– „Pianista" jest bardzo osobistym filmem. Opisuje rzeczy, które w pewnym sensie sam przeżyłem. To znaczy, że są w filmie sceny naprawdę z mojego życia. Oczywiście głównie to wspomnienia spisane przez Władysława Szpilmana, ale szczegóły i niektóre sytuacje są przeniesione dokładnie tak, jak je pamiętam z dzieciństwa w krakowskim getcie – z Romanem Polańskim o jego filmach, współpracy z Tadeuszem Łomnickim i Krzysztofem Komedą oraz przygotowywanej „Sprawie Dreyfussa" rozmawia Ryszard Jaźwiński.

W Pana najnowszym filmie "Prawdziwa historia" główne role zagrały Emmanuelle Seigner, prywatnie Pana żona i Eva Green. Obie to charyzmatyczne aktorki i jak sądzę, silne kobiety. Wcześniej nie znały się wcale. Nie obawiał się Pan tego spotkania na planie?

Rzeczywiście trochę obawiałem się, bo nie wiedziałem jak się to wszystko między nimi ułoży. A mogły się pogryźć. Okazało się jednak, że miały ze sobą bardzo dobry kontakt już od pierwszego momentu. I ta dobra relacja utrzymała się do końca. Nie było więc żadnych przeszkód w pracy z aktorkami. Wręcz przeciwnie. Może nawet gdybym musiał więcej z nimi, czy nad nimi pracować osiągnęlibyśmy lepszy rezultat? Wszystko jednak szło tak dobrze, że ja właściwie tylko obserwowałem, co robią. Obydwie są przecież profesjonalnymi, rzetelnymi aktorkami. Zawsze były przygotowane, świetnie znały swój tekst, więc nie było problemów.

"Prawdziwą historią" zainteresowała Pana Emmanuelle Seigner?

No tak, zaczęło się od Emmanuelle, bo ona mi tę książkę podsunęła mówiąc, że może jest w tym film dla mnie. Przeczytałem i pomyślałem sobie, że rzeczywiście ma rację. Nigdy nie kręciłem filmu, w którym główny konflikt rozgrywałby się między dwiema kobietami. Zawsze działo się to między mężczyzną a kobietą albo częściej nawet między dwoma mężczyznami. A tutaj tylko dwie baby, więc to było dla mnie interesujące.

Między bohaterkami można wyczuć pewien rodzaj erotycznego napięcia. Czy zależało Panu na tym, by zauważyć i ten rodzaj wzajemnej fascynacji?

To jest dwuznaczne, bo i w książce już było dwuznaczne. Nie wiadomo właściwie, czy rzeczywiście istnieje ten fizyczny pociąg jednej do drugiej, czy też ta relacja jest zupełnie pozbawiona tego elementu. Trudno jest to jednoznacznie stwierdzić. I chciałem oddać tę dwuznaczność w filmie. Także właściwie nie wiadomo, czy jest, czy też nie ma miedzy nimi jakiegoś kontaktu fizycznego, czy choćby pociągu seksualnego.

Czy jako artysta filmowy utożsamiał się Pan w jakimś sensie z główną bohaterką, pisarką Delphine? Ona podobnie jak Pan pracuje na styku życia prywatnego i publicznego, oddaje swoją twórczość odbiorcom. Miał Pan takie skojarzenia?

Nie, zupełnie nie. Muszę przyznać się Panu, że nie przyszło mi to do głowy. Po raz pierwszy ktoś zadał mi takie pytanie… Musiałbym się głębiej nad tym zastanowić, ale raczej nie. Jestem głęboko przekonany, że taki element nie pojawił się w moim myśleniu o Delphine.

Postać głównej bohaterki pokazuje, że geniusz często łączy się z pewnym szaleństwem twórczym, które z kolei może prowadzić do autodestrukcji. Czy doświadczał Pan podobnego rodzaju obsesyjnego myślenia w trakcie realizacji filmu, takiego pełnego podporządkowania się nowemu projektowi?

