W „Matkach” najbardziej uderzyło mnie to, z jaką wrażliwością opisał pan świat z punktu widzenia kobiety. Przyszło to panu z łatwością?

Wydaje mi się, że różnice pomiędzy mężczyznami a kobietami są wyolbrzymiane. Autorowi równie trudno jest wcielić się w rolę męską, co kobiecą. Tak naprawdę najważniejsza jest empatia pisarza wobec bohatera.

Cała wielka literatura o gułagu to przede wszystkim świadectwa mężczyzn, którzy ocaleli...

Sytuacja kobiet w gułagu musiała być dużo bardziej skomplikowana. Mężczyźni są wychowywani w poczuciu, że muszą być waleczni i bezczelni. Ale w stalinowskich obozach również kobiety musiały nabrać twardości i odporności.

Zuzana jest postacią po dziecięcemu naiwną. Nie obchodzą jej wojny ani polityka, obchodzi ją dziecko, które ma wydać na świat...

Ona właściwie jest jeszcze dzieckiem. Zanim zdąży dojrzeć, trafia pomiędzy dorosłych. Jest takim typem człowieka, który, gdyby nie zmusiły go to tego brutalne okoliczności, nie zrobiłby nikomu nic złego.

Jak się narodziła jej historia?

Na początku trafiłem na wspomnienia pewnej Słowaczki, która naprawdę urodziła dziecko w gułagu. Przeczytałem je wnikliwie i od razu pomyślałem, że to jest pomysł na powieść. Wspomnienia tej kobiety zanotował słowacki pisarz Peter Juščák. Od dawna interesują go losy ludzi w łagrach, ale spośród wszystkich historii, które zebrał, też najbardziej zainteresowała go właśnie ta. Pół roku temu wydał powieść na bazie wspomnień tamtej kobiety. Ta sama historia nas obu zaintrygowała jednak w inny sposób. Ja potraktowałem ją jako luźną inspirację, Juščák bardziej trzymał się faktów.

Co w tej historii było tak niezwykłego, że zainspirowała aż dwie powieści?

Najciekawszy jest w niej ten kontrast między łagrem a narodzinami dziecka. Gułag oznaczał śmierć, ale na przekór wszystkiemu mogło tam powstać życie.

To daje pocieszenie?

Odwołam się do przykładu z innego gatunku. Jedna z części „Parku Jurajskiego” kończy się zdaniem, że życie zawsze znajdzie sobie drogę. To fascynujące, ale może też przerażać.

W pana książce najbardziej przeraża stalinowska machina śmierci. Kary wymierza się niezależnie od tego, czy znajdą się winni.

Wiele osób ze wschodniej Słowacji trafiało do gułagu właściwie bez przyczyny. Rosjanie potrzebowali odprawić transport na Wschód, a ciągle jeszcze mieli jeden wolny wagon. W Koszycach właściwie zrobili coś na kształt łapanki na dwóch końcach ulicy. Zatrzymali pociągi ciężarowe i trzymali je tam dopóty, dopóki nie zebrali odpowiedniej liczby ludzi do wywózki.

Pamiętam wywiad, w którym wspominał pan swojego ojca, snującego zadziwiające opowieści z czasów wojny i za każdym razem kończącego je zdaniem: „Ale po co ja o tym mówię, dziś już nikogo to nie obchodzi”. Słowa ojca obudziły w panu pisarską ciekawość?

W pewnym stopniu. Fascynuje mnie, jak wiele człowiek może przeżyć w ciągu jednego życia: dzieciństwo w czasie wojny, potem komunizm, w końcu – demokracja. Zmieniają się warunki, ale człowiek ma niezwykłą zdolność adaptacji. Wojna nie zmieniła tego, że ludzie pobierali się i mieli dzieci. Na przekór okolicznościom życie zwykłych ludzi toczyło się swoim rytmem. Na lekcjach historii nauczono nas, że historia dzieli się na różne epoki, ale tak naprawdę ludzie nie przejmują się epokami.

„Nie mogliśmy żyć swoim życiem, ale musieliśmy tak, jak nam podyktowano”. To słowa bohaterki pana pierwszej powieści „Zdarzyło się pierwszego września”...

Tak, ale przecież moi bohaterowie też żyli.

Uhonorowana Nagrodą Angelusa powieść „Zdarzyło się pierwszego września” opowiadała o tym, jak historia zdeterminowała losy kilkorga przyjaciół. W „Matkach” opisał pan historię dziewczyny w łagrze. Nie uważa pan, że dzisiejszych odbiorców literatury historia interesuje bardziej niż teraźniejszość?

