Krążą plotki, że od końca zimnej wojny FBI, CIA i Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) cierpią na poważny kryzys tożsamości. Ich jedynym celem i obsesją stała się wojna z terroryzmem, która rozpętała się 11 września 2001 r. Zgadzasz się z tym?

Nie wiem, czy nazwałabym to kryzysem tożsamości, ale atak terrorystyczny i zburzenie World Trade Center na pewno uświadomiły amerykańskim agencjom bezpieczeństwa, że ani nie dysponują odpowiednimi środkami, ani nie mają dobrych metod, by zapobiegać tego typu wydarzeniom. Eksperci nie wiedzieli, jaką odpowiedź wystosować ani jak wytłumaczyć światu, co stało się jesienią 2001 roku w Nowym Jorku. Okazało się, że pracowników agencji mówiących po arabsku można niemal policzyć na palcach i mało kto dysponuje rzetelną wiedzą na temat arabskiej kultury i regionu. Pojawił się lęk. Akcja wywołała reakcję. Wzmożona inwigilacja dowodzi, że służby wciąż nie mają wiedzy, której potrzebują, żeby zapewnić społeczeństwu autentyczne bezpieczeństwo. Obserwują wszystkich, bo nie są pewni, na czym skupić wzrok, żeby zrozumieć, co w istocie dzieje się wokół. Z atakami 11 września była związana relatywnie mała grupa ludzi, która powinna zostać pociągnięta do odpowiedzialności. Amerykańskie służby mają jednak problem z egzekwowaniem praw, więc łatwiej im okupować i obserwować całe terytoria. I niewiele się w tej kwestii zmienia, choć minęło już ponad dziesięć lat.

11 września był też jednym z pierwszych punktów zwrotnych w życiu przyszłego informatora – Edwarda Snowdena. Poruszony tym, co się stało, w 2004 roku wstąpił do armii. Twierdził, że czuł się w obowiązku pomagać uciśnionym. Nie minęło jednak zbyt dużo czasu, a odkrył, że bycie żołnierzem to przede wszystkim życie w okowach systemu i zaspokajanie potrzeb rządu.

W pokoju hotelowym w Hongkongu Ed powiedział mi i Glennowi Greenwaldowi (dziennikarzowi „Guardiana” – red.), że zaciągnął się do armii, bo głęboko wierzył w ideę niesienia wolności i zaszczepiania zasad demokracji na Bliskim Wschodzie. Kiedy zaczął zgłębiać temat i zadawać pytania, które kwestionowały przyjętą politykę, iluzja prysła jak bańka mydlana. Dla agencji bezpieczeństwa też pracował dlatego, że inicjalnie głęboko wierzył w sens prowadzonych przez nich działań. Wychował się w rodzinie, która symbolicznie i czynnie wspierała rząd. Kolejny raz musiał się zbliżyć do tematu na tyle, by móc zajrzeć pod powierzchnię zjawisk i dokopać się do tego, co skrzętnie ukrywane.

Co czułaś, kiedy Edward Snowden do ciebie napisał i w kolejnych wiadomościach obiecywał, że nie zapyta o nic, ale zdradzi ci kilka istotnych sekretów?

Byłam bardzo zdenerwowana. Spędziłam wcześniej na tyle dużo czasu, prowadząc śledztwo na temat informatorów, NSA i rządowej inwigilacji, żeby wiedzieć, że to nie przelewki. Każdy nowy kontakt otwierał mi drzwi do bardzo niebezpiecznego świata. Ta myśl odbijała mi się echem w głowie, kiedy w mojej skrzynce pojawiała się kolejna wiadomość od Snowdena. Z drugiej strony ani przez chwilę nie wątpiłam, że powinnam podjąć wyzwanie. Interesowałam się tematem, od 2011 roku spotykałam się z innymi informatorami, Williamem Binneyem i Tomem Drakiem. Już poświęciłam dla sprawy swoją prywatność. I do tej pory wierzę, że było warto.

Dlaczego?

