Słowo Grenlandia – zielona ziemia – stworzono, by zachęcać do osiedlania się na wyspie. Ciebie ta ziemia przyciągnęła. Trafiłaś na małą wysepkę Uummannaq, na której żyje nieco ponad tysiąc osób. Pracowałaś w najdalej na północ położonym na świecie domu dziecka. I właśnie tej osadzie poświęciłaś książkę „Lud”.

Chciałam spędzić czas na bardzo ograniczonej przestrzeni, by mieć szansę poznać jej mieszkańców, na coś im się przydać, przeżyć to miejsce. W „Ludzie” nie opowiadam o całej Grenlandii, bo to wyspa kilkukrotnie większa od Polski, na której mieszka nieco ponad 56 tys. ludzi. Tamtejsze miasta i osady są od siebie odizolowane i mówi się, że każde jest osobnym światem.

A jak można się między nimi przemieszczać?

Małymi samolotami i helikopterami.

Nie ma asfaltowych dróg między miastami?

psav linki wyróżnione

Nie. Nawet w stołecznym Nuuk drogi kończą się na obrzeżach. Kiedy byłam tam zimą tego roku, znajomy woził mnie samochodem z jednego krańca miasta na drugi. A w Uummannaq drogą było zamarznięte morze, po którym jeździliśmy z jednej wyspy na drugą.

Na wielu mapach Grenlandia z powodu błędnego odwzorowania jest wielkości Afryki, choć w rzeczywistości jest od niej kilkanaście razy mniejsza. Sam mam w domu taki „przekłamany” globus. Jakich map używają Grenlandczycy?

