„Opowiadania wszystkie” Kurta Vonneguta to z jednej strony historia dojrzewania wybitnego prozaika, z drugiej – szczególnego rodzaju kronika nadziei, oczekiwań, przekonań i lęków amerykańskiego mieszczaństwa
Reklama
magazyn okładka 16 listopada / Dziennik Gazeta Prawna
Na początek cytat ze skromnego listu. List opowiadał o zdarzeniu, które – jak to wiele lat później określił sam autor – „przy mojej osobistej, wąskiej ścieżynce od narodzin do śmierci piętrzy się jak Stonehenge”. 28 października 1949 r. Kurt Vonnegut pisał do swojego ojca: „Drogi Tato! Sprzedałem pierwsze opowiadanie do «Collier’s». Wczoraj w południe dostałem wypłatę (750 dolarów minus 10 procent prowizji dla agenta). Wygląda na to, że w najbliższej przyszłości uda mi się sprzedać jeszcze dwie rzeczy. Chyba coś drgnęło. Pieniądze wpłaciłem na konto, a kiedy i jeśli znowu coś sprzedam, zrobię to samo, dopóki nie będę miał równowartości rocznej pensji w General Electric. Wystarczą na to spokojnie cztery opowiadania, i nawet mi trochę zostanie (tego jeszcze u nas nie było), a wtedy rzucę tę cholerną, koszmarną pracę i póki życia nie poszukam drugiej, tak mi dopomóż Bóg. Od lat nie czułem się tak szczęśliwy. Całuję cię, K.” (przeł. Rafał Lisowski).
„Opowiadania wszystkie” Kurta Vonneguta ukazały się nakładem wydawnictwa Albatros pod redakcją Jerome’a Klinkowitza i Dana Wakefielda. Książkę przełożyli: Jolanta Kozak, Robert Sudół, Andrzej Szulc, Zofia Uhrynowska-Hanasz i Elżbieta Zychowicz / Dziennik Gazeta Prawna

Reklama
Cztery opowiadania za roczną pensję? A nawet jeśli pięć – czy to w ogóle można sobie wyobrazić? Z trudem. Ale to była prawda. Jeszcze w latach 40. i 50. zeszłego wieku garść opowiadań opublikowana w mainstreamowych kolorowych czasopismach (takich jak wspomniany „Collier’s” bądź „Cosmopolitan”, „Ladies’ Home Journal”, „Esquire” czy „Saturday Evening Post”, zwanych „slicks”, „gładkimi”, od gładkiego papieru, na którym je drukowano) mogła wyżywić amerykańskiego pisarza i jego rodzinę. Vonnegut – w przeciwieństwie do swojego późniejszego alter ego Kilgore’a Trouta – nie był zmuszony zamieszczać własnych tekstów „między bobrami” w magazynach porno, generalnie z rzadka schodził o półkę czy dwie niżej, do pulpowych pisemek z fantastyką (różnica była zasadnicza – „slicks” płaciły pół dolara od słowa, „pulps”: dwa centy).
Oczywiście ten niewątpliwy sukces, czyli umieszczenie w ciągu dekady blisko 50 opowiadań w najchętniej czytanych czasopismach ówczesnej Ameryki, Vonnegut zawdzięczał nie tylko talentowi, lecz także agentom i redaktorom, którzy dostrzegli w młodym człowieku z Indianapolis pisarski potencjał. „Zatrudniłem agenta – pisał Vonnegut pod koniec lat 90. we wstępie do zbioru swoich opowiadań „Tabakiera z Bagombo”. – Gdy przysyłałem mu opowiadanie, któremu czegoś brakowało, które nie zadowoliłoby czytelnika, mówił mi, jak mam je przerobić. Agenci i wydawcy w tamtych czasach mogli mówić autorowi, w jaki sposób ma podrasować tekst, jak gdyby byli mechanikami, a utwory samochodami wyścigowymi” (przeł. Elżbieta Zychowicz). Był to trudny, wymagający rynek – rynek, który mógł sobie pozwolić na odrzucanie opowiadań literackich gwiazd pierwszej wielkości, np. Francisa Scotta Fitzgeralda (niedawno ukazał się u nas w Rebisie zbiór takich właśnie odrzuconych jego opowiadań „Dla ciebie mogę umrzeć”), jeśli nie współgrały z normami jakości i polityką redakcyjną.

Seria niefortunnych zdarzeń

Vonnegut nie był aż do końca lat 60. gwiazdą pierwszej ani nawet drugiej wielkości – a jako nowelista był przede wszystkim sprawnym, sumiennym, uważnym rzemieślnikiem. „W najśmielszych marzeniach nie przypuszczałem, że do czegoś dojdę. Chciałem jedynie utrzymać rodzinę. (...) Gdy w 1950 roku stałem się «pełnoetatowym» wolnym strzelcem, spodziewałem się, że będę to robił przez resztę mojego życia” – dodaje pisarz w „Tabakierze...”.
Opowiadania to była praca. Serce i kreatywność Vonnegut wkładał w powieści, te jednak przynosiły minimalny dochód, sprzedawały się słabo, wydawcy nie wierzyli w ich powodzenie, a krytykom przeważnie nie chciało się ich czytać. Debiutancka „Pianola” (1952) zyskała jeszcze jakiś skromny rozgłos, potem jednak było tylko gorzej: „Syreny z Tytana” (1959), „Matka noc” (1962), „Kocia kołyska” (1963) czy „Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater” (1965) przechodziły praktycznie bez echa, choć dziś to klasyka amerykańskiej literatury i straż przednia postmodernizmu. Dopiero „Rzeźnia numer pięć” (1969) przyniosła Vonnegutowi kontrkulturową legendę, sławę i pieniądze – miał wtedy 47 lat i był w pewnym sensie rozbitkiem z własnego życia. Wcześniej miała miejsce seria niefortunnych zdarzeń: rynek opowiadań pod koniec lat 50. nie był w stanie już konkurować z telewizją – czasopisma musiały poszukać nowych dróg rozwoju (i stąd drwiący portret nieszczęsnego Kilgore’a Trouta zagubionego wśród pornografii), a jako pierwsze ukruszyły się autorskie stawki za teksty. W tym czasie Vonnegut miał na utrzymaniu już nie trójkę dzieci, lecz szóstkę: w 1958 r. zmarła na raka jego siostra Alice, a jej mąż zginął w katastrofie kolejowej dwa dni przed jej śmiercią. Vonnegutowie adoptowali ich trzech synów. Kurt w desperacji próbował różnych dziwnych prac – był, dla przykładu, jednym z pierwszych dealerów Saaba w Stanach. Był nim krótko: „Drzwi otwierały się pod wiatr. (...) W pierwszych saabach trzeba było mieszać olej z benzyną za każdym razem, gdy napełniało się bak. Gdyby się o tym zapomniało, silnik nadawałby się na złom. (...) Jeśli saab stał zaparkowany dłużej niż dzień, olej opadał na dno zbiornika benzyny jak syrop klonowy. Gdy włączało się silnik, wydech z rury zatruwał do nieprzytomności całe sąsiedztwo”.
Innymi słowy: zakrawa na cud, że na przełomie lat 50. i 60. Vonneguta nie powieziono w kaftanie do wariatkowa. Ocalenie zawdzięczał w dużej mierze swojej żonie, z którą się potem rozwiódł. Zdarza się.
A przecież wszystko zaczęło się od jeszcze innego, wcześniejszego listu – 29 maja 1945 r. starszy szeregowy Vonnegut pisał z francuskiego Hawru do ojca i rodziny (matka rok wcześniej popełniła samobójstwo), informując ich, że żyje. To pierwsza informacja, jaką otrzymała rodzina po tym, jak Kurt trafił w czasie ofensywy w Ardenach do niemieckiej niewoli późną jesienią poprzedniego roku, a potem – osobliwym zbiegiem okoliczności – przeżył jako jeniec wojenny dywanowe naloty aliantów, które spaliły Drezno na wiór. Ten list cudem ocalonego 22-latka jest niesamowity, siedzi w nim spakowany cały przyszły Vonnegut.

Mieszczańska kronika

Opowiadania autora „Śniadania mistrzów” są więc specyficzną literaturą – na swój sposób sformatowaną, odpowiadającą ściśle zdefiniowanym potrzebom amerykańskich czytelników powojennej epoki stabilności i prosperity. Nie tylko Vonnegutowi się zdawało, że będzie przez całe życie robić to, co robi – była to iluzja wspólna dla przeważającej większości tamtejszej klasy średniej.
W tym kontekście świeżo u nas wydane, pomnikowe „Opowiadania wszystkie” – 97 tekstów prozatorskich Vonneguta, i tych, które znalazły drogę na łamy czasopism, i tych, które wróciły do pisarskiej szuflady bądź też nigdy jej nie opuściły (redaktorzy zbioru odnaleźli w archiwach pięć takich niepublikowanych dotąd opowiadań, z których jedno to w zasadzie wczesny brudnopis do „Rzeźni...”) – układają się, oczywiście, w historię dojrzewania wybitnego prozaika, w dzieje jego uporu, by zadośćuczynić skomplikowanym wymaganiom formy i nie stracić przy okazji własnego języka i ostrości spojrzenia. Ale układają się też w szczególnego rodzaju kronikę nadziei, oczekiwań, przekonań i lęków ówczesnego aspirującego mieszczaństwa.
Ciekawe, że pierwsze opowiadanie, jakie „Collier’s” kupiło od Vonneguta, właśnie to wspomniane w liście do ojca, czyli „Raport w sprawie efektu Barnhouse’a”, jest zimnowojennym tekstem o silnie pacyfistycznej wymowie: oto profesor Barnhouse odkrywa, że potrafi za pomocą „dynamopsychicznej siły umysłu” emitować fale radiowe o wielkiej mocy. „Z moich obliczeń wynika – utrzymuje narrator – że profesor w chwili wycofania się w ukrycie miał moc pięćdziesiąt pięć razy większą niż bomba atomowa, którą zrzucono na Nagasaki. (...) Dynamopsychizm jako broń ma niekwestionowaną przewagę nad bombą atomową i bakteriologiczną, nie mówiąc już o tym, że nic nie kosztuje i pozwala profesorowi eliminować szczególnie groźne jednostki i przedmioty, zamiast krwawo likwidować całe populacje” (przeł. Jolanta Kozak). Marzenie generałów? Barnhouse ucieka i używa swoich mocy, by unieruchomić obie strony zimnowojennego konfliktu.


Muzeum i współczesność

„Opowiadania wszystkie” nie robią raczej rewolucji w dotychczasowej spuściźnie pisarza – prócz wzmiankowanych pięciu tekstów reszta już się ukazywała w formie książkowej, w większości także w polskich przekładach (wyjątkiem pozostaje pośmiertnie wydany w USA zbiór „Sucker’s Portfolio”). Różnica tkwi w sposobie podania. Swoje czyni efekt masy (960 stron nader drobnym drukiem), ponadto redaktorzy ułożyli opowiadania w grupy tematyczne (m.in. „Wojna”, „Kobiety”, „Nauka”, „Futurystyka”), co pozwala prześledzić sposoby, w jakie Vonnegut przepracowywał wcześniej użyte motywy, jak obsesyjnie powracał do pewnych alegorii i typów postaci (np. sprzedawcy montera okien sztormowych), wreszcie: jak testował pomysły, które następnie, już nieskrępowany konwencją periodyków, wrzucał do powieści.
Uderzający jest swoisty walor muzealny tych tekstów: opowiadają one o świecie, który zniknął z powierzchni Ziemi. Współczesny czytelnik może czuć się zaintrygowany łatwością, z jaką Vonnegut posługuje się choćby stereotypowym wizerunkiem pracującego męża i żony kury domowej, a także ogólnie tym, jak portretuje się tu kobiety, używając taniej, pościelowo-gastronomicznej metaforyki. Rzeczywistość tych opowiadań jest też silnie moralizatorska: czytelnik nie mógł być wystawiony na dyskomfort zgadywania, kto postąpił właściwie. „To opowieści z morałem. Mówią nam, co jest dobre, co złe, mówią, jak żyć. W roku 2017 to przejaw radykalizmu” – pisze we wstępie do książki Dave Eggers.
Przez tę muzealną rzeczywistość prześwitują jednak obserwacje uniwersalne, bo związane choćby z humanitaryzmem przeciwstawionym absurdowi wojny. Albo poświęcone krytyce bezdusznego, korporacyjnego kapitalizmu i jego potrzebie unifikacji, standaryzacji wszystkiego, co go otacza. Najlepsze opowiadania w tym tomie, jak „Jeleń w fabryce”, „Biedne bogate miasteczko”, „EPICAC” czy „Konfido”, mają w sobie coś z poczciwego konserwatyzmu, lojalnego wobec ludzi, nie zaś pieniędzy albo technologii.
Trzeba jeszcze koniecznie podkreślić, że Vonnegut nawet w latach 50., nawet pisząc pod sztancę, by zarobić na chleb, błyskał fenomenalnym poczuciem humoru. Czasami to parę zdań, linijka dialogu, czyjaś charakterystyka – i wybuchamy niekontrolowanym śmiechem. Nierzadko jest to śmiech przez łzy. Ale czego właściwie innego można się było spodziewać po człowieku, który wygramolił się spomiędzy świńskich tusz z drezdeńskiej rzeźni i wyszedł na powierzchnię (gdzie parę dni wcześniej stało miasto, a teraz nie było nic), by wydobywać spod gruzów i kompletować spalone trupy dzieci, kobiet i starców zabitych przez jego własną armię?