„Każdy został człowiekiem” Piotra Nesterowicza, czyli rzecz o wypartej historii powojennej migracji ze wsi do miast – o społecznym trzęsieniu ziemi, które zmieniło Polskę
Reklama
Piotr Nesterowicz Pisarz, reporter. Za książkę „Cudowna” był nominowany do Nagrody Literackiej Nike 2015 / Dziennik Gazeta Prawna
Dziennik Gazeta Prawna
Dziennik Gazeta Prawna

Reklama



Skąd pomysł na tę książkę?
Zaczęło się od „Młodego pokolenia wsi Polski Ludowej”, dziewięciotomowej edycji pamiętników, pochodzącej w większości z lat 60. zeszłego stulecia. Pracując nad „Cudowną”, swoim poprzednim reportażem, szukałem relacji o tym, jak wyglądała polska wieś na początku lat 60. Zacząłem przeglądać te pamiętniki i dość szybko dotarło do mnie, że to są istotne narracje o pokoleniu naszych rodziców czy dziadków, którzy w tym właśnie czasie, w pierwszych dekadach po wojnie, migrowali ze wsi do miast. Czułem, że warto będzie na podstawie tych pamiętników napisać kolejną książkę reporterską, gdzie tekst pamiętnikarski mógłby w dużej mierze zastąpić rozmowy z żywymi bohaterami.
A potem skończył pan „Cudowną”.
Owszem – i zacząłem się pamiętnikom z „Młodego pokolenia...” przyglądać bliżej. Stwierdziłem wtedy, że naprawdę da się na podstawie tych tekstów opowiedzieć o ludziach, którzy na początku lat 50. wchodzili w dorosłość, próbowali się wyrwać ze wsi, zdobyć wykształcenie, awansować w społecznej hierarchii, i że można ten proces osadzić w kontekście politycznym oraz kulturowym. Taka jest w skrócie geneza mojego pomysłu – ale badając tę materię, zauważyłem przy okazji, że taka książka mogłaby operować co najmniej na dwóch poziomach. Po pierwsze, na poziomie ciekawej opowieści o życiu zwykłych ludzi sprzed lat, po drugie zaś na poziomie refleksji o tym, jakie społeczeństwo tworzymy współcześnie. Dużo się dziś mówi o tym, że Polacy wywodzą się przeważnie z chłopstwa, zastanawiamy się, na ile to, że byliśmy kiedyś zbiorowością niewolników, ma wpływ na teraźniejsze formy polskości. Nie chodziło mi o to, żeby we własnej książce doszukiwać się tak głębokich powiązań – nie jest to zresztą moja rola – niemniej sama lektura pamiętników uświadomiła mi z całą mocą to, o czym wiedziałem już wcześniej, ale tej wiedzy nie doceniałem: że w latach powojennych rzeczywiście dokonało się w Polsce coś w rodzaju radykalnej rewolucji.
Rewolucji politycznej czy społecznej?
Przede wszystkim społecznej. Mamy miliony ludzi migrujących do miast. Ludzi ze środowisk wiejskich, które w tym czasie, i przed wojną i zaraz po niej, były niebywale biedne i prymitywne. By pojąć skalę tego zapóźnienia, różnicę między dzisiejszą wsią a dzisiejszym miastem wypadałoby przemnożyć – celowo przerysuję – przez sto. Ci ludzie migrowali niekiedy z własnej woli, a niekiedy dlatego, że nie mieli innego wyjścia albo wyrwano ich z rodzinnej ziemi razem z korzeniami – tak czy owak lądowali na obszarach zajmowanych przez inną cywilizację. Sama ta zmiana była radykalna, a dodać do niej należy jeszcze rewolucyjny zapał nowej komunistycznej władzy. Ale następnym etapem owej rewolucji okazało się wyparcie. Kiedy już zostajesz mieszczaninem – nieważne, czy robotnikiem, urzędnikiem, czy profesorem – w imię społecznych aspiracji zapominasz o swoim pochodzeniu.
Może właśnie dlatego wszyscy niby wiemy, co się wtedy działo, ale nie potrafimy o tym rozmawiać.
Rozmawiać właśnie zaczynamy. To zresztą typowe zjawisko, że kolejne generacje wracają do tematów tabu, które po rozbrojeniu są asymilowane jako ważny element grupowej tożsamości. Oswajamy nasze chłopskie pochodzenie, zdejmujemy z niego odium wstydu – to już wcale nie musi być ujma ani defekt. Oczywiście to, że polskie mieszczaństwo z reguły ma historyczną głębokość raptem jednego, dwóch pokoleń, że uformowało się nie w procesie rozciągniętym na stulecia, ale w rezultacie cywilizacyjnego trzęsienia ziemi – to wszystko ma wpływ na specyfikę naszej zbiorowej psychologii: na naszą nieustającą gotowość do przeżywania rozmaitych traum, na łatwość dzielenia się na przeciwstawne obozy, na problemy z edukacją, czytelnictwem, religijnością.
Od czego trzeba zacząć, żeby przełamać tę zafałszowaną polską szlachecko-mieszczańsko-inteligencką autonarrację?
