statystyki

Żyjemy już w epoce postgoogle’owskiej. „Wszyscy jesteśmy cyborgami" [WYWIAD]

autor: Piotr Kofta23.11.2019, 16:30
smartfon, telefon, internet

Michał R. Wiśniewski opisuje początki internetu w Polsce.źródło: ShutterStock

To nie jest tak, że przyszedł internet i wszystko nam zepsuł, że lepiej by było bez niego. Internet jest zwieńczeniem długich tysiącleci ewolucji kulturowej

Michał R. Wiśniewski pisarz, publicysta, autor m.in. „Jeśli zginiesz w grze, zginiesz naprawdę”, „Hello World” i „Wszyscy jesteśmy cyborgami. Jak internet zmienił Polskę”

fot. mat. prasowe

Skoro twoja książka w podtytule ma Polskę, muszę spytać: czy istnieje jakaś ściśle polska historia internetu?

Owszem, zresztą jedynie w takim przypadku ma sens to, że właśnie Polak pisze o dziejach internetu. Technologiczna rewolucja związana z internetem nałożyła się u nas na proces transformacji ustrojowej i kulturowej – procesowi podłączenia się do światowej sieci towarzyszyły nie tylko przekształcenia systemowe, lecz także zmiana w sferze wartości. To miało walor szoku: uzyskaliśmy bezpośrednią łączność z Zachodem i nie byliśmy już skazani na oglądanie przez szybę jakiegoś dziwnego, symbolicznego bezczasu. Wcześniej Polak postrzegał Amerykę jako coś na kształt wielkiego Disneylandu – składała się z obrazków z kina i telewizji, nie miało znaczenia, czy one pochodzą z lat 60., 70. czy 80., bo to był świat bajkowy. A tu nagle mogliśmy doświadczać go bezpośrednio. Dla mojej generacji doświadczeniem pokoleniowym były ataki terrorystyczne z 11 września 2001 r., a właściwie nie tyle same ataki, ile to, że to się wszystko działo w czasie rzeczywistym. To nie było coś, o czym przeczytałem na drugi dzień w gazecie: oglądałem to na żywo w telewizji satelitarnej, a wraz ze mną setki milionów ludzi. Byłem podłączony.

Magazyn DGP 22 listopada 2019 r. Okładka

Magazyn DGP 22 listopada 2019 r. Okładka

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Zachód nie musiał się do niczego podłączać?

Oczywiście Zachód też się podłączył, ale dla mieszkańców pierwszego świata miało to całkiem inny wymiar – w ich wypadku internet przyczynił się do przemian w stylach życia. Wszyscy kryjemy się w różnych prywatnych niszach, interesujemy się rozmaitymi niecodziennymi sprawami: internet sprawił, że znikło poczucie osamotnienia w „dziwactwie”, bo w sieci zawsze znalazł się ktoś, kto podziela nasze fascynacje. Polacy naturalnie też tego doświadczyli, ale polska rewolucja kulturowa polegała głównie na łapczywym nadrabianiu zaległości: lata 90. to był taki gigantyczny, popkulturowy turbościek. Trzeba sobie zdać sprawę, że cały muzyczny gust Polaków przed transformacją był w zasadzie zbudowany według widzimisię paru dziennikarzy z radiowej Trójki, którzy mieli dostęp do przywiezionych z Zachodu płyt. Przypomnij sobie ten moment, kiedy otwierają się granice, a nas ogarnia zdumienie, ilu rzeczy nie znamy: ile dobrej muzyki nas ominęło, ilu filmów nie widzieliśmy. Czas Polski i czas Zachodu zaczynają się powoli harmonizować. W 1995 r. oglądamy w kinach „Pulp Fiction” w rok po tym, jak Tarantino dostaje nagrodę w Cannes. A w parę lat później okazuje się, że całą tę muzykę i wszystkie te filmy, których nie znamy, można zdobyć przez internet.

A jak było z internetem i literaturą?

Literaturze internet pomógł w inny sposób. Z początku istniała bariera technologiczna dla książek w postaci cyfrowej – z kineskopowych ekranów nie czytało się tak wygodnie jak teraz z czytników. Rewolucja nastąpiła więc gdzie indziej, w dystrybucji. Weźmy taki Amazon…

Wybijał stacjonarne księgarnie jak muchy.

Tak, ale zarazem zrobił mnóstwo dobrego dla wielu literackich nisz. Z punktu widzenia pisarza to kluczowa sprawa: że może napisać książkę na jakiś egzotyczny temat, a dzięki koncentracji tytułów w jednej, gigantycznej księgarni czytelnik będzie w stanie wydeptać sobie ścieżkę do jego tekstu. Z małych nisz da się zbudować wielki biznes, mówi o tym teoria długiego ogona (the long tail theory, sformułowana przez Chrisa Andersona w 2004 r. – red.). Potencjalny czytelnik książek wielu amerykańskich pisarzy, którzy chwalą sobie istnienie Amazona, po prostu nigdy nie zbłądziłby do nowojorskich księgarni, gdzie one kurzyłyby się na półkach. Powiedzmy, że ktoś pisze romanse o ludziach przebierających się za zwierzęta – tylko w monstrum w rodzaju Amazona czytelnik dostanie bezpośredni, natychmiastowy dostęp do półeczki dla miłośników przebierania się za zwierzęta.


Pozostało jeszcze 76% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Komentarze (1)

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie