- Stany Zjednoczone to wielka wyspa, której mieszkańcom wydaje się, że wszystko jest bardzo daleko. Słyszymy o II wojnie światowej i wiemy, że USA brały w niej udział. Ale trudno nam jest wyobrazić sobie, o co tak naprawdę toczyła się walka. Bo większości z nas obca jest wizja zrujnowanej Warszawy czy wojsk mordujących ludzi na ulicach - mówi w wywiadzie dla DGP Saul Williams, amerykański raper, muzyk, poeta, pisarz, filozof i aktor. Współpracował m.in. z grupami i artystami: Nas, The Fugees, Christian Alvarez, Blackalicious, Erykah Badu, KRS-One, Zack de La Rocha, De La Soul, DJ Krust, Allen Ginsberg i Sonia Sanchez.
Magazyn DGP z 4 stycznia 2019 / Dziennik Gazeta Prawna
Dzięki internetowi dziś każdy może stać się gwiazdą. Dzieciaki wrzucające do sieci filmiki zyskują miliony obserwujących w mediach społecznościowych i podpisują kontrakty reklamowe. Ale nie robią nic oryginalnego, raczej kopiują siebie nawzajem. Czy w erze youtubowych gwiazd jest jeszcze miejsce dla prawdziwych artystów?
Tak, tylko musimy do tego dojrzeć. W pewnym momencie zaczniemy skłaniać się ku szukaniu treści wartościowych tworzonych przez ludzi kreatywnych, a nie – jak dziś – imitatorów. To zresztą już się dzieje. Muzyka folk przestała być obciachem, bo muzycy potrafią zagrać ją atrakcyjnie. Wraca moda na płyty winylowe, bo znów liczy się przyjemne brzmienie muzyki, a nie tylko to, ile plików mp3 dasz radę upchnąć na nośniku elektronicznym. Od czasu do czasu popularna staje się poezja i dziś wszyscy mówią o jej renesansie. Cykliczność trendów w sztuce towarzyszy nam od dawna. I technologia aż tak dużo tu nie zmieniła, bo jest tylko odwzorowaniem gustów użytkowników. Ale dzięki sieci każdy artysta może znaleźć miejsce dla siebie, a odbiorca go znaleźć, zamiast ślepo podążać za trendami.
Reklama
Aktor Keith Lowell Jensen powiedział, że George Orwell błędnie przewidział przyszłość. Wielki Brat nie musi nas obserwować, bo sami się obnażamy. A najbardziej boli nas – użytkowników mediów społecznościowych – to, że nikt nas nie obserwuje.

Reklama
Czas zacząć myśleć o tym zjawisku jak o chorobie. Proszę spojrzeć na rapera Kanye Westa – on jest tak bardzo skupiony na byciu na topie, że cały czas zastanawia się nad tym, jak jego działania ocenią inni. Myślę, że z tego powodu już dawno utracił część własnej osobowości. I to bezpowrotnie.
Co to oznacza dla artysty?
Uzewnętrznianie się artysty jest w sztuce rzeczą najważniejszą. Na przykładzie slamu poetyckiego, rywalizacji poetów performerów, widzę, jak wielu popełnia błąd pisania pod publiczkę. Tłumią swoją wrażliwość, postrzeganie świata, nie mówią o własnych obawach i intymnych przemyśleniach, przestają być autentyczni, bo boją się, że ich emocje nie zostaną zrozumiane przez odbiorców albo wyśmiane. To błąd. Im sztuka jest bardziej osobista, tym mocniej przemawia. Ktoś z pewnością sobie pomyśli: „Boże! Nie myślałem, że ktokolwiek na świecie mnie rozumie”. Ze sztuką jest tak, że dwóch sąsiadów może czerpać wodę z osobnych studni. Ale gdy będą dalej drążyć i czerpać dalej, to okaże się, że piją wodę z tego samego źródła. Że pomimo powierzchownych różnic są sobie bliscy. Nowoczesne technologie nie przeszkadzają w odbiorze sztuki. Jednak my cały czas oswajamy się z siecią i sposobami wyrażania siebie w wirtualnej rzeczywistości. Bo ludzie jeszcze nie do końca umieją z niej korzystać. To trochę jak z narkotykami. Gdy stały się legalne w Portugalii, Holandii czy w niektórych stanach USA, to wszyscy oszaleli. Wielu mogło w końcu legalnie spróbować dragów, ale po czasie zdecydowana większość uznała, że w sumie nie czuje potrzeby ich używania. Z początku zakazany owoc smakuje najlepiej, ale po czasie ten smak powszednieje. I z technologią będzie podobnie. Zaczniemy w końcu doceniać te czynności w internecie, których nie dokonujemy w ramach mediów społecznościowych.