Od mikrohistorii. Od dziejów życia zwykłych ludzi. Od wyciągnięcia na światło dzienne losów, które zawsze kryły się gdzieś w cieniu. Nawet w PRL-u sojusz robotniczo-chłopski przewidywał uprzywilejowaną rolę dla robotników, mimo że chłopi byli znacznie liczniejsi. Zresztą nasza stereotypowa refleksja o początkach PRL-u także chłopów w zasadzie nie obejmuje, skupiając się na historii politycznej: na represjach stalinizmu, tragicznych losach żołnierzy wyklętych, krwawym poznańskim Czerwcu ’56 i krótkiej gomułkowskiej odwilży.
Dlaczego wybrał pan do swojej książki takich, a nie innych bohaterów? I jak pan konstruował ich biografie? Słowa „konstruować” używam tu świadomie.
Najpierw stanąłem przed wyzwaniem wstępnej selekcji – wybrania ciekawych losów spośród pamiętników spisanych na pięciu tysiącach stron. Musiałem wziąć pod uwagę to, że opowiedzenie historii nawet kilkudziesięciu osób byłoby niebywale nużące. W grę wchodziło nie więcej niż paru bohaterów. Kolejną kwestią był sam sposób opowiadania – mogłem każdej z tych postaci poświęcić po prostu obszerny rozdział w książce, ale to też byłoby raczej mało atrakcyjne. Zainspirowany „Pięknem i smutkiem wojny” szwedzkiego historyka Petera Englunda – to napisana na podstawie pamiętników żołnierzy i cywilów rzecz o I wojnie światowej – postanowiłem, że te narracje będą się polifonicznie przeplatać w porządku chronologicznym. Prowadzę moich bohaterów przez dekadę lat 50. Próbuję ani na chwilę nie stracić z oka żadnego z nich i staram się, by wydarzenia z ich biografii się zazębiały i wzajemnie komentowały. A teraz – kogo wybrałem? Chciałem, by te osoby były, na tyle, na ile to możliwe, reprezentatywne dla zbioru danych, z którego korzystałem. Żeby pochodziły z różnych regionów kraju. Żeby przebieg ich ścieżki awansu był odmienny – jednym się udaje wyrwać ze wsi, innym nie. Żeby różny był stopień ich zaangażowania w działalność stricte polityczną, naturalnie przy zachowaniu rozsądnych proporcji, jako że nie zajmowali mnie ani prominentni działacze komunistyczni, ani aktywni opozycjoniści, tylko zwyczajni ludzie. No i żeby te historie miały swój własny, wewnętrzny potencjał dramaturgiczny i fabularny. Ostatecznie została mi czwórka młodych: dwóch chłopaków i dwie dziewczyny.
Przyznaje się pan jednak do pewnych manipulacji.
Owszem, skromne manipulacje chronologią były nie do uniknięcia. Ważniejsze jest jednak co innego – dysponowałem pewną liczbą pamiętników, z których nie dało się zbudować pełnej opowieści, ale ich fragmenty wydawały mi się bardzo charakterystyczne i poruszające. Nie chciałem ich stracić – uznałem więc, że mogę te fragmenty wykorzystać w roli drugoplanowych wątków w biografiach głównych bohaterów, ale w taki sposób, który nie zakłamuje i nie kreuje niczyich losów. Mamy więc dwie dziewczyny, które uczyły się w tym samym czasie w różnych liceach na Kielecczyźnie – przyjąłem, że mogłyby się uczyć w tej samej szkole, a potem podtrzymywać przyjaźń korespondencyjnie. W rezultacie Regina z Boisk, jedna z moich głównych bohaterek, ma sposobność, by czytać listy Doroty, które są de facto fragmentami pamiętnika tej ostatniej. Takich zabiegów jest w książce więcej, ale przez cały czas pilnowałem, by nie przekroczyć granicy między prawdą a fikcją – wierzę w to, że reportaż jest rodzajem kontraktu między autorem a odbiorcą, kontraktu opartego na prawdzie. Jako reporter odpowiadam za to, by tego kontraktu nie naruszyć.
A jak było z pracą nad tekstami, które jednak przeszły przez rozmaite sita PRL-owskiej cenzury – począwszy od tej aktywnej w głowie samych autorów, a skończywszy na tej przy ulicy Mysiej w Warszawie? Do jakich metod weryfikacji tych treści pan się odwołał?
