Już rządy w II RP przekonały się, że Polska jest dla Amerykanów krajem wartym uwagi tylko wtedy, kiedy da się na tym zarobić
Magazyn DGP 6 września / Dziennik Gazeta Prawna
Zacieśnianie przyjaźni polsko-amerykańskiej przebiegało w ostatnich miesiącach bardzo intensywnie. W połowie czerwca w Waszyngtonie prezydenci Andrzej Duda i Donald Trump podpisali porozumienie w sprawie zwiększonej obecności wojsk USA na terytorium RP. Polski przywódca reklamował je jako wydarzenie „przenoszące nas do innej epoki”. Dokument gwarantuje, że stacjonujące u nas siły USA zostaną na stałe powiększone o tysiąc żołnierzy. Co ma odstraszać potencjalnego agresora, czyli Rosję. Minął miesiąc i do gazoportu w Świnoujściu wpłynął ogromny metanowiec „Oak Spirit”, przewożący pierwszą dostawę skroplonego gazu ziemnego LNG. W ten sposób rozpoczęła się realizacja kontraktu zawartego na 24 lata przez PGNiG i amerykańską kompanię Cheniere Marketing International. W połowie sierpnia pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej Piotr Naimski ogłosił, że Gazprom nie ma co liczyć na przedłużenie wygasającej za dwa lata umowy. Po dekadach przepłacania za dostawy gazu z Rosji i lęku, że nagle zostaną one wstrzymane, Polska znalazła sobie nowego dystrybutora.
Reklama
Podobnie rzecz się ma z zakupami sprzętu militarnego. Warszawa chce nabyć od Amerykanów 32 ultranowoczesne myśliwce piątej generacji F-35 i system antyrakietowy „Patriot”. W kolejce czekają decyzje o zakupie nowych śmigłowców szturmowych i wielozadaniowych. Trwają też rozmowy o współpracy przy rozwoju sieci 5G, choć na jej instalowanie u nas wielką chrapkę mieli Chińczycy. Pojawił się jednak jeden mały zgrzyt. Donald Trump bez wahania odwołał podróż do Polski, nie oglądając się na to, jak ważna dla Warszawy była jego obecność podczas obchodów 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Klęska żywiołowa na Florydzie i notowania u rodzimych wyborców okazały się ważniejsze. Trump zbierał siły do walki z huraganem na polu golfowym, co potwierdziło starą regułę, że dla Amerykanów przyjazne relacje z innym krajem to rzecz istotna – no, chyba że na horyzoncie pojawi się jakiś istotniejszy interes.

Reklama

Piękna twarz Ameryki

„Obiecałem Paderewskiemu, że nie ustanę w wysiłkach o poprawę losu Polski, aż do momentu, gdy nie będę mógł posunąć się dalej lub gdy osiągnę sukces” – zanotował w dzienniku pod datą 18 listopada 1915 r. doradca Thomasa Woodrowa Wilsona, prezydenta USA, Edward Mandell House. Nasz wielki pianista, który od lat nie ustawał w próbach zainteresowania Amerykanów polskimi aspiracjami, usłyszawszy taką obietnicę, nie krył wzruszenia. „Wziął obie moje dłonie w swoje i powiedział: «Niech Bóg pana błogosławi», a do oczu napłynęły mu łzy” – zapamiętał Mandell House.
Wysiłki wpływowego współpracownika prezydenta przyniosły efekt. Najpierw 22 stycznia 1917 r. przywódca USA w swoim dorocznym orędziu w Kongresie, mówiąc o prawie do samostanowienia narodów, podkreślił, że: „winna istnieć zjednoczona, niepodległa i autonomiczna Polska”. Rok później – 8 stycznia 1918 r. – przedstawił 14-punktowy program pokojowy. W punkcie 13. zadeklarował konieczność „stworzenia niepodległego państwa polskiego na terytoriach zamieszkanych przez ludność bezsprzecznie polską, z wolnym dostępem do morza”. Premierzy Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch dopiero na początku czerwca 1918 r. podpisali oświadczenie potwierdzające, że jest to „jeden z warunków trwałego i sprawiedliwego pokoju oraz panowania prawa w Europie”.
Wprawdzie podczas konferencji pokojowej w Wersalu Waszyngton nie angażował się zbytnio w popieranie postulatów polskiej delegacji, ale Amerykanie nadal dostarczali jej wielu powodów do wdzięczności. W lutym 1919 r. do oblężonego przez Ukraińców Lwowa dotarła pomoc z USA, zorganizowana przez kpt. Meriana C. Coopera. „Po paru dniach ciężkich walk udało nam się otworzyć połączenie kolejowe i drogowe, przewiozłem więc mąkę i żywność” – wspominał pilot wojskowy. Ujęło go też bohaterstwo lwowian. „Wypełniając swoją misję, widział, jak Polacy walczą z uzurpatorami każdą bronią, jaka im wpadła w ręce. Wysłuchiwał także opowieści o bezprzykładnej odwadze kobiet i dziewcząt, o sławnej Legii Akademickiej, o inwalidach i starcach, którzy dzielnie przeciwstawiali się Ukraińcom. Nieugięta wytrwałość tych źle wyposażonych, niedożywionych i luźno zorganizowanych patriotów wywarła ogromne wrażenie na amerykańskim kapitanie, który poczuł, że musi zrobić dla sprawy polskiej coś więcej” – opisują Robert F. Karolevitz i Ross S. Fenn w książce „Dług honorowy”. Dzięki znajomości z gen. Tadeuszem Rozwadowskim kpt. Cooper wkrótce został przedstawiony marszałkowi Piłsudskiemu. „Zaproponowałem mu, że natychmiast złożę dymisję z Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych i wstąpię do polskich wojsk lotniczych” – pisał w swoim dzienniku amerykański pilot. „Naczelnik jednej rzeczy nie zrozumiał. Myślał, że chcę dla pieniędzy zostać najemnikiem. Skoczyłem na równe nogi i powiedziałem, że nie przyjmę żadnego awansu, o ile nie zapracuję na niego w bitwie, i że nigdy nie przyjmę ani centa więcej uposażenia ponad to, jakie otrzymują polscy oficerowie. Palące, przenikliwe spojrzenie Naczelnika spoczęło na mnie przez moment, po czym wstał i uścisnął mi dłoń” – wspominał Cooper. Po otrzymaniu błogosławieństwa Piłsudskiego kapitan szybko ściągnął z Paryża swojego frontowego towarzysza broni Cedrica E. Fauntleroya, a następnie kolejnych amerykańskich lotników. Wspólnie stworzyli 7. eskadrę myśliwską im. Tadeusza Kościuszki. Waleczność 20 pilotów z USA podczas wojny z bolszewicką Rosją stała się legendą. Zwłaszcza moment, gdy ich samotne ataki z powietrza powstrzymywały w czerwcu 1920 r. ofensywę armii konnej Siemiona Budionnego, ratując przed okrążeniem wycofujące się z Kijowa polskie wojska. W maju 1921 r. Józef Piłsudski osobiście udekorował Amerykanów z 7. eskadry orderem Virtuti Militari i zaoferował im majątki ziemskie, by mogli osiąść w Polsce. Piloci woleli jednak wracać do ojczyzny.

