Można powiedzieć, że jesteś chodzącą historią literatury polskiej. Jej świadkiem od kilkudziesięciu już lat.

Kiedy spotykam się z ludźmi, niekoniecznie tymi najmłodszymi, ale o dwa pokolenia niżej niż ja, to dla jednych jestem tym, który rozmawiał z Julianem Tuwimem, a dla drugich człowiekiem, który widział na własne oczy jak grał znakomity przedwojenny piłkarz – Ernest Wilimowski.

To fantastyczne! Komu jeszcze z wielkich podawałeś rękę?

Choćby Ksaweremu Pruszyńskiemu, reporterowi i publicyście, który napisał przedmowę do mojego debiutu i został moim przyjacielem. Poznałem Zofię Nałkowską, ale nie zdążyliśmy porozmawiać. Umówić nas miała jej gosposia i opiekunka Genia, ale Pani Zofia niestety, zmarła. Zbliżyliśmy się też z Michałem Rusinkiem – nie mam tu na myśli sekretarza Wisławy Szymborskiej, którego nazwisko i imię jest identyczne, ale sekretarza Polskiej Akademii Literatury, sanacja go popierała, bo był synem dozorcy, udowadniał, że przy ich rządach możliwa jest kariera dla „ludu”. Zaprzyjaźniłem się z Arkadym Fiedlerem, którego „Ryby śpiewają w Ukajali” czytałem z podziwem jeszcze przed wojną. Muszę tu wspomnieć też o Tadeuszu Różewiczu, najbliższym przyjacielu już w XXI wieku.

Siadywałeś również przy stoliku Tadeusza Konwickiego w słynnej kawiarni Czytelnika, dziś już nieistniejącej. Czy był twoim przyjacielem?

Ta przyjaźń falowała. Ale kiedyś uratowałem mu życie... Tak on uważał. Poznaliśmy się w 1946 roku w Drukarni Narodowej w Krakowie, przy pracy. On robił korektę „Odrodzenia” i nic jeszcze nie było wiadomo o jego talencie, choć już wtedy pisał i rysował. Ja robiłem korektę w niższej firmie, bo w tygodniku „Żołnierz Polski”. Zbliżyły nas, już w Warszawie, sprawy filmowe. Różnie bywało...

Jakie książki czytałeś, kiedy byłeś dzieckiem?

Ponieważ byłem najmłodszy i miałem starsze rodzeństwo, zawsze sięgałem po książki moich sióstr, uwielbiających lekturę. Czytała również moja mama. Każde z nas brało książki z innej wypożyczalni, więc zawsze były w domu co najmniej cztery pozycje w obiegu. Kiedy miałem dziewięć lat, przeczytałem „Włóczęgi” Knuta Hamsuna, a potem drugą część „August Powsinoga”. Byłem zachwycony. To był też moment, w którym okazało się, że różnię się czymś od moich kolegów w szkole. Oni wszyscy byli zdolniejsi do matematyki, ja pasjonowałem się literaturą i historią. Napisałem zadane nam streszczenie pewnej czytanki i zostało ono odczytane przez nauczyciela na głos, jako przykład dla całej klasy. Poczułem się wyróżniony: jestem jakiś inny. Czytałem romantyków – siostra miała cztery tomy Słowackiego – ale także kryminały Maurice'a Leblanca. Poznałem oczywiście „Słówka” Tadeusza Boya-Żeleńskiego, „Panią Stefanię” znałem na pamięć. Miałem już czternaście lat, kiedy – idąc przez bazar – zobaczyłem na straganie jego „Flirt z Melpomeną. Wieczór siódmy” – kupiłem książkę za dwadzieścia groszy. Zacząłem czytać od razu, na ulicy i... czytam do dziś. Może to brzmieć jak anegdota, ale wiele lat później poznałem i zaprzyjaźniłem się z bratankiem Boya, Władysławem Żeleńskim, prokuratorem za sanacji. Odwiedziłem go w Paryżu. Zmarł mając 103 lata.

Czy w młodości miałeś swoich literackich mistrzów?

Trochę miałem z tym pecha. Bo prozaicy, których sposób narracji zrobił na mnie wrażenie – Celine i Hamsun – opowiedzieli się za Hitlerem. Czytałem Galsworthy’ego, Malraux, Martin du Guarda. Hemingway przed wojną był znany tylko jako autor „Pożegnania z bronią”. Zachwycałem się też świetną porewolucyjną literaturą rosyjską, poczynając od Erenburga, skończywszy na „Cichym Donie” Szołochowa. To w tej właśnie książce przeczytałem o Kozakach, wśród których niespodziewanie znalazłem się podczas wojennej zawieruchy w 1941 roku.

Dzięki lekturze tej książki wiedziałeś, co Cię tam może spotkać.

To prawda. Tam też uzupełniłem dobrą już znajomość języka rosyjskiego – poznałem gwarę jak najbardziej ludową, kozacką. Dzięki temu, kiedy w 1945 roku w Krakowie pijany oficer rosyjski przystawił mi do skroni lufę nagana z okrzykiem: „ja tiebia ubju!” – zawołałem do niego po rosyjsku: „Chcesz Ruskiego zabić, to zabijaj!” „To ty Ruski?” „A co, nie widzisz? Głaza uzki, nos pluski, znaczit Ruski”. Zachował się jak schematyczny Rosjanin z anegdot, oddał mi swoją broń i powiedział: „Bieri i ubij mienia, brat!”.

Kiedy zacząłeś pisać?

Kiedy byłem dzieckiem, pisałem tak zwane „liściki”do „Małego Przeglądu”, który Korczak założył w 1926 roku. Zamieścili tam mój liścik o psie, który miał na imię Lord i strzegł naszej willi w Michalinie. To był rok 1932, miałem wtedy dziewięć lat.

W jakich okolicznościach zadebiutowałeś już jako dorosły człowiek?

Po wojnie zdobywało się popularność w „Przekroju”, którego redaktorem naczelnym był Marian Eile. Szalał tam Konstanty Ildefons Gałczyński publikując „Listy z fiołkiem” i teksty „Teatrzyk Zielona Gęś”. Zresztą polubiliśmy się i on mnie czasem komplementował. Eile zwrócił uwagę na moje humoreski zamieszczane w „Szpilkach”, jedną z nich chciał nawet wystawić w „Przekrojowym” Kabarecie Siedmiu Kotów. Jej bohaterem był oficer radziecki, któremu ja sprzedaję Polskę i pytam: „Zapakować, czy na miejscu?”. Ale nie przeszłoby to przez cenzurę. Wtedy Eile zaproponował, żebym napisał dla nich wspomnienia z mojej wojennej tułaczki na Wschodzie. Zacząłem więc pisać, tak specjalnie pod „Przekrój”, ale czułem się w obowiązku pokazać to opowiadanie mojemu przełożonemu w „Żołnierzu Wolności”. Miałem nadzieję, że to odrzucą i zadebiutuję w „Przekroju”. Tymczasem oni powiedzieli: „Świetne, drukujemy!”. I w ten sposób nie zrobiłem kariery... (śmiech).

To był pierwszy rozdział Twojego literackiego debiutu, książki „Kijów-Taszkient-Berlin”?

Miałem już opublikowanych dziewięć odcinków-rozdziałów, kiedy Ksawery Pruszyński przyjechał do Polski. Wspiął się na piąte piętro do naszej redakcji w Krakowie, żeby mnie poznać. Powiedział: „Musi pan z tego zrobić książkę”. A ja wtedy ośmieliłem się go zapytać, czy nie napisałby do niej przedmowy. Odpowiedział: „Z miłą chęcią”. I stało się, zadebiutowałem. To był grudzień 1946 roku, kiedy wręczył mi, tuż przed Nowym Rokiem, przedmowę u Maurizia przy kawie i ciastku marcello.

Jak wybierasz tematy do swoich powieści?

Ja nie wybieram, tematy mnie wybierają. Postaci domagają się, żeby je uruchomić, opisać, stworzyć. Jeśli autor się przed tym powstrzymuje, to obrońcy życia powinni zaprotestować. Bo autor nadaje życie swoim bohaterom. Zawsze miałem o czym pisać! Nigdy nie było z tym problemu. Zdarzało się natomiast, że byłem namawiany do napisania książki na jakiś konkretny temat, kiedy wydawca, na przykład Wiesław Uchański, zaprzyjaźniony dyrektor „Iskier”, spostrzegał, że mam coś nowego do powiedzenia. Tak powstały między innymi „Błazen – wielki mąż” o Tadeuszu Boyu-Żeleńskim i „Mój przyjaciel król” o Stanisławie Auguście Poniatowskim.

Co uważasz za swój największy literacki sukces?