Obsesyjne myślenie towarzyszy mi zawsze, kiedy zabieram się do kręcenia filmu. Nie opuszcza mnie nawet na sekundę. I wydaje mi się, że większość, jeśli nie wszyscy reżyserzy, mają za sobą podobne doświadczenia. Natomiast jeśli chodzi o "Prawdziwą historię" to ten motyw jest obecny już w książce. W ogóle jest w niej dużo prawdy. Autorka, Delphine de Vigan odniosła olbrzymi sukces poprzednią książką, w dużym stopniu biograficzną, bo dotyczyła jej matki, która popełniła samobójstwo. Zawarła w niej dużo osobistych wrażeń. Potem zresztą zarzucano jej, że wykorzystała w książce zdarzenia z prywatnego życia swojej matki. A to z kolei odbija się echem w kolejnej powieści, którą właśnie zaadaptowałem. I jest trochę tego w filmie. Także ona niewątpliwie miała ten szczególny stosunek do swojej pracy. Ja jednak jestem osobą z zewnątrz, z daleka, obserwuję i staram się opowiedzieć tę historię w sposób najbliższy autorce, ale jednak to nie są moje osobiste przeżycia. Mam dość duży dystans i mówiąc szczerze to mnie specjalnie nie przejmuje.

Na pewno nie zawsze realizując film mógł Pan sobie pozwolić na tego rodzaju dystans. Choćby w "Pianiście" odnosił się Pan przecież w pewnym stopniu do własnych doświadczeń i wspomnień. To był inny rodzaj pracy?

Zupełnie inny. Oczywiście "Pianista" jest bardzo osobistym filmem. Opisuje rzeczy, które w pewnym sensie sam przeżyłem. W pewnym sensie. To znaczy, że są w filmie sceny naprawdę z mojego życia. Oczywiście głównie są to wspomnienia spisane przez Władysława Szpilmana, ale szczegóły, niektóre sytuacje są przeniesione dokładnie tak, jak je pamiętam z dzieciństwa w krakowskim getcie.

Może też właśnie z tego powodu "Pianista" przyniósł Panu niedawno nagrodę widzów za Najlepszy Film Dwudziestolecia w plebiscycie Legalnej Kultury. Zanim jednak spędził Pan w Polsce sporo czasu podczas realizacji "Pianisty", wrócił Pan już wcześniej po wielu latach do Warszawy. Wtedy powodem był teatr. Byłem jeszcze bardzo młodym człowiekiem, gdy miałem tę ogromną przyjemność oglądać w Teatrze na Woli nie tylko wyreżyserowanego przez Pana "Amadeusza", ale również być na tym jednym z kilku tylko spektakli, w których zagrał Pan osobiście tytułową rolę. Jak Pan dzisiaj wspomina to jedyne tego rodzaju w Polsce doświadczenie, spektakl zrealizowany też w niezwykłym czasie?

To było wspaniałe doświadczenie zwłaszcza, że odbywało się, jak Pan powiedział, w niezwykłym czasie. To był może najpiękniejszy moment w historii naszego kraju, kiedy otrząsaliśmy się tutaj z komuny. Także ja to naprawdę wspaniale wspominam zwłaszcza, że sztuka miała olbrzymie powodzenie. Tadeusz Łomnicki pięknie grał. Miałem znakomitą ekipę. Ludzie się bili o bilety, więc jakżeż mogę inaczej to pamiętać?

Na scenie równie brawurowo partnerował Panu właśnie Tadeusz Łomnicki. To był Pana przyjaciel z młodości, z filmowych początków?

Przyjaciel to może za dużo powiedziane. On był ode mnie starszy i już jako bardzo młody nastolatek podziwiałem go, bo był znakomitym aktorem. Grał między innymi Puka w "Śnie nocy letniej" w Teatrze Słowackiego w Krakowie. I pamiętam tę rolę do tej chwili. Bliżej poznałem Tadzia dopiero wtedy, kiedy Wajda zaangażował mnie do "Pokolenia", w którym Tadeusz zagrał główną rolę. I wtedy się z nim zaprzyjaźniłem.

Później znowu spotkali się panowie na planie filmu Andrzeja Wajdy. Tym razem byli to "Niewinni czarodzieje".

Tak, ale ja tam miałem tylko epizod. Natomiast Tadeusz grał główną rolę. Ja go często widywałem, bywałem u niego jeszcze w czasach przed "Nożem w wodzie" i w czasie kręcenia tego filmu. Potem wyjechałem, miałem z nim mniej kontaktów, ale Tadzio zawsze prosił mnie, żebym od czasu do czasu wysłał mu coś ciekawego dla teatru, jeśli na taki tekst trafię. I wysyłałem mu sztuki. Między innymi "The Zoo Story" Edwarda Albee. To właśnie dostał ode mnie. I grał, podobno pięknie grał i podobno sztuka miała tu wielkie powodzenie.

A czy dla Pana, jednak przede wszystkim filmowca, teatr był również inspirujący? Pana poprzedni film "Wenus w futrze" w całości rozgrywa się w teatrze właśnie. Teatr jest dla Pana ważny?

Bardzo ważny przede wszystkim dlatego, że ja zaczynałem w teatrze. To było w Krakowie, w Teatrze Młodego Widza. Grałem główną rolę w "Synu pułku" sowieckiego autora Walentina Katajewa. Nie wiem czy on jest Panu znany?

Nie bardzo…

Nie bardzo, co? A to ładna sztuka. Bardziej znana sztuka Katajewa to "Kwadratura koła". A nasz "Syn pułku" cieszył się olbrzymim powodzeniem, ja też miałem olbrzymie powodzenie. Do tego stopnia, że sztuka została wysłana do Warszawy na festiwal sztuk radzieckich. Takie imprezy odbywały się wtedy. W tych czasach Warszawa była zupełnie zburzona. Poza kilkoma budynkami. I to była moja pierwsza impresja ze stolicy. Pierwsza od 1939 roku, bo wtedy znalazłem się tam z moją mamą i siostrą. A niedługo później Niemcy zaczęli bombardować miasto…

Aktorstwo stało się Panu bliskie już w bardzo młodym wieku. Później wracał Pan do niego od czasu do czasu w swoich filmach, choćby w "Balu wampirów" czy "Lokatorze". Wspaniałą kreację stworzył Pan też u boku Gerarda Depardieu w "Czystej formalności" Giuseppe Tornatore. Chyba nigdy nie zrezygnował Pan z aktorstwa tak naprawdę?

No może, ale jakoś nie mam okazji grać. Mniej w każdym razie. A poza tym, kiedy mi proponują role, to zawsze zastanawiam się, czy warto uczyć się tego tekstu, czy warto na to tracić czas, przerywać pracę, na której jestem właśnie skupiony. Z tego powodu na ogół odmawiam.

A z tych zagranych filmowych ról którą wspomina Pan najlepiej?

Oczywiście tę z "Balu wampirów"!

A to właściwie komedia. Nie miałby Pan ochoty wrócić do tego gatunku? W kolejnych filmach, jeśli pozwalał Pan sobie na żarty, to były to już tylko drobne akcenty.

Chętnie bym coś w tym stylu zrobił, ale to jest wielkie przedsięwzięcie. A poza tym miałem wtedy znakomitą relację z Gerardem Brachem, z którym pisałem scenariusz. Już niestety nie żyje. Mieliśmy to samo poczucie humoru, znakomicie nam się razem pracowało. I tego mi właśnie brakuje, żeby coś takiego ponownie zrobić. Chociaż zrobiliśmy z tego komedię muzyczną, która była nawet grana w Warszawie, w Teatrze Roma. Chyba nawet dziesięć lat, wciąż z olbrzymim powodzeniem. A w innych krajach, na przykład w Austrii, grają to już od dwudziestu lat. I wciąż mają pełne sale.

Zapewne każdy reżyser filmowy ma szufladę z niezrealizowanymi scenariuszami. Pan na pewno także. Zagląda Pan do niej czasem, znajduje w niej wciąż ciekawe dla siebie teksty?

Niestety jest w niej wiele ciekawych rzeczy. Z filmem to jest jednak skomplikowana sprawa. Pamiętam, że pewien stary dystrybutor francuski egipskiego pochodzenia, który był bardzo znany we Francji powiedział mi kiedyś, że film jest jak zapałka. Można go użyć tylko raz. I miał rację. Jak coś nie wyjdzie, jak nie dojdzie do realizacji, to bardzo trudno jest później ten proces wznowić. I nie wiem, czy to ma wiele sensu…

Lubi Pan zaskakiwać swoją publiczność, nie tylko filmami. Jak to było z piosenką "Qui etes-vous?", którą nagrał Pan wspólnie z Emmanuelle Seigner na jej kolejną płytę?

A rzeczywiście. Zupełnie o tym zapomniałem. Jeszcze u Vangelisa zarecytowałem wiersz Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego "Spotkanie z matką". To jednak przypadek, po prostu poprosił mnie autor czy autorka, żebym to zrobił. No i zrobiłem. Bardziej dla zabawy, niż z innych powodów.

A jak było ze słynną kołysanką Krzysztofa Komedy z Pana filmu "Dziecko Rosemary"? Tę również wraz z grupą Ultra Orange nagrała Emmanuelle Seigner. Pan zainspirował do tego żonę?

Nie, nie. Zupełnie nie. To był ich pomysł. I przy tej okazji muszę Panu powiedzieć, że Emmanuelle śpiewa teraz z podobnym zespołem tylko znacznie większym, bo ich jest chyba dziesięciu. Wykonują rock’n’roll, taki bardzo w stylu lat sześćdziesiątych, czy siedemdziesiątych. Odnoszą teraz ogromne sukcesy we Francji. W Ameryce też. Ta grupa nazywa się "The Liminanas". Ostatnio koncertowali w Londynie. Jest to trochę podobne w stylu do tego, co wcześniej robiła grupa Ultra Orange.

Podoba się Panu nowa interpretacja "Lullaby" Komedy w tej właśnie wersji z tekstem?

Tak, podoba mi się. Podoba mi się bardzo. Na pewno Krzysio by się ucieszył, gdyby to mógł usłyszeć…

Co mógłby Pan powiedzieć o swoim najnowszym, przygotowywanym właśnie do realizacji filmie? O "The Dreyfus Affair" mówi się już od dawna. Kiedy ruszą zdjęcia?

Trudno mi na to pytanie odpowiedzieć, bo to zależy od wielu rzeczy, które nie są w tej chwili jeszcze w pełni określone. Moim zdaniem ten film powinien być robiony po francusku, z francuskimi aktorami. A początkowo miał powstać w angielskiej wersji językowej. Głównie z tego powodu, że jeszcze kilka lat temu film, który nie był nakręcony w języku angielskim nie mógł liczyć na powszechną, światową dystrybucję. Na szczęście to wszystko się zmienia i w tej chwili możemy już zrobić ten film po francusku. Przygotowujemy więc tę francuską wersję. I w pewnym sensie zaczynamy wszystko od początku. Trudno więc mi powiedzieć, kiedy ten film ostatecznie powstanie.

Dobrze jednak, że powstanie w języku francuskim, bo historia kapitana Alfreda Dreyfusa to wybitnie francuski temat.

No właśnie o to chodzi. Wydaje mi się, że byłoby niewłaściwe robić taki film w innym języku niż francuski. W tej chwili naprawdę byłoby to trudne do zaakceptowania. Współczesny widz jest przecież już tak dobrze obeznany ze światem, z rozmaitymi krajami, jeździ, słucha, czyta. I byłoby to bardzo sztuczne, gdyby nagle Francuzi mówili w filmie po angielsku z amerykańskim akcentem. To może było dobre w Hollywood, ale kiedyś, powiedzmy od lat trzydziestych do siedemdziesiątych. Dzisiaj już nie.

A czy zdarzają się Panu w myśleniu o kinie momenty niepewności, podobne blokady twórcze, jakich doświadcza Delphine, bohaterka "Prawdziwej historii?

To się zaostrza z wiekiem. Jak ktoś mnie o to pyta, zawsze przypominam sobie rozmowę ze Stanleyem Kubrickiem. Byłem wtedy w Rzymie, a on w Londynie oczywiście, bo w ogóle stamtąd nie wyjeżdżał. Lubił natomiast długo rozmawiać przez telefon. I właśnie w jednej z naszych rozmów pojawił się ten temat. Zapytał mnie: "Czy nie uważasz, że to jest najokropniejszy moment w naszej pracy, kiedy człowiek nie wie, co będzie robił i nie może się na nic zdecydować? Czas płynie, a ty nie wiesz, co i jak? Nie możesz zrobić skoku". Ja mu przytakiwałem, ale nie mogłem zrozumieć, o co mu chodzi. Pewnie dlatego, że w tamtych czasach, kiedy byłem młody, robiłem film po filmie. Co roku nowy film. I moi rówieśnicy również pracowali tak intensywnie. A dziś bardzo dobrze wiem, o czym on mówił. Dziś bardzo trudno mi podjąć decyzję, zrobić ten skok na głęboką wodę.

Decyzja jest trudna z tego powodu, że trzeba poświęcić nowemu filmowi kilka kolejnych lat ze swojego życia?

Dokładnie. I nie wiadomo, czy ten nowy pomysł jest wart czasu, który się mu poświęci. Czy to będzie dobrze przyjęte? Czy to jest na poziomie moich poprzednich wysiłków? Czy to nie spotka się z nieprzyjazną krytyką? Chociaż to akurat można jakoś przeżyć. Wiele pojawia się tego rodzaju pytań. I rzeczywiście można to porównać do pewnego rodzaju blokady twórczej, której doświadczają pisarze.

Znamy takie wypadki z historii kina, że autor wraca po wielu latach do swojego starego filmu i proponuje jego nową wersję, tzw. "wersję reżyserską". Czy jest w Pana twórczości taki film, do którego miałby Pan ochotę wrócić, coś w nim zmienić, poprawić i ciągle byłoby to interesujące dla Pana?

Miałbym. Niektóre filmy po prostu nie zostały ukończone, tak jak bym chciał. Były jakieś przeszkody, ograniczenia finansowe czy inne okoliczności. Na przykład "Piraci". Na pewno mógłbym znacznie poprawić "Piratów". Czasami też muzyka była kiepska i właściwie zniszczyła film.

O jakim filmie Pan myśli?

Powiedziałbym - "Oliver Twist". W "Piratach" też w dużym stopniu muzyka jest niedobra i nie pomaga filmowi. Nie ma tego wyraźnego charakteru. Brakowało mi tam Krzysia Komedy…

Zdarzało się w przeszłości, że nie był Pan w pełni zadowolony z filmu, ale nic już Pan nie mógł poprawić, bo budżet i tak był mocno przekroczony. A potem ten film i tak stawał się dla widzów "kultowy". To przypadek "Wstrętu"?

Tak, "Wstręt" jest takim właśnie filmem. Budżet był przekroczony dwukrotnie, chociaż ostatecznie wyniósł tylko 91 tysięcy funtów. Za to dzisiaj niewiele można byłoby kupić.

Publiczność jednak dopisała i mógł Pan później zrobić "Matnię". Już bez ograniczeń finansowych?

Żartuje Pan?! Ograniczenia też były, ale rzeczywiście już było lepiej. Miałem trochę więcej swobody. Początkowe 40 tysięcy funtów na "Wstręt" to był nonsens zupełny. Nie można było za to nakręcić filmu, ale zabraliśmy się do tego i musieliśmy skończyć. Moi inwestorzy też musieli się w końcu na to zgodzić. I w efekcie byli bardzo zadowoleni, bo "Wstręt" odniósł duży sukces w Anglii i na świecie. Sprzedali go nawet do Hiszpanii, a w tamtych czasach w zasadzie nie było mowy, żeby taki film mógł być tam pokazany. To było przecież jeszcze za czasów generała Franco.

Jednak jeden ze swoich filmów Pan, nazwijmy to, "udoskonalił" po wielu latach. To był też jeden z niewielu nakręconych przez Pana dokumentów czyli "Weekend z mistrzem". Jakie to było doświadczenie i z czego wynikała potrzeba dokręcenia pewnych scen po czterech dekadach?

