Zawsze wolałem spadać ze schodów, niż przyglądać się czaszce i rozprawiać na tematy filozoficzne – mówi francuski aktor i reżyser Dany Boon, twórca komedii „Przychodzi facet do lekarza”.

Jesteś hipochondrykiem?

Tak! To okropne, szczególnie dla moich bliskich.

Podjąłeś walkę ze swoją przypadłością?

Staram się z nią walczyć każdego dnia. Próbuję być twardy i odporny, nie zawsze mi to wychodzi. Na pewno nie jestem taką ofiarą losu i mazgajem jak grany przeze mnie Romain.

Ta słabość dotyczy bardziej mężczyzn czy kobiet?

W większości mężczyzn! Albo mężczyzn, których ja znam. Nie chodzą do lekarza w ogóle albo są przewrażliwieni na punkcie zdrowia, mdleją na widok strzykawki. Mnie za każdym razem, gdy jestem chory – chodzi o zwykłą gorączkę czy kaszel – wydaje się, że umieram. Jestem wtedy naprawdę nieznośny dla mojej żony. Proszę, żeby została, ale niezbyt blisko, usilnie skarżę się na bóle, proszę, by mnie okładała kompresami, ale szybko z tego rezygnuję, bo zwykle bardzo mnie boli lub wydaje mi się, że mnie boli, gdy się mnie dotyka... Dzwonię kilkakrotnie do mojego lekarza, zamęczam go pytaniami, opisem objawów. Potem muszę ich wszystkich przepraszać. Bardzo głupia sytuacja, zdarza się cyklicznie. Naprawdę znam wielu mężczyzn, którzy mają podobnie.

Jak myślisz, z czego to wynika?

Nie chcę wypowiadać się w imieniu innych. W moim przypadku ma to źródło w dzieciństwie. Moja mama była nadopiekuńcza. Kilku moich kumpli ma podobnie, z perspektywy czasu uważam, że każdy chłopiec powinien rozbić sobie nieraz kolano albo wdać się w bójkę na podwórku, by poznać ból nie tylko siniaków, ale też porażki.

To własne doświadczenia sprawiły, że postanowiłeś zrealizować film o hipochondryku?

To też, ale zainspirowały mnie rozmowy z naszym domowym lekarzem. To bardzo dobry specjalista. Opowiedział mi o ciekawej zmianie, jaka następuje w kontaktach między pacjentami a doktorem. Ludzie mają dostęp do sieci, a tam do różnych publikacji. Sami próbują zdiagnozować, co im dolega na podstawie symptomów. Google stał się naszym lekarzem. Ludzie zjawiają się w gabinecie lekarskim zwykle jedynie po receptę lub by potwierdzić albo zanegować autodiagnozę. Lekarze kiedyś byli jak bogowie. Dziś przychodzimy do nich zwykle po lekarstwo albo świstek papieru, który nam je zapewni. Zazwyczaj wiemy też, co nas uzdrowi, więc często przychodzimy z konkretnym zamówieniem. Jak do piekarni albo krawca. Poszukujemy czegoś pod wymiar. Pod wymiar choroby, którą uważamy, że mamy. Pomyślałem, że to ciekawe zjawisko. Otacza mnie, a nie zdawałem sobie z tego sprawy. Sam cierpię na taką przypadłość. Coś tam u siebie zaobserwuję, potem potwierdzę to w internecie, zdiagnozuję i następuje atak paniki. Jestem zwykle śmiertelnie chory. To jak otwarcie puszki Pandory, podejrzenia rodzą kolejne podejrzenia, obawy, stany lękowe. Lekarz w zasadzie ma mnie uzdrowić – uwolnić z tej pętli paniki i urojonej agonii.

Wyreżyserowałeś „Przychodzi facet do lekarza”, zagrałeś w nim też główną rolę.

To bardzo bliska mi historia. Nie miałem poczucia, że to nadmiar obowiązków. Czułem się dobrze w tej podwójnej roli. Ale może jest też tak dlatego, że dla mnie praca nad filmem zaczyna się już w momencie pisania scenariusza. Tworząc historię, widzę ją w wyobraźni, mniej więcej wiem, jak będzie wyglądał każdy kadr. Zapisując poszczególne sceny, buduję cały film. Bardzo precyzyjnie, bo też nigdy się nie spieszę. Poprawiam, analizuję, dopisuję, wymazuję. Zwykle nad scenariuszem pracuję rok, ale zdarzało mi się, że proces pisania trwał dwa lata. Gdy staję na planie, mam już wszystko przepracowane. To mocne zaplecze, korzystam z tego, co zbudowałem podczas pracy nad tekstem. Realizując „Przychodzi facet...”, czułem się wolny.

Film ma kilka scenek, które są niemal slapstickowe, zbudowane na gagu sytuacyjnym, tworzą małą, zamkniętą opowieść w ramach tej większej. Są też pewnie świetnym ćwiczeniem aktorskim.

Traktowałem je jak małe warsztatowe perełki. Zawsze wolałem spadać ze schodów, niż przyglądać się czaszce i rozprawiać na tematy filozoficzne. Lubię scenę w metrze. Bohater wchodzi do wagoniku, ale boi się czyhających wszędzie bakterii, więc stara się nie dotknąć niczego w trakcie podróży, podczas której pociąg ma w zwyczaju zwalniać, przyspieszać, skręcać, więc trudno jest zachować równowagę. Chciałem zrobić z tego małą etiudę, cieszę się, że wyszło, choć oczywiście pilnowałem, by nie przerysować zachowania Romaina. To niebezpieczeństwo komedii, twórcy bawią się lepiej niż później widzowie. Zawsze staram się zachować równowagę, szczególnie wtedy, gdy sam siebie reżyseruję.

W filmie pojawia się również wątek imigrantów. Skąd taki motyw w komedii?

Temat zaczerpnięty z mało radosnej rzeczywistości, aktualny, palący... To rzeczywistość, która nas otacza, a której nie chcemy zauważyć. Każdy z nas skądś pochodzi, ale pozapominaliśmy o tym. Jednym się poszczęściło, innym nie. Urodziliśmy się w Europie Zachodniej lub Centralnej, a często narzekamy na swój byt, nawet na prozaiczne aspekty życia, nie dostrzegając, że inni mają dużo gorzej. Czasami myślę, że wystarczyłoby się dzielić z biednymi tym, co mamy w naddatku, lub czego nie przejadamy, a już byłoby lżej. Być hipochondrykiem w dzisiejszych czasach to luksus. Lubię uprawdopodabniać swoje filmy, także komedie, które nie muszą być powierzchowne i bazować na schematach. Ma to też na pewno związek z pochodzeniem mego ojca. Był imigrantem, który przybył do Francji z północnej Afryki. Ja miałem szczęście urodzić się już we Francji, w lepszym świecie, ale pamiętam opowieści taty. Przybył do Europy, kiedy byłem chłopcem. Wspomnienie jego podróży do dziś robi na mnie ogromne wrażenie.