Uważasz, że miałem sukcesy...? Bardzo trudno mi mówić o tym. Powiem coś banalnego. Największym moim sukcesem jest garstka czytelników i to nie byle jakich, bo rozumiejących i przejmujących się. Kiedy Jan Brzechwa przeczytał moje „Bicie po twarzy” powiedział: „Koledzy panu tego nigdy nie wybaczą. Za dobre”. Aż mnie ciarki przeszły. Ale muszę powiedzieć, że niektórzy koledzy wybaczyli.

Jakie miałeś rekordowe nakłady swoich książek?

Książeczki „Przeciw diabłom i infamisom” były wydane po pięćdziesiąt tysięcy egzemplarzy każda, potem kilkakrotnie wznawiane, już pod tytułem „Przypadki starościca Wolskiego”.

Kilkanaście Twoich powieści i opowiadań zostało sfilmowanych. Co sądzisz o tych realizacjach?

Nie z każdego filmowania jestem zadowolony. Niektóre moje książki zostały na taśmie filmowej zniszczone. Podoba mi się „Krzyż Walecznych”, „Bokser i śmierć” (film słowacki, nagroda w San Francisco), są specjaliści, którzy bardzo cenią ekranizację „Nikt nie woła” (ja mam szereg zastrzeżeń), powieść czekała na wydanie 33 lata. Wiem, że dziś bardzo popularnym filmem jest „Prawo i pięść” według „Toastu”. Uważam, że jednym z najlepszych filmów według mojej prozy jest „Kwiecień”. Oglądałem go niedawno i wydał mi się bardzo odważny. Wymienię jeszcze film „Don Gabriel”, ze wspaniałą rolą Bronisława Pawlika. Mam też na koncie dwa udane seriale. Jeden na podstawie prozy Zbigniewa Uniłowskiego pod tytułem „Życie Kamila Kuranta”, a drugi to „Królewskie sny”. Kiedy powiedziałem w Czytelniku Guciowi Holoubkowi, że piszę dla niego rolę Jagiełły, zawołał: „Zwariowałeś!”. Kiedy skończyłem scenariusz, powiedział: „Daj przeczytać”. Potem tak dobrze o nim mówił w kawiarni, że niechętna mi redaktorka o mało nie dostała zawału.

Obserwujesz życie literackie sam w nim uczestnicząc od kilkudziesięciu lat. W jaki sposób ono się zmieniło?

Nie mogę wypowiadać się na temat tego co jest teraz, bo nie czytam współczesnej prozy. Oczywiście orientuję się w niej trochę, bo czytam recenzje, polemiki. Nazwiska znam, ale niestety nie mam czasu, żeby ich książki czytać. Oni moich chyba też nie. Nie zostało mi już wiele czasu, a mam jeszcze bardzo dużo do zrobienia. A to wszystko nie jest takie proste, bo papier mnie już nie nęci tak jak kiedyś.

Wydawnictwo MG wznowiło właśnie Twoją powieść sprzed 25 lat „Odejście Afrodyty”. To love story. Czy to jest Twoja historia?

Jak to w powieści, wszystko jest tam pomieszane, cudze doświadczenia z moimi, głównie zaś z fikcją. Pewne cechy mojej żony Reny udzieliłem aż trzem postaciom, ale raczej tym drugorzędnym. Byliśmy ze sobą sześćdziesiąt siedem lat. To jest jednak książka o czym innym, o psychologii bycia porzuconym i walce ze swoją pamięcią. O tym, jak trudno zerwać przyjaźń, miłość, związek. Książka miała w latach dziewięćdziesiątych doskonałe recenzje i wielu czytelników. Jeden z wybitnych, niezawodowy krytyk, nazwał ją nawet moim opus magnum. Podkreślał wartość tła, na którym zmagania miłosne się toczą: ekonomicznego, politycznego –tła, które przechodzi z tą książką do historii. Mam nadzieję, że w XXI wieku, mimo tego, że przeżywamy teraz takie trudne czasy, ta powieść też przemówi.

Z pewnością! Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Marzena Mróz

Zdjęcia w wywiadzie pochodzą z prywatnego archiwum Józefa Hena.

Artykuł powstał we współpracy z Fundacją Legalna Kultura. Fundacja prowadzi Bazę Legalnych Źródeł, która daje dostęp do zasobów kultury zgodnie z prawem i wolą twórców. Zobacz >>>