statystyki

„Moja walka” Knausgårda. Cztery tysiące stron powieści bez fabuły

autor: Piotr Kofta29.04.2018, 18:00; Aktualizacja: 29.04.2018, 18:47
Karl Ove Knausgård

Skoro nie ma fabuły, to co właściwie jest? Przecież – przynajmniej na zdrowy rozum – nie da się przeczytać ponad czterech tysięcy stron powieści bez fabuły. Na odbiorcę czeka tu kolejna iluzja. W tradycyjnej powieści wątki są konkluzywne, innymi słowy, strzelba, zawieszona w pierwszym rozdziale, w kulminacyjnym momencie musi wystrzelić. Taka kolej rzeczy zmusza nas do uważnego śledzenia losów strzelby. U Knausgårda uwaga czytelnika nadal jest wytężona, ale autor chowa strzelbę, nikt z niej strzelać nie będzie. N zdjęciu: Karl Ove Knausgård, fot. Boberger / Wikimedia Commons. cc-by 3.0źródło: Wikimedia Commons

Skąd wziął się sukces „Mojej walki” Karla Ovego Knausgårda? Przecież – przynajmniej na zdrowy rozum – nie da się przeczytać ponad czterech tysięcy stron powieści bez fabuły

Aż 4378 stron liczy sobie w polskim przekładzie (znakomitym, dodajmy) sześciotomowa „Moja walka” Karla Ovego Knausgårda. Nie będę tego przeliczał na słowa, ale na pewno jest ich onieśmielająco, niewiarygodnie dużo. Wstukanie tych słów do komputera we właściwej kolejności zajęło norweskiemu pisarzowi z grubsza dwa i pół roku. 150 stron miesięcznie. Nieco poniżej maksymalnej wydajności, jaką sam sobie wyznaczył (10 stron dziennie w dni powszednie, weekendy wolne od pisania). No ale mowa o tekście polskim: w norweskim oryginale jest tych pagin trochę mniej.

Podsumowuję Knausgårda statystycznie, żeby pokazać materialną skalę jego autobiograficznego przedsięwzięcia – nawet w czasach powracającej mody na grube powieści rzadko spotykamy się z takimi liczbami. Jeśli już, odnoszą się zwykle do seryjnej produkcji pop. Tymczasem „Moja walka” to nie jest pop, chociaż... W opiniach krytyki na temat monstrualnej książki Norwega nieustannie powracają metafory narkotyku i zanurzenia. Narkotyczne odurzenie literaturą, łapczywość konsumpcji, traktowanie książkowego świata przedstawionego jako rzeczywistości – są to atrybuty właściwe dziecięcemu, niedojrzałemu sposobowi lektury. Ale Knausgårda praktycznie nie da się czytać inaczej.

Obecnie zatem w dobrym tonie, jak zauważyłem niedawno, jest mówić, że się Knausgårda nie czytało. To zrozumiałe: taki jest los dzieł, które – nawet wbrew sobie – wylądowały w literackim mainstreamie.

Do Norwega i „Mojej walki” pasuje mi jeszcze jedno skojarzenie – zamykam oczy i od razu widzę Barona Münchhausena, który chwyciwszy za własny harcap, samodzielnie wyciągnął się z bagna.

Przez pieluszki do sławy

Jaki był punkt wyjścia tej książki, która „przełamuje barierę dźwięku powieści autobiograficznej” (wedle określenia amerykańskiego pisarza Jeffreya Eugenidesa)? Przyjrzyjmy się.

Jest rok 2008 – norweski pisarz tuż przed czterdziestką mieszka w Sztokholmie ze swoją szwedzką żoną, także pisarką, i trójką małych dzieci. Wydał dwie dobrze przyjęte powieści, ani ich jednak nie lubi, ani nie ceni. A teraz, zamiast wspinać się na literacki parnas, tkwi od paru lat w twórczej blokadzie, wyciągając od swojego wydawcy kolejne zaliczki i pobierając stypendium literackie od rządu norweskiego. W dodatku nie jest człowiekiem przebojowym, wręcz przeciwnie: to nieśmiały, małomówny, zdominowany niegdyś przez ojca introwertyk, który łapie luz dopiero po większej wódce (a wtedy z kolei nie umie przestać pić), wiecznie zawstydzony i skrępowany, ale też układny, unikający kłótni, konfliktów, polemik. Coś w nim wzbiera – coś, co musi eksplodować. Wskutek takiej eksplozji można wylądować w szpitalu psychiatrycznym, w więzieniu albo w kostnicy. Ale można też napisać powieść życia.

„Kiedy zaczynałem pisać »Moją walkę«, byłem skrajnie sfrustrowany samym sobą i swoim pisaniem. Chciałem stworzyć coś monumentalnego, wielkiego, coś w rodzaju »Hamleta« albo »Moby Dicka«, a tymczasem wsiąkłem w tę przyziemną egzystencję – doglądanie dzieci, zmienianie pieluszek, sprzeczki z żoną – niezdolny do napisania czegokolwiek, naprawdę” – mówił Knausgård w wywiadzie. – „Zabrałem się więc za pisanie o tym i w trakcie tego procesu zdałem sobie sprawę, że to jest moja literacka materia, nie podobało mi się to, ale trudno, bo to było jednak coś, a coś to więcej niż nic. Oczywiście jeśli czytasz Hölderlina bądź Celana i podziwiasz ich twórczość, pisanie o pieluszkach wydaje się wstydliwe i poniżej godności, ale o to właśnie chodziło. To był strzał w dziesiątkę. Nie próbować ruszać w żadną inną stronę, lecz zostać w tym i z tym”.

Knausgård stawia więc wszystko na jedną kartę. „Mogłem o tym pisać z jednego powodu: ponieważ doszedłem do punktu, w którym nie miałem już kompletnie nic do stracenia. Świadomość, że Linda (Linda Boström, ówczesna żona pisarza, rozwiedli się w 2016 r. – red.) będzie to czytać, nie odgrywała żadnej roli, niech sobie czyta i zrobi z tym, co chce. Jeśli będzie chciała odejść, niech sobie idzie. Gówno mnie wszystko obchodziło. Budziłem się nieszczęśliwy, nieszczęśliwy przeżywałem dzień i nieszczęśliwy kładłem się spać” – pisze w szóstym, niedawno wydanym po polsku tomie powieści.


Pozostało jeszcze 74% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie