CZAR PRL-U | „Pisanie tej książki było też podróżą do czasów mojego dzieciństwa”. Z okazji premiery „Smutku cinkciarza” Sylwia Chutnik opowiada o dancingach, peerelowskiej popkulturze i warszawskim półświatku lat 80.
Kilka lat temu, w jednym z wywiadów udzielonych przy okazji premiery „Dzidzi”, powiedziała pani, że nie lubi rozmawiać o literaturze. Od tamtej pory chyba sporo się jednak zmieniło.
Przez długi czas nie mówiłam o sobie, że jestem pisarką. Wstydziłam się. Oczywiście nie samego pisarstwa, ale nie chciałam, żeby ktoś pomyślał, że egzaltuję się tym, że jestem twórczynią, artystką. Wydawało mi się to trochę żenujące, więc mówiłam, że jestem działaczką społeczną, a przy okazji zajmuję się pisaniem. W końcu jedna z koleżanek zwróciła mi uwagę, że takie asekuranctwo jest nie fair w stosunku do czytelniczek i czytelników. Jakbym mówiła: „Sorry, nie biorę odpowiedzialności za to, co napisałam”. Poza tym teraz utrzymuję się z pisania. To jest mój zawód i nie mogę udawać, że jest inaczej.