Są pisarze, którzy działają niczym własna agencja PR (najnowszy przykład – dzienniki czcigodnych, trzydziestoparoletnich starców, Jacka Dehnela i Szczepana Twardocha) i choćby nawet głosili swoje nieprzystosowanie oraz ogólne désintéressement względem sławy, wydają się przystosowani wręcz idealnie, zakotwiczeni w środowiskowej towarzyskości, w mediach, w systemie nagród i stypendiów. Są jednak również tacy, którzy krążą gdzieś na dalekich orbitach, praktycznie niewidoczni, nieznani, niedocenieni. Książek ilu z nich – pomijając naturalnie zacne i liczne grono grafomanów – nie mieliśmy okazji przeczytać? I czy można być wybitnym pisarzem bez czytelników? Odpowiedź na to drugie pytanie jest raczej prosta: można, tak samo jak można być fatalnym pisarzem z całą armią wyznawców.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Intryguje mnie – to niechybnie temat na całą rozprawę – rola dobrej wróżki w życiu artysty. Dobre wróżki mają to do siebie, że przychodzą późno, niemal w ostatniej chwili. Kim byłby Kurt Vonnegut, gdyby nie dość przypadkowe zaproszenie z Uniwersytetu Iowa, by poprowadził tam warsztaty pisarskie? Miał wtedy 44 lata, sześcioro dzieci na utrzymaniu oraz opinię ekscentrycznego autora SF (czyli takiego, którego nie czytają nawet fani gatunku). No i kim byłby Charles Bukowski, gdyby pewnego dnia nie zgłosił się do niego początkujący wydawca, który wbrew rozsądkowi uważał go za nowego Walta Whitmana? Oba te zdarzenia miały miejsce w Ameryce w 1965 roku, a obaj pisarze byli z pochodzenia Niemcami – dziwny zbieg okoliczności, ale wszystkiego nie musimy przecież rozumieć.

Kiedy John Martin – bo o nim mowa – odkrył Bukowskiego, ów był, wedle większości potocznych definicji, kompletnym loserem. Miał 45 lat, ale wyglądał na więcej. Sporo pił. Pracował na poczcie w sortowni listów, pomieszkiwał w dzielnicach biedoty. Dwie dekady pisania przyniosły mu głównie rozczarowania – kolekcją listów odmownych mógł sobie tapetować kolejne wynajmowane nory. Martin przedstawił mu następującą ofertę: płacisz 35 dol. czynszu, 15 dol. alimentów, wydajesz 3 dol. na papierosy, 10 dol. na alkohol i 15 dol. na jedzenie – ja będę ci dawał 100 dol. miesięcznie, ale rzuć robotę na poczcie i pisz dla mnie.

Niepublikowane dotąd po polsku opowiadania z tomu „Historie o zwykłym szaleństwie” pochodzą właśnie z tego okresu życia Bukowskiego – po raz pierwszy ukazały się w 1972 roku jako część zbioru „Erections, Ejaculations, Exhibitions, and General Tales of Ordinary Madness”, ale powstawały przeważnie w drugiej połowie lat 60. Jest to więc w pewnym sensie literacki dokument z czasów, gdy obrazoburczy wizerunek „starego świntucha” jeszcze się nie ugruntował – 100 dolców od Martina (pojawiającego się zresztą w książce pod kryptonimem John Brodacz) wystarczało, by się utrzymać, popić i zagrać na wyścigach, ale do statusu legendy undergroundu wciąż było Bukowskiemu daleko.

Owszem, istniało wówczas w Stanach spore zapotrzebowanie na buntowników i deprawatorów, niemniej w tych tekstach jest coś więcej niż tylko bunt i epatowanie burżujów. Bywają nierówne – niektóre znakomite, niektóre bełkotliwe – ale to raczej świadectwo autentyzmu, bo Bukowski nie tyle pisał, ile rzucał się w nurt słów. Od awangardy różniło go jednak to, że opowiadał o twardej rzeczywistości: o knajpach prześmierdłych egzystencjalną klęską, o rozpaczliwych fuchach za psie pieniądze, o aresztach śledczych, delirce i kacu, o seksualnych apetytach i porażkach. Ale w tej ekshibicjonistycznej szczerości nie chodzi o akt samoponiżenia się ani tym bardziej o samczą dumę, lecz o ironię bycia człowiekiem. Co trzeba przegrać i co odrzucić, jakich złudzeń się pozbyć, jakich marzeń się wyrzec, w jaki sposób się skompromitować, żeby dojść do jakiejś w miarę akceptowalnej prawdy o samym sobie? „Jezu Chryste, muszę ulegać własnym nerwicom, to na czym innym mam w życiu polegać”.

Oczywiście Bukowski był złośliwym staruchem. O innych poetach rzecze tak: „ludzie piszący rymowanki warte tyle co pierdnięcie chorego kota”. Albo tak: „wypchane literackie balasy”. Marihuanową kontrkulturę porównuje do świadków Jehowy. Ale konkurs o parę długości wygrywa jeden z najbardziej absurdalnych dialogów miłosnych, jakie czytałem: „– Charles – powiedziała. – Vera – powiedziałem. – Co? – zapytała. – Jestem największym poetą na świecie – wyznałem. – Żyjącym czy nieżyjącym? – Nieżyjącym – złapałem ją za pierś. – Vera, chciałbym wsadzić ci do dupy żywego dorsza! – Dlaczego? – A cholera wie”. 

Historie o zwykłym szaleństwie | Charles Bukowski | przeł. Michał Przybysz | Noir sur Blanc 2015