Wielu artystów skupia się na tym, żeby ich praca odzwierciedlała to, co dzieje się na świecie, i ja do nich należę. Chcę zrozumieć arkana cywilizacji, w której żyjemy. To podstawa. Poza tym czuję, że jako obywatelka Stanów Zjednoczonych mam obowiązek podejmować tematy, które wystawiły Amerykanów na świecznik i wywołały burzę na arenie międzynarodowej. Amerykański rząd działa w imieniu społeczeństwa, a więc także i w moim. Mam pełne prawo zadawać pytania i kwestionować sposób, w jaki używa siły zmieniającej porządki na świecie.

Jesteś artystką i twoje nastawienie wcale mnie nie dziwi. Jakie motywacje miał Edward Snowden? Zdradzając sekrety NSA pod własnym nazwiskiem, podjął decyzję, od której nie było i nie ma odwrotu.

Na początku byłam zaszokowana tym, że Ed zdecydował się ujawnić swoje nazwisko i twarz. To zadziwiający i niebezpieczny krok. Snowden chciał go jednak podjąć i zobaczyć, co się stanie.

I stał się celebrytą.

Nie, raczej ikoną. Nie miał tego jednak na celu. Sądzę, że wolałby powiedzieć, co ma do powiedzenia, i wycofać się w cień. Musiał się jednak zmierzyć z realiami i kiedy to zrobił, pozostało mu żywić nadzieję, że jego gest zmieni przebieg debaty publicznej. Kiedy wymienialiśmy wiadomości przed spotkaniem w Hongkongu, prosiłam go o to, żeby zgodził się na obecność kamery. Najpierw mówił, że nie ma mowy. Później zaczął powtarzać, że już się nie boi. Ważniejszy jest fakt, że sytuacje, które dzieją się pod sztandarem demokracji, nie powinny mieć miejsca. Twierdził, że obywatele mają prawo wiedzieć, do czego posuwa się rząd, który ich reprezentuje. Ed czuł, że ma wystarczająco dużo informacji, które mają znacznie cięższą wagę niż on sam. A takich materiałów nie ujawnia się anonimowo. Wizerunek i konkretna historia muszą je legitymizować.

Jaką osobą jest ktoś, kto wystawia się na ostrzał w imię dobra publicznego?

Wymienialiśmy wiadomości z Edwardem przez pół roku. Nie spodziewałam się, że w Hongkongu zobaczę kogoś tak młodego. Snowden jest jednak szalenie inteligentny i świadomy tego, co się dzieje. Jasno patrzy w przyszłość i żąda spełnienia obietnic składanych przez demokratyczny kraj, w którym dorastał. Edward był dzieciakiem, który wychował się w sieci. Uważa, że internet jest niesamowitym narzędziem służącym komunikacji, integracji i demokracji. Nie mógł więc znieść tego, że służby bezpieczeństwa obróciły kota ogonem i wykorzystały internet, by zniszczyć wartości, jakie stały u jego podstaw. Snowden walczy o ideę stworzoną przed laty.

To rewolucjonista na miarę czasów czy Don Kichot, który pojedynkuje się z wiatrakami?

Nie wiem, czy rewolucja jest dziś możliwa, ale tacy ludzie jak Edward Snowden uparcie walczą o podstawowe ludzkie prawa. On jest idealistą.

Informatorzy zawsze nimi są?

Niekoniecznie, ale każdy kolejny zawsze uczy się czegoś od poprzedniego. Przed Snowdenem był m.in. Daniel Ellsberg i „Pentagon Papers” (opublikowany w 1971 roku, liczący 7 tys. stron raport opisujący amerykańskie zaangażowanie w wojnie wietnamskiej – red.) czy Chelsea Manning (były żołnierz wojsk lądowych Stanów Zjednoczonych, analityk wywiadu, aresztowany w maju 2010 roku za wyniesienie tajnych dokumentów amerykańskich – red.). Ich przypadki pokazały Snowdenowi, że informator, który zdradza sekrety rządu, nie może liczyć w Ameryce na uczciwy proces i nie będzie miał ani cienia szansy, żeby się obronić. Rząd daje sobie prawo, by podglądać i torturować ludzi. Nie wybaczy temu, kto ujawni takie działania.

Tobie wybaczył?

Nie sądzę. Nie wybaczył Jamesowi Reisenowi z „The New York Times” (nagrodzonemu Pulitzerem w 2006 roku za serię kontrowersyjnych reportaży na temat metod inwigilacji stosowanych przez NSA – red.). Podobnie jak ja, Reisen starał się zrozumieć sytuację i zachowanie amerykańskiego rządu po 11 września 2001 r. Z drugiej strony pomijając fakt, że od lat jestem rutynowo zatrzymywana na granicy i dla własnego spokoju na co dzień mieszkam w Berlinie, uważam jednak, że w Ameryce szanuje się indywidualne prawo do głosu i wolność prasy. W niektórych krajach bycie dziennikarzem i publikowanie szczerych, bezkompromisowych artykułów niesie znacznie większe ryzyko. W Meksyku niedawno zamordowano dziennikarza, który zadawał niewygodne pytania. Ja mówię to, co myślę, otwarcie krytykuję działania swojego rządu i nie czuję, że stawiam na szali swoje życie. Póki wolno mi to robić i o ile liczę się z tym, że może mi grozić – co najwyżej! – rozprawa sądowa, czuję się wolna.

Edward Snowden cieszy się wolnością w Moskwie?

Naprawdę nie mogę powiedzieć wiele na ten temat. Rosja udzieliła Snowdenowi azylu, kiedy żaden inny kraj się na to nie zdecydował. Z jakiego powodu? To kwestia, którą wypadałoby rozważyć.

Nikt nie chce stracić sojusznika w postaci Stanów Zjednoczonych.

Przykra wymówka, ale niestety muszę się z nią zgodzić. Sam Snowden nie miał wyboru. Gdyby wrócił do Stanów Zjednoczonych, na pewno trafiłby do więzienia. Dopóki go tam nie ma, nikt nie może odebrać mu głosu. I Ed korzysta z tak pojętej wolności. Czynnie bierze udział w panelach i udziela wywiadów.

Utrzymujecie kontakt?

Tak.

Jak udało się wam zbudować tak głębokie zaufanie?

Myślę, że ja na początku byłam znacznie bardziej sceptyczna i nieufna w stosunku do niego niż Ed wobec mnie. Zadawałam mu dziesiątki pytań na temat tego, kim jest, czego chce i w jaką pułapkę stara się mnie złapać. I tym zaskarbiłam sobie jego zaufanie. Snowden zdobył moje z dwóch powodów. Po pierwsze uwierzyłam, że jest w nim autentyczna potrzeba opowiedzenia mi o czymś ważnym. Po drugie Ed nigdy nie zadał mi pytania, które naruszałoby moją intymność. Nie zbliżył się do żadnej z granic, których nie życzyłabym sobie przekraczać.

To pewnie nie zgadzasz się z sentencją brzmiącą: Jeśli nie masz nic do ukrycia, nie masz się czego obawiać?

Ha! To dosyć skomplikowana sprawa. Prywatność to jednak podstawa; fundament międzyludzkich relacji. Niezachowywanie jej może doprowadzić do głębokich zmian społecznych. Sądzę, że wielu ludzi zbyt naiwnie podchodzi do kwestii zbierania, przechowywania i używania informacji na własny temat. Narody, które były podsłuchiwane – np. Niemcy w czasach II wojny światowej – wiedzą, czym grozi naruszenie intymności i jak wpływa na zdrowie psychiczne społeczeństw.

Co sensacyjna spowiedź Edwarda Snowdena zmieniła w rządowym nastawieniu do spraw bezpieczeństwa narodowego?

W zasięgu globalnym niestety zmieniło się bardzo mało. Informacje są nadal kolekcjonowane. Ich ilość i skala zjawiska są niewiarygodne. Przyznaję, że dawniej nie zdawałam sobie z tego sprawy. Kiedy Ed ujawnił dane, które zgromadził, wszyscy na chwilę uwierzyliśmy, że od tej pory dyskusja na temat inwigilacji będzie prowadzona otwarcie i uczciwie, ale tak się nie dzieje. Rząd nie podjął realnych kroków w stronę zmiany systemu inwigilacji, ale mikrozmiany są widoczne w nastawieniu indywidualnych osób i kilku firm. A to zawsze jakiś początek.