statystyki

Cenzura obyczajowa, piractwo i darmowe hity w internecie. Co się stało z polską branżą muzyczną?

autor: Konrad Wojciechowski06.07.2019, 13:00; Aktualizacja: 06.07.2019, 18:33
tłum, koncert, zgromadzenie, impreza masowa

Może za kilka lat zawód muzyka przestanie istnieć? Piosenka kiedyś oddziaływała tekstem i muzyką, dziś ma robić wrażenie brzmieniem i klimatemźródło: ShutterStock

Cenzura obyczajowa, piractwo fonograficzne i darmowe hity w internecie – to tylko niektóre plagi, jakie nawiedziły polski rynek muzyczny w ciągu ostatniego trzydziestolecia.

T rudno dokładnie wskazać moment, kiedy polska branża muzyczna przestawiła się na wolnorynkowy sposób myślenia o rozrywce. Nie stało się to na pewno 4 czerwca 1989 r., już raczej 4 lutego 1994 r., kiedy zaczęła obowiązywać ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Przynajmniej w teorii artyści zaczęli zarabiać na rozpowszechnianiu własnej twórczości.

W muzyce czuło się wiatr odnowy. Wracający po 10 latach milczenia Perfect nie śpiewał już więcej na koncertach: „Chcemy bić ZOMO”, ale w tytułach piosenek z nowej płyty „Jestem” (1994 r.) przekonywał, że to „Całkiem inny kraj”, choć „Oddech Rosji” ciągle możemy czuć na plecach.

Rynek zaczął się stopniowo cywilizować i komercjalizować. Zniesiono cenzurę, ale nadal obowiązywały tematy tabu. Rosła sprzedaż płyt, choć kwitł handel nielegalnymi nagraniami. Do gry weszły zachodnie firmy fonograficzne, lecz druga w konkursie Eurowizji w 1994 r. Edyta Górniak nie zrobiła światowej kariery. W dobie internetu muzyki można słuchać za darmo, ale tracą na tym twórcy.

Patrząc na ostatnie 30 lat, na polskiej scenie muzycznej widać, że transformacja nie wszystkim wyszła na dobre.

Piractwo stadionowe

Przejście od socjalizmu do kapitalizmu dawało szerokie pole do nadużyć. Bo koniec państwowego monopolu oznaczał wolnoamerykankę zdominowaną przez wyjętych spod prawa biznesmenów. Tak narodziło się piractwo fonograficzne.

– Debiutancki album Big Cyca „Z partyjnym pozdrowieniem” rozszedł się w nakładzie około miliona kaset magnetofonowych, wliczając w to nielegalny obrót. To były czasy upadających pegeerów i okradanych artystów. Dziś traktuję to jako wkład Big Cyca w ponoszenie kosztów z tytułu przekształceń własnościowych w Polsce – komentuje gorzko Krzysztof Skiba, frontman kapeli.

Popyt na muzykę rósł z prędkością światła. Był boom na kasety, których – w przeciwieństwie do płyt gramofonowych – dało się słuchać na walkmanach. Ale technologia szła naprzód i zaraz pojawiły się płyty kompaktowe. Na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie jedno CD z nielegalnie skopiowaną muzyką kosztowało 10 zł. W sklepach płyty były drogie; nie tylko nowości kosztowały średnio po 50 zł albo i więcej.

– To efekt presji wywieranej przez zachodnie centrale dużych wytwórni, które bały się wypływu z naszego kraju tanich kompaktów. Jednak płyty sprzedawały się wtedy najlepiej w historii. Piractwo też funkcjonowało w najlepsze. Stadion sprawiał problemy, ale w momencie premier ważnych artystów szło się z policją do trzech czy czterech stadionowych paserów i na jakiś czas udawało się zastopować bezprawny proceder – wspomina Stanisław Trzciński, promotor koncertowy i szef STX Music Solutions, a wtedy dyrektor repertuarowy i artystyczny Universal Music Polska.

Artyści walczyli z piractwem, jak mogli. Jeszcze w 2000 r. Zbigniew Hołdys na solowej płycie „Hołdys.com” nagrał dla fanów wiadomość: „Jeśli kupiłeś tę płytę od piratów, okradłeś mnie, moją rodzinę i przyjaciół, z którymi ją nagrałem”.

Marek Kościkiewicz, współzałożyciel zespołu De Mono, też zderzył się na początku lat 90. z kapitalizmem z nieludzką twarzą. Za pierwsze koncerty zespół nie zobaczył ani grosza. Po sukcesie debiutanckiej płyty „Kochać inaczej” Kościkiewicz poszedł do Polskich Nagrań negocjować wydanie kolejnego albumu „Oh Yeah!”. Na miejscu usłyszał, że firmy nie stać na sfinansowanie nagrań, zaprojektowanie plakatów i nakręcenie teledysków. A płyta, koncert a zwłaszcza klip to był wówczas pakiet wizerunkowy każdego marzącego o karierze zespołu. Programy „Muzyczna Jedynka” czy „Lalamido” emitowały mnóstwo wideoklipów, a posiadacze telewizji kablowej czy satelitarnej oglądali najpopularniejszą na świecie stację muzyczną MTV, gdzie podpatrywano zachodnie trendy.

– Postanowiłem więc zadziałać na własny rachunek – opowiada Kościkiewicz. – Miałem firmę Zic Zac, wykonującą usługi graficzne. Najpierw sprowadzałem z niemieckiej fabryki kompakty, 500 sztuk, i szukałem w Polsce dystrybutorów. Do mojej hurtowni przychodzili właściciele małych sklepów muzycznych i sprzedawali CD z muzyką De Mono.

Przy okazji wypowiedziano wojnę piratom. Zic Zac wymyślił hologramy naklejane na płyty i kasety, co miało uświadamiać klientom, że zakupiony produkt jest oryginalny. Firma ugruntowała pozycję na rynku – w trudnym dla artystów pionierskim kapitalizmie wydawała, oprócz De Mono, wielu czołowych wykonawców, m.in. Kult, Elektryczne Gitary, Stanisława Sojkę, Kayah czy Varius Manx.


Pozostało jeszcze 76% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Komentarze (2)

  • "eksperci" jak zwykle(2019-07-07 15:35) Zgłoś naruszenie 70

    Co się dziwić, że piractwo kwitło, skoro wydawcy życzyli sobie za swoje wyroby astronomicznych cen w stosunku do możliwości nabywczych społeczeństwa. Pamiętam na początku lat 90-tych wypowiadał się w gazecie amerykański ekspert, który radził, żeby obniżyć ceny i zwiększyć jakość, tak aby konkurencją załatwić piratów. No ale tutejsi biznesmeni lepiej się znali na kapitalizmie i postanowili zwiększyć ceny. Efektem było kilkanaście lat pirackiego eldorado, z którego twórcy nie mieli ani grosza.

    Odpowiedz
  • As(2019-07-07 08:21) Zgłoś naruszenie 30

    Nie słucham polskich "tfurcuf" sam se gram i śpiewam

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie