęło wiele czasu i król Ludwik XV wygnał jezuitów z Francji, zarzucając im m.in. „zachęcanie do zabójstwa i ojcobójstwa, lichwy, mściwości i okrucieństwa; zagrażanie bezpieczeństwu książąt”, a nawet „sprzeciwianie się nakazom Kościoła, woli Bożej, pokojowi i porządkowi publicznemu”. Fala prześladowań wobec członków Towarzystwa Jezusowego dotarła nawet do Hiszpanii i Polski. Wszędzie delegalizowano zakon, przejmując na własność państwa klasztory i szkoły. W końcu papież Klemens XIV uległ naciskom europejskich dworów i w 1773 r. ogłosił rozwiązanie Towarzystwa. Co ciekawe, jego członkom schronienia udzieliła wówczas cesarzowa Rosji Katarzyna II. Dzięki temu zakon mógł się odrodzić na początku XIX w., choć już tylko jako cień swojej dawnej potęgi.

W zderzeniu z nowoczesnością

Wiek rozumu zakończyła rewolucja francuska. W imię oświeconych haseł obalono monarchię absolutną i zastąpiono ją terrorystycznymi rządami jakobinów. Monarchiści i katolicy byli dla nich w zasadzie tym samym. Kościoły zamieniano na „świątynie rozumu”, a opornych duchownych czekała gilotyna. Za przyzwoleniem republikańskich władz w październiku 1793 r. tłum splądrował królewskie grobowce w bazylice Saint-Denis. Wywleczone z nich zwłoki katolickich władców Francji wrzucono do jednego dołu. Wprawdzie prześladowania ustały po upadku jakobinów, ale dopiero Napoleon Bonaparte oficjalnie zagwarantował Kościołowi bezpieczeństwo. Co nie przeszkodziło mu w instrumentalnym traktowaniu zarówno instytucji, jak i samej wiary. Gdy francuska armia podbiła Półwysep Apeniński, jego okupację prowadzono pod hasłami postępu i nauki. Realizując je w lutym 1808 r., Państwo Kościelne włączono w skład terytorium Francji, a niewiele ponad rok później żołnierze wywlekli Piusa VII z Kwirynału i wywieźli do Grenoble. Następnie papież wylądował jako więzień w Sawonie. Wolność przyniosła mu dopiero klęska Napoleona w 1814 r.
Rewolucja francuska i poczynania Bonapartego zaważyły na tym, jak przez następne sto lat podchodzono w Watykanie do wszystkiego, co „nowoczesne”. Kiedy więc w Europie Zachodniej trwała rewolucja przemysłowa i naukowa, Kościół uparcie negował zachodzące zmiany, widząc w nich jedynie zagrożenie. Z czasem stał się wrogiem elit intelektualnych i naukowych. Nie chodziło już tylko o wąskie grono filozofów i pisarzy epoki oświecenia, lecz rosnącą rzeszę wykształconych osób, odgrywających wiodącą rolę we wszystkich obszarach związanych z postępem technologicznym oraz naukowym. Ta nowa elita jawiła się kolejnym papieżom jako uosobienie zła. W wydanej w 1846 r. encyklice „Qui Pluribus” papież Pius IX pisał o uczonych: „(...) którzy oddając się obrzydłym namiętnościom i pod pretekstem dążności do ludzkiego postępu, czynią wszystko, by zniszczyć wiarę, podporządkować ją rozumowi i znieprawić słowo Boże”. Wcześniej Leon XII zakazał szczepień przeciw ospie jako sprzecznych z naturą i wolą bożą.
Jeśli chodzi o stopień otwartości, rozumienia otaczającego świata oraz poziomu wykształcenia ludzi kierujących Kościołem, nigdy nie było tak źle jak w XIX w. A był to czas, kiedy duchowni musieli mierzyć się z wysypem rewolucyjnych teorii naukowych, np. dziełem „O powstawaniu gatunków” Karola Darwina. Papież Pius IX w ogłoszonej w 1864 r. encyklice „Quanta cura” opatrzył odkrycia naukowe takimi epitetami, jak: „okrutna zaraza”, „zbrodniczy bezwstyd” czy „bezbrzeżne zło”. Sześć lat później, w odpowiedzi na teorię ewolucji podważającą opis stworzenia świata zawarty w Księdze Rodzaju, proklamował nieomylność papieża w kwestiach związanych ze sprawami interpretacji Pisma Świętego i wiary. Kościół, postrzegany jako główny wróg nauki, kompletnie stracił oparcie wśród wykształconych elit, co było tym bardziej bolesne, że jego władza polityczna od dawna okazywała się znikoma. Upadkowi religijności towarzyszył na przełomie stuleci rozkwit nowych idei mających przeformatować chrześcijański dotąd świat na miarę epoki rozumu. Najbardziej agresywne z nich – eugenika, faszyzm i komunizm – święciły triumfy w pierwszej połowie XX w. Wierni religii chrześcijanie, jeśli mieli trochę szczęścia, spadali do pozycji politycznie podejrzanych obywateli drugiej kategorii, jak to się działo w III Rzeszy. Natomiast jeśli mieli odrobinę pecha, który dotknął ich np. w Związku Radzieckim, to stawali się czymś na kształt zwierzyny łownej, nadającej się do roli publicznego wroga totalitarnego państwa.
Rewolucja francuska i poczynania Bonapartego zaważyły na tym, jak przez następne sto lat podchodzono w Watykanie do wszystkiego, co „nowoczesne”. Kiedy więc w Europie Zachodniej trwała rewolucja przemysłowa i naukowa, Kościół uparcie negował zachodzące zmiany, widząc w nich jedynie zagrożenie