Internet to nasze okno na świat. Dzięki niemu możemy, bez większych przeszkód komunikować się z ludźmi żyjącymi na drugim końcu globu. A mimo to daliśmy się zaszczuć. Politycy byli nam w stanie wmówić, że obcokrajowcy chcą przyjechać do nas tylko po to, aby zabrać nam pracę albo nas wymordować.
To typowe polityczne zagrywki, których historyczne korzenie sięgają daleko wstecz, ale biorąc pod uwagę rozwój mediów, powiedziałbym, że najbliżej im do hitlerowskiej propagandy. Dzięki mediom takie pranie mózgu stało się szczególnie efektywne. Ludzie są podatni na sugestie i informacje podane w określony sposób. Jeśli jednak człowiek nie chce tańczyć tak, jak mu zagrają, powinien zbudować w sobie pewnego rodzaju – nawiązując do komputerowej technologii – firewall (zapora chroniąca przed wirusami). Nie nauczymy się tego w szkole czy w internecie. Taką zaporę budują nasze doświadczenia, przemyślenia, chęć zrozumienia mechanizmów otaczającego świata. Wiadomo, że nie wszystko, co wyczytamy w mediach, jest prawdą. Ale należy być tego świadomym bez popadania w paranoję i wiary w teorie spiskowe. To nie jest łatwe, bo wiele faktów do dziś zaskakuje. Na przykład to, że amerykański rząd odegrał istotną rolę w rozprowadzaniu narkotyków – a dokładniej cracku, formy kokainy – wśród społeczności afroamerykańskiej.
Tymczasem w imię bezpieczeństwa narodowego zgadzamy się na udostępnianie coraz większej ilości danych osobowych i biometrycznych albo na monitoring. Wiele rzeczy forsuje się poprzez ustawy, o innych dowiadujemy się dzięki sygnalistom. To ludzie, którzy zdecydowali się ujawnić sekrety organizacji bądź firm, dla których pracowali. Ale potem byli niszczeni.
Dokładnie. Doświadczyli tego Huey P. Newton (założyciel Partii Czarnych Panter – red.), Angela Davis (feministka, działaczka na rzecz emancypacji Afroamerykanów w USA – red.), Paul Robeson (śpiewak, prawnik i działacz społeczny – red.), a współcześnie Chelsea Manning (amerykańska analityczka wywiadu, skazana na 35 lat więzienia – red.) czy Edward Snowden. Jedni nazywali ich zdrajcami, inni rewolucjonistami. Dla mnie osoby, które stawiają bezpieczeństwo innych ponad swoje własne życie, są godne najwyższego uznania.
Jestem ciekaw, co myślisz na temat afery Cambridge Analytica. Mówi się, że firma ta pobrała z Facebooka tak wiele danych o użytkownikach, że była w stanie ich doskonale sprofilować i nakłonić do wyboru Donalda Trumpa na prezydenta USA. A może to tylko mrzonki, a wybór Trumpa to jedynie efekt strachu, który został Amerykanom zaszczepiony przez polityków?
