W jaki sposób historyk czyta powieść taką jak „Rękopis...”? A jak czyta ją literaturoznawca?

Żywiołem historyka jest konkret, literaturoznawca woli abstrakcję. Historyka interesuje to, co autor miał do powiedzenia. Literaturoznawca opisuje utwór z pozycji nauki, którą reprezentuje. Operuje pojęciami nieznanymi za czasów autora w nadziei, że pozwolą bardziej obiektywnie, ponadczasowo spojrzeć na jego dzieło. Tylko że to złudzenie. Nauka o literaturze – taka, jaką dziś mamy – stanowi wytwór naszej epoki. Świadczy raczej o naszych gustach i poglądach, dla przyszłego historyka nie mniej ciekawych niż gusty i poglądy pisarza.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

„Rękopis...” bywa nader często prezentowany współcześnie jako powieść prekursorska względem postmodernizmu, polifoniczna, wieloznaczna. Czy tego rodzaju odczytania mają jakiekolwiek uzasadnienie?

Sami sobie wybieramy prekursorów, więc trudno z takim poglądem dyskutować. W każdym razie Potocki nie rozumiałby, o czym rozmawiamy. Polifoniczność byłaby dla niego synonimem harmonii. Dla nas – kakofonii. Na gruncie literaturoznawstwa to muzyczne pojęcie pojawiło się w XX wieku. Użył go Michaił Bachtin – jak zaznacza – z braku lepszego, by opisać typ powieści, w którym żadna postać, narrator ani autor nie wyrażają nadrzędnej idei, lecz wszystkie są równorzędne i się wykluczają. Zresztą pierwszym literackim polifonistą miał być dopiero Dostojewski. Poniekąd dlatego, że wówczas jego utwory traciły religijny sens, źle widziany w sowieckiej ojczyźnie Bachtina. O ile jednak u Dostojewskiego naprawdę ścierają się ludzie i idee, o tyle u Potockiego mamy chór Gomelezów. „Rękopis...” jest ich partyturą rozpisaną na głosy.

„Wersja z 1810 roku”, która ukazała się niedawno u nas jako „ostatnia wersja autorska z 1810 roku”, istotnie jest wersją ostatnią? Jakie są inne wersje? I skąd całe to zamieszanie z ustaleniem, który tekst można nazwać właściwym „Rękopisem...”? A może mamy po prostu parę „Rękopisów...”?

Wersje do pewnego stopnia są umowne. Mamy przekład sygnowany przez Edmunda Chojeckiego, edycje cząstkowe przygotowane przez autora oraz rękopisy zawierające fragmenty niekiedy bardzo odbiegające od przekładu. Nie mamy oryginału znanego tłumaczowi ani dziennika intymnego, w którym Potocki – jak współczesny autorowi „Rękopisu...” francuski pisarz i filozof Benjamin Constant w swoich „Dziennikach poufnych” – odnotowywałby postęp pracy. Nie wiemy zatem, jak wyglądało tworzenie powieści, a próby rekonstrukcji tekstu odpowiadającego przekładowi okazały się daremne. W tej sytuacji uporządkowanie rozproszonego materiału wedle hipotetycznych wersji wydaje się sensowne i użyteczne. Konieczne są tylko dwa zastrzeżenia.

Jakie?

Pierwsze: sam autor tworzył jedno dzieło, które w roku 1815 uważał za bliskie ukończenia po 20 latach pracy. Drugie: podział archiwaliów między wersje wymaga precyzyjnego datowania i tu pojawia się ryzyko błędu. Na podstawie zewnętrznych czy materialnych cech dokumentu, np. użytego papieru, można określić co najwyżej czas, po którym tekst został zapisany. Wie to każdy student historii. Wiedzą też edytorzy obecnego wydania. Twierdzą, że Potocki korzystał zawsze ze świeżo wyprodukowanego papieru, który zużywał w ciągu roku. To jednak tylko założenie. W przypadku „wersji z roku 1810”, opartej zasadniczo na jednym zespole archiwalnym, problemem jest ustalenie, kiedy Potocki przerwał jej pisanie. W przypadku „wersji z roku 1804” (według datowania Rosseta i Triaire’a – ma się ona ukazać po polsku w 2016 roku w formie e-booka – przyp. red.) sprawa się komplikuje. Tylko pierwsze rozdziały wydrukowane przez autora można uznać za bezsprzecznie do niej przynależne. Reszta pochodzi z archiwaliów niekoniecznie powstałych w tamtym czasie, lecz na przykład znacznie później, tuż przed samobójczą śmiercią Potockiego w roku 1815.

Na jakiej zatem podstawie profesorowie Rosset i Triaire twierdzą, że stary polski przekład Chojeckiego to sztucznie stworzona kompilacja z fragmentami dopisanymi przez tłumacza?

Proces wytoczony przekładowi Chojeckiego jest poszlakowy. Wyroki w takich procesach są dyskusyjne. Zresztą skazani mają prawo apelacji, a sprawy ciągną się latami. Długotrwała będzie i ta sprawa, tocząca się przed trybunałem czytelników. Odnosząc się teraz pobieżnie do aktu oskarżenia, należy zauważyć, że twierdzenie, iż przekład Chojeckiego to kompilacja wersji z roku 1804 i 1810, jest bezzasadne. Dotyczy wersji hipotetycznych oraz archiwaliów, które są obecnie znane, tak jakby innych być nie mogło. Ponadto „wersja z roku 1810”, mająca zastąpić domniemaną kompilację, nie jest autorskim tekstem ostatecznym, bo też jest po prostu kompilacją. Obrona wnosi o uznanie dawnego przekładu za zgodny z tekstem, nad którym autor pracował – wedle własnej deklaracji – w roku 1815 i który ukończył. Żadna usterka, wskazywana przez oskarżycieli jako dyskredytująca, nie jest dostateczną przesłanką ich skrajnego wniosku – co ważniejsze – niepopartego wyjaśnieniem kwestii, skąd brały się kłopoty Potockiego z ukończeniem „Rękopisu...”.

Po co Potocki napisał „Rękopis...”? Czy może inaczej – do czego „Rękopis...” był mu potrzebny? Czy miał stanowić syntezę jego dokonań naukowych, a w rezultacie (praca nad nim trwała dwie dekady) stał się jednak czymś innym?

Temat na długie rozważania. W każdym razie owych dekad nie należy kwitować wyznaniem, że pisał dla zabawienia dam. Wyznanie złożył, wymieniając powieść wśród dzieł naukowych, o których sądził, że zyskają sławę. I właśnie to rzuca światło na jego kłopoty z ukończeniem „Rękopisu...”. Nie wydaje się, by toczył boje o przecinek, jak Flaubert. Wiele zaś wskazuje, że kształt powieści był zależny od prowadzonych równolegle badań historycznych. Badania, na pozór dotyczące kwestii szczegółowych, dzisiaj należących do historii historiografii przełomu XVIII i XIX wieku, w gruncie rzeczy dotyczyły spraw fundamentalnych, nurtujących środowisko, do którego sam należał: wiary i rozumu, Opatrzności, dorobku oświecenia skompromitowanego przez rewolucję francuską oraz powrotu elit do wartości chrześcijańskich. Potocki we wszystkim szukał drogi środka. Nie był ateistą, za jakiego do dziś uchodzi. Będąc zaś przedstawicielem obozu antyoświeceniowego, nie chciał wyrzec się tego, co uważał za dobre w oświeceniu. Po drodze doświadczał przygód. Około roku 1810 przeżył zwątpienie. Około roku 1814 – nawrócenie. Oba udokumentowane i odzwierciedlone na kartach zmieniającego się „Rękopisu...”. Tyle że historia ta, typowa dla tamtego czasu, nie całkiem odpowiada naszym gustom. Niewiele ma wspólnego z dzisiejszą nauką o literaturze, natomiast całkiem sporo z ówczesną teozofią, teologią i teofilantropią.

Czytając „wersję z 1810 roku”, odniosłem wrażenie, że jest to tekst nie tyle zmieniony, ile okaleczony. Czy to w ogóle trafna intuicja? A jeśli, to z czego może wynikać – z autorskiego charakteru tej wersji czy może z redaktorskich zabiegów wydawców?

Trafna, bo „wersja z 1810 roku” jest wynikiem zwątpienia tyleż w kwestiach naukowych, ile światopoglądowych. W rezultacie jest odstępstwem od pierwotnego zamysłu „Rękopisu...”. Krótko mówiąc, Potocki zwątpił w prawdziwość tradycji biblijnej. Zachwiał się w dążeniu do pogodzenia nauki z religią, a poniekąd też człowieka z Bogiem, światem i historią. Poniechał więc powieściowej konstrukcji, która miała to umożliwić. I nadawała sens powieści. Ale zarazem wersja ta – czy raczej archiwalia stanowiące jej zasadniczy trzon – jest świadectwem przezwyciężania kryzysu. Drogi wiodącej już ku nawróceniu, które ogłosił w liście do zaprzyjaźnionego konserwatywnego filozofa i dyplomaty Josepha de Maistre’a, a które – bo nic tu nie jest proste – wywołało sprzeciw adresata. List, podobnie jak owe archiwalia, opublikowali właśnie obaj pomysłodawcy „nowego »Rękopisu...«”.