Nuuk, stolica Grenlandii / Dziennik Gazeta Prawna

W Uummannaq były mapy Grenlandii, ale nigdy nie widziałam mapy świata. Grenlandczycy używają pewnie tych przywiezionych przez Europejczyków, na których zawsze są białą plamą na uboczu. Jeszcze w XIX w. Europejczycy nie wiedzieli, że Grenlandia jest wyspą, myślano, że lądowo łączy się z Ameryką Północną, której geograficznie jest częścią. Ciekawe jest studiowanie tego, jak mapy Grenlandii zmieniały się w ciągu wieków. Grenlandia rozciągała się na nich tak daleko, jak daleko docierali polarnicy i kolonizatorzy. I za każdym razem, gdy ktoś trafiał jeszcze dalej – dorysowywał nowy fragment wyspy. W „Ludzie” pada zdanie: „Na Północy marznąć przestaje się po trzech latach”. Ty od niemal dziewięciu mieszkasz w tym regionie – głównie na Spitsbergenie. Nadal marzniesz? Marznę, ale już nie boję się zimna. Zrozumiałam to, podróżując na saniach w psim zaprzęgu, kiedy było zimno jak cholera, a ja ubrana w spodnie z renifera, kurtkę z foki i buty z niedźwiedzia czułam zimno, ale jednocześnie odczuwałam spokój. Nieraz na Północy odmroziłam sobie palce, wiem, jak to jest. Dziś rozumiem, że w zimnie jestem bezpieczna. Raz w życiu słyszałem zupełną ciszę – na podlaskich bagnach, przy granicy z Białorusią. Była przerażająca, zmysły traciły punkt odniesienia. W „Ludzie” o ciszy piszesz wielokrotnie. Niepokoi cię ona? To tak jak z zimnem. Już się jej nie boję. Na Północy nie ma szumu drzew, ptaki są rzadkością, a więc brakuje tego, co w Polsce nazywamy ciszą. W tej północnej ciszy zaczynasz słyszeć odgłosy, które wydaje twoje ciało. Ludzie wytwarzają mnóstwo hałasu, a cisza jest największym luksusem, jaki mogę sobie wyobrazić. Na Grenlandii było jeszcze ciszej niż na Spitsbergenie. Przyjechałam w zimie na wyspę wmarzniętą w pokryte lodem morze. Ten ogrom wody nie wydaje wówczas dźwięku, nie ma fal. To doświadczenie graniczne. W jakim sensie? Nie umiesz pływać, a stoisz na zamarzniętym morzu i wiesz, że pod tym metrem lodu toczy się życie. Mózg nie przyjmuje do wiadomości, że pod tobą jest tyle wody, bo to nie wiąże się z żadnym wcześniejszym doświadczeniem. Jak sobie wyobrażałaś świat pod spodem? Myślałam o ławicach dorszy rozpierzchających się w snopach światła, które wpuszczamy przez przeręble. A nad lodem? Tylko niebo, góry lodowe i kruki. W twojej książce o harmonii człowieka i natury piszesz sporo. Podoba mi się fragment, w którym myśliwy o imieniu Uunartoq opowiada, jak długo polowali na siebie wzajemnie: on i niedźwiedź. Zacząłem się zastanawiać wówczas, czy Grenlandczycy czują się lepsi od zwierząt. Szanują otoczenie, w którym żyją. Nigdy nie miałam wrażenia, żeby czuli się lepsi od innych, tym bardziej od zwierząt, dzięki którym przetrwali przez wieki. Jak mawiają: czasem ginie myśliwy, a czasem zwierzę. Człowiek nie ma władzy nad naturą. Uunartoq z niedźwiedziem stali naprzeciwko siebie i patrzyli sobie w oczy. Tym razem wygrał Uunartoq. Grenlandczycy rozumieją przyrodę, potrafią polować, szyć ubrania itd. Gdyby więc na całym świecie wyłączono prąd... Marnie widzę nasze losy, ale o Grenlandczyków jestem spokojna. Piękne jest tam połączenie tradycyjnego życia z nowoczesnością. W domu dziecka młodzi grają na tradycyjnych instrumentach, śpiewają pieśni myśliwych polujących na wiewiórki, potrafią jeździć psim zaprzęgiem, zakładają spodnie z renifera i jadą upolować fokę – to ich ukorzenia, wiedzą, kim są. Jednocześnie noszą czapki z daszkiem, dresy, na smartfonach słuchają grenlandzkiego hip-hopu. Są wpatrzeni w Amerykę, bo do niej mają bliżej niż do Europy. Mówią, że Grenlandia to nowoczesny kraj, choć to nowoczesność na miarę ichniejszych możliwości. Żywią się tym, co upolują? Oczywiście, że nie. W Uummannaq ludzie polują, łowią ryby, ale codziennie jest też otwarty supermarket i dwa sklepy spożywcze. Co możesz w nich kupić? Zależy od pory roku. Gdy morze jest zamarznięte i statek z jedzeniem nie dopływa, po pewnym czasie nie ma nic świeżego: mleka, masła, jajek, warzyw, owoców. Na półkach zostają mrożonki i puszki, ale jedzenia nie brakuje. Jeden z mieszkańców opowiadał mi, że prawdziwy problem był kilka lat temu, gdy nagle zabrakło coli. Mówisz o porach roku – czym różnią się one na Grenlandii? Zimą w Uummannaq nie ma słońca albo pojawia się ono jedynie na chwilę. Na ogół w okolicach stycznia morze pokrywa się lodem, w porcie wmarzają w niego łodzie. Rybacy łowią w przeręblach, wsiadają w auta i zaprzęgi, żeby odwiedzić znajomych poza wyspą, bo można już przejechać po morzu. Kwitnie życie towarzyskie. A więc na kilka miesięcy w roku wysepka Uummannaq ma połączenie z resztą Grenlandii, świat jego mieszkańców się powiększa, aby wiosną znowu zmniejszyć się do rozmiarów wyspy. W maju lód puszcza, łodzie znowu wypływają w morze, a Uummannaq na powrót staje się małą wystającą z morza wyspą o powierzchni 12 km kw. Spytałaś Farerkę Gyðję, która razem z tobą pracowała w domu dziecka, co jest najlepszego na Grenlandii. Jak sama byś odpowiedziała na to pytanie? Nauczyłam się więcej śmiać, nigdzie nie spotkałam tak przyjaznych ludzi. Nawet mimika mi się zmieniła po Uummannaq. Częściej niż kiedyś unoszę brwi. Dlaczego? Grenlandczycy witają się i potakują uniesieniem brwi. Zaprzeczają, marszcząc nos. Wyjaśniali to w ten sposób, że tradycyjni łowcy ubrani w anoraki z kapturem wiele komunikatów wyrażali właśnie bez słów. Myśliwy Uunartoq, który patrzył w oczy niedźwiedziowi, powiedział ci: „Ty masz tyle pytań, więc ja mam teraz pytanie do ciebie. Kiedy pierwszy raz uprawiałaś seks? Ile miałaś lat i z kim? Opowiedz”. U nas za takie pytanie można byłoby dostać w twarz – na Grenlandii to normalne?psav linki wyróżnione Ucieszyło mnie ono i oczywiście na nie odpowiedziałam. Podobała mi się jego reakcja na moje głupie pytanie, o to, jak poznali się z żoną. Czemu to głupie pytanie? Bo tam się wszyscy znają. Odpowiadając na moje pytanie, myśliwy też opowiedział mi, kiedy pierwszy raz doszło między jego żoną a nim do zbliżenia. Bardzo lubię tę otwartość Grenlandczyków, skracanie dystansu – zwłaszcza odkąd mieszkam w Skandynawii, gdzie ten dystans jest ogromny. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy oceniać pytania o seks jako niestosowne. Nie oceniasz ich kultury, ale podajesz fakty, z którymi czytelnik zrobi, co uważa. Na przykład fragment: „Nieraz słyszałam od Grenlandczyków: »Wiemy, że w waszych oczach jesteśmy okropni, ale przez wiele lat u nas nie było przepływu ludzi, więc jeśli chcieliśmy przeżyć, musieliśmy uprawiać seks z naszymi córkami. I to się stało normą«”. Chciałam oddać głos Grenlandczykom, żeby sami o sobie opowiedzieli, nawet jeśli są to trudne tematy. Po lekturze książki masz wrażenie, że to się udało? Ja po lekturze twojej książki zadałem sobie pytanie, na ile zachodni lewicowy katalog wartości jest uniwersalny i na ile można go przestrzegać na Grenlandii – w „Ludzie” pokazujesz, że robienie ubrań ze skór i futer, polowanie czy jedzenie mięsa było i być może nadal jest konieczne do przeżycia. Da się być lewakiem na Grenlandii? Ty nie jesz mięsa, ale tam jadłaś skórę wieloryba. Trzeba być tam przede wszystkim otwartym. Mierzenie naszą miarą tego, co obce, jest z gruntu złym pomysłem. Jako osoba niejedząca mięsa od przeszło 20 lat nie wyobrażałam sobie, że odmówię poczęstowana skórą z wieloryba czy mięsem z foki. Tu chodzi o szacunek do nieznanego, próbę zrozumienia, że my nie jesteśmy lepsi. Wiele rzeczy, które tam usłyszałam, było dla mnie nowych, często trudnych do zaakceptowania, ale wiem, że każde zachowanie wynika z czegoś. Nie mam prawa oceniać zachowań ludzi, którzy przez wieki przetrwali w trudnych warunkach, a będąc skolonizowanymi, obronili tak dużo swoich tradycji i wciąż szanują kolonizatorów. Od Grenlandczyków możemy się tylko uczyć. Mówisz o lewicowości: europejska kultura oparta jest na konkurencyjnym rynku, a tam nadal zdobycz rozdziela się między wszystkich potrzebujących. Życie we wspólnocie to dzielenie się. Właśnie: jak to jest być skolonizowanym przez naród, który wymyślił hygge? Grenlandia od setek lat jest pod zwierzchnictwem Kopenhagi. Kolonizacja kojarzy nam się z wyzyskiem, brutalnością, a Danię wyobrażamy sobie z kolei jako kraj sprawiedliwości społecznej. Często słyszałam w Uummannaq, że to dobrze, że kolonizatorami nie byli Amerykanie, bo Grenlandia stałaby się drugą Alaską. Źródła podają, że duńska kolonizacja nie była też tak bardzo ekspansywna, bo być nie mogła. Duńczycy byli uzależnieni od Grenlandczyków, gdyż sami nie mogli pozyskać potrzebnych