Musiałem przeprowadzić coś na kształt dziennikarskiego śledztwa. W pamiętnikach wszyscy autorzy występowali pod zmienionymi imionami i nazwiskami, zmieniono także nazwy miejscowości, z których pochodzili. Zacząłem więc szukać oryginałów tych pamiętników – w Archiwum Akt Nowych odnalazłem część z nich. Niestety, jeśli idzie o wspomnienia moich bohaterów, to mniej więcej połowę. Ale nawet z tego, czym dysponowałem, mogłem wywnioskować, jakiego rodzaju redakcji poddawano te pamiętniki, i co w wersji drukowanej zostawiono bez zmian. Ciekawe, nawiasem mówiąc, że te zmiany nie były duże, głównie językowe, a nie merytoryczne. Następnie, dysponując już paroma prawdziwymi nazwiskami, przystąpiłem do namierzania moich bohaterów. Na przykład ze wspomnianą już Reginą z Boisk, która chodziła do liceum w Solcu nad Wisłą, nie było łatwo – oryginał jej pamiętnika nie przetrwał, a w druku figurowała jako Anna z Wydmisk, uczęszczająca do liceum w nieistniejącym Miliczu nad Wisłą. Żadnych innych tropów nie było, więc poszedłem śladem działających w owym czasie liceów pedagogicznych. Jedno działało w Solcu nad Wisłą. Na mapie zatoczyłem wokół miasteczka okrąg i znalazłem Boiska; opis, odległości, topografia pasowały do Wydmisk z drukowanych wspomnień. Nawiązawszy kontakty w Gminnym Ośrodku Kultury w Solcu, po nitce do kłębka doszedłem do tego, które dzieci na przełomie lat 40. i 50. kończyły szkołę podstawową, najpierw cztery klasy w Boiskach, potem kolejne w Solcu – i w efekcie uzyskałem nazwisko konkretnej dziewczyny. Znalazłem jej wciąż żyjącą siostrę. Okazało się, że trafiłem: Anna z Wydmisk była Reginą z Boisk. W ten sposób budowałem i weryfikowałem każdą postać: osoby, ubrania, przedmioty, budynki, wydarzenia historyczne. Musiałem sobie odpowiedzieć na pytania w rodzaju: kiedy w Domaradzu położono asfalt na głównej ulicy i jak wyglądała wiata na przystanku PKS w centrum wsi?
Wracając jeszcze do pańskich bohaterów – wszyscy to ludzie obdarzeni specyficzną energią, tacy, których można by nazwać społecznikami: nauczycielka o temperamencie Siłaczki, racjonalizator rolnictwa, działacz z powołania, animatorka wiejskiej kultury.
Myślę, że – po pierwsze – okazali się po prostu ciekawsi od innych, a po drugie, że tacy właśnie ludzie pisali pamiętniki i brali udział w konkursach pamiętnikarskich. Ale starałem się, żeby moja książka nie ograniczała się wyłącznie do, nazwijmy to, aktywistów – stąd zapożyczone z innych pamiętników, w całości nie tak ciekawych, wątki poboczne, jak choćby dramatyczna relacja pewnej kobiety o chorobie wenerycznej i pierwszej w życiu wizycie u ginekologa.
Czy „Każdy został człowiekiem” nie jest jednak opowieścią o pozytywistach?
Niewykluczone – tyle że to nie pasuje do obowiązującego schematu myślenia o tamtej epoce. Kiedy mówi się w Polsce o aktywistach ZMP-owskich, to zazwyczaj w kategoriach negatywnych: jako o fanatykach i kolaborantach. Oczywiście takich tam nie brakowało i robili rzeczy okropne – poniżali innych, łamali charaktery i kariery – ale większość z nich działała w dobrej wierze, uwiedziona nośną, atrakcyjną obietnicą społecznej sprawiedliwości. Jeśli postawić się w sytuacji tych młodych ludzi, którzy wchodzili w życie praktycznie pozbawieni jakiegokolwiek kapitału społecznego i kulturowego, po koszmarnej wojnie, bez nadziei na sensowną edukację, pracę, karierę, i nagle ktoś obiecał im wspaniałą przyszłość, otwarł prostą drogę do awansu, na dodatek atakując zewsząd hałaśliwą propagandą sukcesu, to naprawdę trudno się dziwić, że masy gremialnie zgłosiły akces do komunizmu. Przez ZMP przewinęło się dobrych parę milionów członków! Już pod koniec lat 50. szacowano, że zaangażowanych z przyczyn ideowych było do kilkunastu procent, czyli może trzysta, czterysta tysięcy młodych. Wielu kolejnych odczuwało potrzebę społecznego zaangażowania – a innej opcji w gruncie rzeczy nie mieli. To są poważne liczby.
Niebywała była też mobilność tych ludzi oraz ich gotowość do ponoszenia ryzyka.
Tak, to niewiarygodne. Siedemnastolatki z zapuszczonej wsi na końcu świata, kończące czasami zaledwie cztery klasy szkoły podstawowej, bez grosza przy duszy, rzucające się bez jakiejkolwiek asekuracji na drugi kraniec Polski, gdzie nikt na nie nie czeka. Ten motyw powracał w większości pamiętników, więc moi bohaterowie nie są tu żadnym wyjątkiem. Proszę pomyśleć o tym w kontekście własnego rodzicielstwa: że swoje dzieci wypuszcza pan na Dziki Zachód, nie mając wcale pewności, czy kiedykolwiek wrócą. Jestem pełen podziwu dla odwagi tych ludzi, ich samozaparcia i determinacji.
Reportaż Piotra Nesterowicza „Każdy został człowiekiem” ukaże się 18 maja nakładem wydawnictwa Czarne