I dlaczego okoliczności tych nie biorą pod uwagę, dyskredytując przekład Chojeckiego, oparty pana zdaniem na wersji zredagowanej przez Potockiego już po nawróceniu, a ukończonej tuż przed śmiercią?

Zapewne chodzi o nasze postmodernistyczne upodobanie do arcydzieł kalekich. Antypowieści zrodzonych z twórczej niemocy i niemoc opiewających. Z tej perspektywy Potocki byłby autorem prostodusznym. Wierzącym, że mimo trudności można stworzyć całość, która odzwierciedlałaby ład, nie chaos świata.

Wersja Chojeckiego wydaje się po prostu lepszą książką, czyż nie?

Kwestia gustu, ale weźmy nieproporcjonalnie długi, nudny, a dla nas antykwaryczny wykład Geometry o początkach świata, który mamy w obecnie lansowanej wersji, i porównajmy go z elegancko powściągliwym wywodem tegoż Geometry u Chojeckiego. Wykład z nowego przekładu jest istotny dla ewolucji „Rękopisu...”. Dokumentuje odchodzenie autora od obrazoburczych teorii naukowych z 1810 roku, gdy już przerabiał powieść, a zarazem oznacza powrót do umiarkowanych zapatrywań, widocznych w pracach z pierwszych lat XIX wieku. Natomiast wywody Geometry z przekładu Chojeckiego, też istotne, świadczą o artystycznej dojrzałości Potockiego jako twórcy.

Dlaczego postać Josepha de Maistre’a i jego relacja z Potockim jest kluczowa dla zrozumienia „Rękopisu...”?

Przypomnijmy sobie Dzień XXXVII u Chojeckiego: dialog naturalisty z teologiem – religijne credo Geometry i kluczowy fragment „Rękopisu...”. Teolog to de Maistre. Naturalista, rozmawiając z nim, powtarza charakterystyczne frazy tego petersburskiego rzecznika katolickiej ortodoksji. Cały czas odnosi się też do długiego listu, jaki de Maistre napisał w odpowiedzi na deklarację Potockiego dotyczącą nawrócenia. Dzień XXXVII jest wyraźną reakcją na ten list i warto je czytać razem.

Co dzieli teologa i naturalistę? Bo przecież obaj są chrześcijanami.

Dla naturalisty istotne jest „sumienie”. Uważa chrześcijaństwo za „religię serca”. Mówiąc dzisiejszym językiem – za „religię wolności”. Instytucjonalny przymus go oburza. Teolog nie ufa „sumieniu”, bo prowadzi ono na manowce. Tylko bezwarunkowe poddanie się instytucji może uchronić człowieka przed nim samym. Potockiego i de Maistre’a pogodził w pewnym sensie dopiero ich uczeń, ks. Stanisław Chołoniewski, który dostrzegł, że chrześcijanin potrzebuje autorytetu Kościoła, a zarazem nie może zrezygnować z intymnego, zindywidualizowanego przeżywania wiary.

Kim był Chołoniewski, kaznodzieja i powieściopisarz, postać dzisiaj raczej mało znana?

Pokolenia czytelników „Rękopisu...” nawet nie podejrzewają, ile księdzu zawdzięczają. To on, a nie początkujący literat Edmund Chojecki, miał odpowiednie kompetencje, by przełożyć powieść. Czy przełożył – nie wiadomo. Sygnować jako duchowny w każdym razie nie mógł. Ale był świadkiem narodzin dzieła, samobójstwa autora, zerwania pieczęci z feralnego pokoju w majątku w Uładówce, gdzie Potocki się zastrzelił, i znalezienia tam po ćwierćwieczu papierów zmarłego. Zabiegał publicznie o rehabilitację Potockiego, upominał się o powieść i jako jedyny miał wystarczający autorytet, by przekonać spadkobierców, że należy „Rękopis...” udostępnić światu, bo wcześniej odmówiono tego nawet Puszkinowi.

Czy mówimy o „wersji z 1810 roku”?

Raczej nie, bo archiwalia, na których została oparta, należały do rodziny drugiej żony Potockiego, z którą się zresztą rozwiódł, a dziedzicami Uładówki byli synowie z pierwszego małżeństwa.

Czy „wersja z 1810 roku” może w ogóle w jakimkolwiek sensie zastąpić istniejący polski przekład?

Byłoby to odebranie pisarzowi jego arcydzieła. 

Rękopis znaleziony w Saragossie. Nowe tłumaczenie ostatniej wersji autorskiej z 1810 roku | Jan Potocki | red. François Rosset, Dominique Triaire | przeł. Anna Wasilewska | Wydawnictwo Literackie 2015