Myślę, że to wypadkowa obu wspomnianych czynników. Na pewno nie można wszystkiego zwalać na CA. Ludzie muszą wziąć odpowiedzialność za swój wybór. Jeżeli dokonali go, bo czuli strach przed obcymi, a sami uważają się za lepszych, to niech będą tego świadomi. Dziś biała supremacja w USA znów przeżywa renesans. Ludzie sympatyzujący z takimi ruchami mają proste podejście do świata: jesteśmy lepsi od innych, a kto nie z nami, niech się p…i. Ale nawet jeśli takie osoby były podatne na fake newsy rozprowadzane na FB oraz były faktycznie manipulowane przez żerujący na ich strachu algorytm, to i tak dokonały wyboru głównie w oparciu o własną ignorancję. Zakłamanie i podatność na manipulację nierzadko przekazuje się z pokolenia na pokolenie. Jeśli chcemy coś z tym zrobić, to trzeba usiąść z naszymi dziećmi i powiedzieć im wprost, w przypadku chociażby Ameryki: „Historia tego kraju jest totalnie popie…na”. To, co przez dziesięciolecia spotykało w USA Afroamerykanów, jest trudne do opisania. I wszystko to przez fakt, że jedna rasa czuła się lepsza od innej. Jednocześnie w ramach każdej z grup, jako ludzi gorszej kategorii, traktowano kobiety. To ważne, że teraz coraz częściej mogą mówić o wszystkich tragediach i uprzedzeniach, które je spotykają na co dzień. Takich rzeczy nie trzeba tłumaczyć dzieciom, bo one nie widzą barier, tylko ludzi. Ale oczywiście tylko do czasu, aż zostaną im wyprane mózgi przez przedstawicieli grupy, do której zostaną, mniej lub bardziej świadomie, włączone. Niewiele jest małych dziewczynek, które myślą: „Nie mam szans, aby zostać prezydentem USA”. Ale gdy dorastają, doświadczają poniżeń, są traktowane gorzej niż mężczyźni. I nagle myślą sobie, że start w wyborach jest bez sensu. „Bo nawet Hillary Clinton się nie udało”. Patrzę na wiele krajów świata, w których kobiety zostają przywódcami, i chciałbym dożyć czasów, gdy prezydentem USA zostanie kobieta.
Czy zatem wybór Donalda Trumpa może być efektem tego, że ludzie się poddają? I chcą mieć święty spokój, bez użerania się z innymi nacjami czy religiami?
Niewykluczone. Jednak warto zauważyć, że renesans białej supremacji nie zaczął się wraz z wyborem Trumpa. Już kiedy Barack Obama był prezydentem, pojawiały się rasistowskie komentarze mówiące o tym, że jest Kenijczykiem. Szczególnie głośno mówił o tym Trump, który wyznaczył nawet nagrodę za odnalezienie „prawdziwego” aktu urodzenia Obamy. Poziom szaleństwa z tamtego okresu był tylko preludium do tego, co spotkało nas teraz. Ameryka musi ciągle rozliczać się ze swojego rasizmu oraz systemowej niesprawiedliwości. Proszę spojrzeć na liczbę Afroamerykanów w więzieniach i jednocześnie na zmniejszającą się liczbę szkół na terenach zamieszkiwanych przez czarną społeczność. Dopiero kiedy Amerykanie zrobią rachunek sumienia, to mają szansę obronić się przed manipulacją. Gdy wówczas przeczytają w sieci jakieś bzdury, to po prostu parskną śmiechem i stwierdzą, że to głupie gadanie.
11 lat temu nagrałeś z Trentem Reznorem z grupy Nine Inch Nails dystopijne albumy „The Inevitable Rise and Liberation of Niggy Tardust” oraz „Year Zero”. Czy myślisz, że zawarte w nich pesymistyczne wizje świata stają się faktem?
Na szczęście nie, choć tamte wizje były zakorzenione w ówczesnych problemach. Artyści zaangażowani w sprawy polityczno-społeczne prorokują, co może wydarzyć się w przyszłości. Możemy to nazwać albumem koncepcyjnym, możemy oprzeć twórczość na własnej historii lub wydarzeniach z przeszłości. Ale to zawsze będzie miało połączenie ze światem, w którym obecnie żyjemy.
Rzeczywistość wzywa artystów do tego, aby interweniowali poprzez sztukę. Ale nie słyszę protest songów porywających ludzi na barykady. W krytyce wydarzeń polityczno-społecznych utknęliśmy na poziomie memów.
Też dostrzegam ten problem. Nie wiem, dlaczego tak niewielu artystów wykazuje zainteresowanie włączeniem się w tematy polityczno-społeczne poprzez swoją sztukę. To dotyczy także tych, którzy otwarcie krytykują władze. Dziś w twórczości uchodzącej za odważną głównym motywem wydaje się być ucieczka od problemów. A to dziwne, bo przecież ludzie, których podobizny twórcy często noszą na koszulkach – Bob Marley, Kurt Cobain czy Nina Simone – protestowali poprzez swoją muzykę. I byli to artyści o światowej sławie, a nie podziemne ikony grające dla narwanych kolegów z osiedla. Nie umiem wytłumaczyć, dlaczego obecni twórcy, choć wzorują się na muzyce tych legend, nie chcą iść w ich ślady.
Niedawno Childish Gambino teledyskiem „This is America” – który stał się ikoną walczących o swoje prawa Afroamerykanów – zaszokował Amerykę. Ale po fali zachwytów oraz zdumienia nad stanem kraju wszystko powróciło do dawnej normy. Jakby nic się nie stało.