Po upadku komunizmu był taki okres, który trwał co najmniej dekadę, kiedy na Słowacji nie powstawały żadne powieści historyczne, nawet o XX wieku. Tak jakbyśmy potrzebowali pewnego czasu, żeby pogodzić się z przeszłością, przyjąć zmiany, które nastały, by móc dopiero spojrzeć na to, co się działo wcześniej. Zupełnie inna sytuacja była w Czechach; tam tuż po upadku komunizmu natychmiast zaczęły powstawać powieści i filmy historyczne.

A co w historii fascynuje pana?

Jako pisarza najbardziej interesuje mnie człowiek. Łatwo pozyskać wiedzę o wojnach, bitwach, królach i postaciach historycznych, ale przecież w każdych czasach żyli zwykli ludzie. Historycy są bardzo ostrożni. Większość książek stricte historycznych jest pisana z możliwie neutralnego punktu widzenia, ale silenie się na obiektywność sprawia, że ginie gdzieś człowiek.

Znakiem rozpoznawczym „Zdarzyło się pierwszego września” były groteska i czarny humor. W „Matkach” na groteskę pozwala pan sobie tylko w części współczesnej, kiedy studentka prowadzi rozmowę z profesorem...

W „Matkach” są dwa tony narracji. Kiedy jest mowa jest o ciężkich czasach, wtedy ton staje się poważniejszy. A czasy nam współczesne to jest taki okres, o którym można mówić tylko z ironią, bo przecież trudno naszą teraźniejszość traktować poważnie.

Dlaczego?

Myślę, że obecne społeczeństwo jest śmieszne. Ludzie mają tak dobrze, że celowo sami sobie komplikują życie, a o tym można mówić tylko ironicznie.

My, współcześni, chętnie uciekamy w ironię. Boimy się być poważni, bo to mogłoby za bardzo nas obnażyć albo uczynić nas obiektami kpin.

Niechętnie to mówię, ale ma pani rację. Wątek historyczny w „Matkach” był tak poważny i tak wstrząsający, że panicznie bałem się sytuacji, w której będę płakał nad własną powieścią. Człowiek, który ma racjonalne podejście do świata, dopuszcza tylko pewną granicę patosu. Musiałem zastosować celową stylizację autorską, żebym z tym patosem nie przesadził. Opowieść Zuzanny z gułagu jest bardzo mocna. Jako autor powiedziałem sobie, że nie będę naruszał siły tej opowieści. Jeśli uda mi się dobrze napisać oba wątki, to ludzie mimo że trochę przeszkadzam im śledzić historię Zuzanny, przeczytają tę książkę. Niestety nie wiem, ile osób przeczytało powieść do końca, a ile stwierdziło, że wątek współczesny na tyle ich zirytował, że nie byli wstanie przebrnąć przez całą książkę.

Myśli pan o tym, żeby napisać powieść zupełnie współczesną?

Chciałbym napisać powieść o tym, jaki historia ma wpływ na teraźniejszość i w jaki sposób ogranicza czasy współczesne. Wyobraźmy sobie ulicę, która kiedyś znajdowała się na terenie getta. Wydawałoby mi się ciekawe napisanie historii o jednym z ostatnich Żydów, który mieszka na tej ulicy. Nie byłby to stary człowiek, ale w jakiś sposób musiałby się rozliczyć z przeszłością, zająć jakieś stanowisko wobec poprzednich pokoleń. Podaję to jako przykład powieści współczesnej, ale na którą historia ma wpływ.

Czy myśli pan, że pańskie książki są zrozumiałe tylko dla mieszkańców Europy Środkowej? Czytelnik z zupełnie innej części świata mógłby je zrozumieć?

Weźmy za przykład moją powieść „Zdarzyło się pierwszego września”. Zaproponowaliśmy, żeby książka ukazała się w Wiedniu. Wiedeń od Bratysławy jest oddalony zaledwie o 80 km, z wydawnictwa otrzymaliśmy jednak odpowiedź, że z literackiego punktu widzenia jest to OK, ale fakty nagromadzone w powieści są zupełnie niezrozumiałe dla czytelników. Książka w końcu ukazała się po niemiecku. Sukces okazał się połowiczny po tym, jak tłumaczka powiedziała mi, że ona już do końca życia pozostanie osobą z Berlina Wschodniego, a właściciel wydawnictwa nie jest Niemcem, a imigrantem z byłej Jugosławii...

A przecież Austria i Niemcy również miały burzliwą historię, oni też należą do Europy Środkowej.

Austriackie wydawnictwo tłumaczyło mi, że jeśli ktoś nie przeżył absurdu komunizmu albo komu chociaż rodzice o tym nie opowiadali, nie jest w stanie przeczytać tej książki. Być może mogliby to wydać jako science fiction z jakiejś dziwnej planety.

Doświadczenie komunizmu uczyniło z naszej części Europy odrębną planetę?

Zapewne tak. Trudno jest nauczyć ludzi patrzeć z ironią na świat absurdu.

Matki | Pavol Rankov | przeł. Tomasz Grabiński | Książkowe Klimaty 2015