Cała rzecz na tym polegała, że dokręciłem nowe sceny po 40 latach. W tym filmie opowiada się o zupełnie innym świecie, gdy sport wyglądał całkowicie inaczej. Oryginalny materiał został nakręcony w 1971 roku, głównie przez mojego przyjaciela Franka Simona. Ja koniecznie chciałem wtedy zrobić film, którego bohaterem byłby Jackie Stewart, kierowca rajdowy i dwukrotny Mistrz Świata. Dokumentem jednak nie chciałem się zajmować, bo uważałem, że nie jest to moją domeną. A miałem kumpla, który był amerykańskim reżyserem filmów dokumentalnych. Wcześniej zrobił dwa dokumenty. Jeden o mnie, który powstał w czasie, gdy realizowałem "Tragedię Makbeta". A wcześniej zrobił "The Queen", film który bardzo polecam. To był dokument o nowojorskim konkursie transwestytów. Piękny film, naprawdę! Był na festiwalu w Cannes i tam poznaliśmy się właśnie. Zaproponowałem, że wyprodukuję "Weekend z mistrzem", a on będzie film reżyserował. Zrobiliśmy więc wspólnie ten dokument, wysłaliśmy go na festiwal do Berlina i zdobył tam nagrodę. Później pokazany był w telewizji, raz czy dwa razy w Anglii. I na tym się w zasadzie skończyło. A ja w ogóle zapomniałem o tym filmie. I dopiero kilka lat temu zadzwoniono do mnie z londyńskiego laboratorium Technicoloru z pytaniem, co mają zrobić z negatywem zatytułowanym "Weekend of a Champion". Zapytali, czy mogą go zniszczyć? Powiedziałem: "Chwileczkę! Chcę zobaczyć, jak to teraz wygląda". Poprosiłem, żeby mi zrobili kopię, obejrzałem i bardzo podobał mi się ten film po latach. Postanowiłem go skończyć. Dokręciłem współczesne sceny z bohaterem filmu i tak to się wszystko skończyło.

Czy jest taki jeden film z Pana bogatej twórczości, który zawsze będzie dla Pana najważniejszy?

Niewątpliwie "Pianista"!

A z całej ponad stuletniej historii kina?|

To zawsze był i zawsze chyba będzie "Citizen Kane".

Czyli jednak Orson Welles i jego "Obywatel Kane".

Jest jeszcze jeden film, który wywarł na mnie olbrzymie wrażenie, kiedy miałem chyba 14 lat. Grali go w kinie Apollo. I w tym właśnie kinie oglądałem "Odd man out" czyli "Niepotrzebni mogą odejść" Carola Reeda. Zawsze ten film bardzo polecam. W Krakowie były dwa piękne kina, jedno naprawdę maleńkie… I naprawdę "najlepsze te małe kina, gdzie wszystko się zapomina; że to gospoda ubogich, którym dzień spłynął źle."… Jak to kiedyś pisał Gałczyński…

Rozmawiał: Ryszard Jaźwiński

Filmy Romana Polańskiego znajdziecie w legalnych źródłach:

Wenus w futrze (2013): Cineman
A Therapy (krótki metraż, 2012): YouTube
Autor widmo (2010): Ipla
Pianista (2002): VoD.pl
Frantic (1988): iTunes
Lokator (1976): Showmax | iTunes
Chinatown (1974): Chili
Weekend z mistrzem (1972/2012): Cineman
Dziecko Rosemary (1968): Chili | iTunes
Nieustraszeni pogromcy wampirów (1967): iTunes








W legalnych źródłach znajdziecie także film z udziałem Romana Polańskiego:

Zemsta (2002), reż. Andrzej Wajda: VoD.pl | Cineman

ikona lupy />

Artykuł powstał we współpracy z www.legalnakultura.pl

Fundacja prowadzi Bazę Legalnych Źródeł, które udostępniają treści zgodnie z prawem i wolą twórców.