Jeżeli twórczość poruszyła ludzi chociaż na chwilę, to i tak uważam to za sukces. Za kilka lat spojrzymy wstecz i być może dostrzeżemy, że żyliśmy w okresie, gdy istniał określony nurt w sztuce. Bo „This is America” jest kolejnym po filmie „Uciekaj!” utworem, który sięga bardzo głęboko do świadomości odbiorców. I co najważniejsze, oba pobiły rekordy sprzedaży i oglądalności. Co oznacza, że ludzie pragną tego typu inteligentnej, wartościowej rozrywki. To wielka radość, gdy dobrze zaprojektowana sztuka odwołująca się do palących kwestii społecznych ma wielką siłę przebicia. Wierzę, że wielu będzie się inspirować tymi dziełami. Na pewno inspirują mnie one jako osobę, która zawsze komentowała tematy polityczno-społeczne. Z przyjemnością dostrzegam, że cykl mody na sztukę ważną i mądrą powraca.
Interesujesz się nie tylko amerykańską sztuką. W jakim regionie świata dostrzegasz obecnie najbardziej kreatywną i innowacyjną twórczość?
Bardzo ciekawa jest scena europejska, natomiast mnie najbardziej fascynuje rozwój twórczości w Afryce. Szczególnie utwory z gatunku Afrobeat, powstałego w Nigerii. Być może nie pod kątem warstwy tekstowej, ale muzycznie jak najbardziej. W Europie fascynuję się belgijsko-rwandyjskim artystą Stromae. W ogóle najbardziej innowacyjne brzmienia słychać obecnie w miejscach poza USA.
Dlaczego?
Bo amerykańscy twórcy mało interesują się tym, co dzieje się w innych kulturach na świecie. Ameryka jest zapatrzona w siebie, więc kreatywność tutejszych artystów nie jest tak zróżnicowana. Stany to wielka wyspa, której mieszkańcom wydaje się, że wszystko jest bardzo daleko. Słyszymy o II wojnie światowej i wiemy, że braliśmy w niej udział. Nasi dziadkowie ponoć wygrali, a część z nich nie wróciła. Ale trudno nam jest wyobrazić sobie, o co tak naprawdę toczyła się walka. Bo większości Amerykanów obca jest wizja zrujnowanej Warszawy czy wojsk mordujących ludzi na ulicach w innych europejskich państwach. Dziś słyszymy o kryzysie migracyjnym w Europie, ale nie rozumieliśmy problemu do czasu, gdy sami nie zobaczyliśmy na swojej ziemi dzieci za kratami w obozie dla uchodźców. Dopiero w takiej sytuacji Amerykanie potrafią się szczerze zbulwersować, a nie tylko pokręcić głową i wyrazić lekkie współczucie. Na co dzień widzimy świat poprzez wiadomości. Ale one też skupiają się głównie na kwestiach lokalnych. Bo wiadomo – USA to wielki kraj i sporo się w nim dzieje. Ale także dlatego, że co daleko, to nie nasze.
Jednym z twoich pierwszych hitów była piosenka „List of Demands” (Lista żądań), w której śpiewałeś o postulatach zapisanych na swojej dłoni. Czy po 13 latach od premiery tej piosenki ta lista w jakiś sposób się zmieniła?
Teraz raczej odhaczam zapisane punkty. Te ważne dla mnie problemy może nie zostały całkowicie rozwiązane, ale dostrzegam pozytywne zmiany. Czuję, że rola, jaką odegrałem, chociażby moja poezja, miała wpływ na to, że dziś ludzie znów interesują się językiem mówionym. Jego pięknem i siłą. I te zmiany mają swoje odzwierciedlenie w ruchach społecznych, np. w arabskiej wiośnie z lat 2010–2012 czy ruchu Black Lives Matter z 2015 r. Wierzę, że ludzie stojący za tymi ruchami mają w sercu poezję i dzięki temu potrafią wyartykułować swoje postulaty poprzez słowo tak znaczące, że wyciąga ludzi na ulice. Te postulaty niewiele różnią się od haseł, które słyszałem na spotkaniach poetyckich wiele lat temu. W kwestii muzycznej też jestem optymistą. Czuję, że z każdym krokiem przybliżam się do stworzenia czegoś unikatowego i oryginalnego.