towarów, takich jak futra i kły zwierząt. W 1953 r. Grenlandia została włączona do Danii. Mimo to wielu twoich bohaterów ma poczucie, że nie są częścią tego kraju, lecz podbitą kolonią. Optyka zależy od tego, czego sami doświadczyli albo jak ukształtowało ich doświadczenie przodków. Jednocześnie wielu Grenlandczyków jest wdzięcznych za to, że mogli zdobyć w Danii wykształcenie, że mają pracę, że na swojej wyspie cieszą się dobrą opieką społeczną, że są częścią nowoczesnego kraju. W malutkim Uummannaq jest szpital z dwojgiem lekarzy. Jednym z nich był Duńczyk Henrik, który przyjechał tam do pracy z Danii – nie skarżył się na niski poziom służby zdrowia na wyspie. Leki dostaje się za darmo. Na Grenlandię trafiają pojedynczy Duńczycy. A czy w samej Danii wie się cokolwiek o swoim położonym w Ameryce „województwie”? Byłam w tym roku dwa tygodnie w Kopenhadze i zrobiłam sondę uliczną. Zagadywałam Duńczyków, mówiłam, kim jestem, i pytałam, co wiedzą o Grenlandii i czy chcą, aby odłączyła się od Danii. 80 proc. nie miało zielonego pojęcia o tym, co dzieje się na wyspie i było im wszystko jedno, czy Grenlandia będzie częścią ich państwa, czy nie. Nie było w nich wrogości wobec Grenlandczyków, ale nie było też zainteresowania. Machali ręką: „Chcą, to niech będą sobie niepodlegli”. Dania ma też na swoim koncie kolonizacyjne grzechy. Dlaczego Helene Thiesien jako dziecko nie potrafiła spytać swojej matki po grenlandzku, kiedy ta zabierze ją z domu dziecka? Władze zmusiły matkę Helene, aby oddała córkę do eksperymentu. W latach 50. XX w. zabrano do Danii 22 najinteligentniejszych dzieci z Grenlandii, umieszczono je w rodzinach zastępczych, uczono języka, ogłady, a następnie odesłano z powrotem, by były wzorem do naśladowania dla rówieśników. Siedmioletnia Helene trafiła do Danii, choć nie wiedziała dlaczego. Po półtora roku wróciła do Nuuk z nadzieją, że zamieszka z mamą i rodzeństwem, ale po powrocie skierowano ją do domu dziecka, kilka ulic od jej rodzinnego domu. Po powrocie Helene zapomniała ojczystego języka, nie umiała się porozumieć z matką. Dlaczego zabrali ją do domu dziecka?psav linki wyróżnione Nie chcieli, żeby Helene zapomniała tego, czego się nauczyła przez ten rok w Danii. Bo była już dla nich lepszym dzieckiem. Helene opowiadała mi kilka miesięcy temu, że za każdym razem, gdy widziała mamę – raptem kilka razy w ciągu kolejnych lat w domu dziecka – myślała: „Może jestem już na tyle dobrym dzieckiem, że mama mnie zabierze?”. Mówiąc o danizacji grenlandzkich dzieci, chcę wierzyć, że system działał w dobrej wierze, że chciał dać młodemu pokoleniu lepszą przyszłość, lecz po spotkaniach z takimi osobami jak Helene rozumiem też, że nikt nie przewidział, jak oderwanie od rodziny będzie wpływało na dorosłe życie tych modelowych dzieci. Rozdzielanie rodzin i narzucanie kultury nazywało się kiedyś „cywilizowaniem dzikich”. Do wiadomości publicznej eksperyment ten trafił 40 lat później. Prawie wszystkie odpowiedzialne instytucje przeprosiły. W Narodowym Muzeum Kopenhaskim na jednym z ekranów Helene opowiada swoją historię. Podziwiam w niej i w innych, że potrafią darzyć szacunkiem nawet tych, którzy ich skrzywdzili. Szanują, ale też głośno mówią o niepodległości i utworzeniu kraju o nazwie Kalaallit Nunaat. W grenlandzkim parlamencie od lat największym poparciem cieszą się partie niepodległościowe. Kilka lat ówczesna premier Grenlandii Aleqa Hammond zapewniała, że wyspa utrzyma się sama m.in. dzięki wydobyciu ropy naftowej. Czy nastroje niepodległościowe na Grenlandii są silne? W Uummannaq i trochę w Nuuk słyszałam od wielu ludzi, że chcą samodzielności, ale jeszcze nie teraz. Premier mawia, że życzyłaby sobie tego „za swojego życia”. To marzenie, które konfrontuje się z rzeczywistością. I tak zawsze na koniec moi rozmówcy dochodzili do wniosku, że Grenlandii trudno byłoby utrzymać się samej. Grenlandzkie piękno nauczyło cię pokory do przyrody? Masz tam poczucie, że nic nie znaczysz, przyroda ustawia cię na właściwym miejscu. Chodząc po zamarzniętym morzu, z początku myślałam: „Czy mogę jeszcze raz stąpnąć, czy się pode mną nie zarwie?”. Inni w tym czasie jeździli po nim samochodami. I później rozumiałam, że przyroda nic sobie z nas nie robi, że morze się nie otworzy z mojego powodu.