Ofensywa filantropów

Niedługo potem polskie społeczeństwo z wielką aprobatą przyjęło nadanie przez Sejm tytułu honorowego obywatela Rzeczpospolitej bliskiemu współpracownikowi prezydenta Wilsona – Herbertowi Hooverowi. Podczas I wojny światowej ten bogaty doradca koncernów surowcowych zajął się zarządzaniem dystrybucją amerykańskiej pomocy humanitarnej dla mieszkańców Europy. Jego rola została sformalizowana w listopadzie 1918 r., gdy prezydent Wilson mianował go dyrektorem nowo powstałej Amerykańskiej Administracji Pomocy (American Relief Administration). Za sprawą Hoovera jednym z największych beneficjentów ofensywy humanitarnej USA stała się II RP. „Wkroczyłem do Polski ze swoją armią” – notował we wspomnieniach szef ARA, opisując swój przyjazd do Warszawy w styczniu 1919 r.
Wkrótce pracujący dla niego pułkownicy William R. Grove i Vernon Kellogg zajęli się nadzorowaniem rozładunku statków z USA, które zawijały do Gdańska. Dostarczona przez nie żywność wypełniła po brzegi 16 tys. wagonów towarowych oraz 550 barek, które miały dotrzeć do najodleglejszych części Rzeczpospolitej. Pierwszy transport przebił się do Lwowa za sprawą kolejnej brawurowej akcji kpt. Meriana Coopera. W ciągu następnego roku dzięki ARA utworzono na terenie Polski 6 tys. jadłodajni wydających darmowe posiłki najbiedniejszym. Żywność z USA regularnie dostawało też ponad 300 tys. polskich dzieci z najuboższych rodzin. Bez tego nie udałoby się zapobiec klęsce głodu podczas wojny z bolszewicką Rosją.
Amerykanie pomogli też Polsce walczyć z szerzącą się wtedy w Europie epidemią tyfusu. American Relief Administration zorganizowała ok. 5 tys. przewoźnych łaźni oraz kilkadziesiąt mobilnych stacji dezynfekcyjnych. Obsługiwały je setki lekarzy, którzy przybyli z USA, aby uczyć polskich medyków, jak przeciwdziałać tyfusowi.
Dzięki dezynfekcjom oraz wyeliminowaniu wszawicy udało się powstrzymać epidemię i uratować życie dziesiątkom, a może nawet setkom tysięcy ludzi. Oprócz żywności i lekarstw do spustoszonej przez wojnę Polski płynęły też amerykańskie pieniądze. 29 grudnia 1920 r. Hoover zorganizował w nowojorskim Waldorf-Astoria Hotel „Obiad nieobecnego gościa”, na który zaprosił tysiąc najbogatszych Amerykanów. Gościom zaserwowano małą porcję ryżu i ziemniaków oraz kakao wraz z informacją, że jest to dzienna racja żywieniowa polskiego dziecka. Tamtego wieczoru multimilionerzy przekazali na zakup jedzenia dla małoletnich zza oceanu 3 mln dol. Następnego dnia syn niegdyś najbogatszego człowieka świata – John D. Rockefeller junior – dorzucił od siebie jeszcze 2 mln dol. Zebrana kwota pozwoliła na ufundowanie polskim dzieciom ponad 22 mln obiadów. Nic dziwnego, że Piłsudski wysłał Hooverowi depeszę z podziękowaniami.
Na tym nie skończyła się amerykańska hojność. „Do końca 1920 r. Polska otrzymała zagraniczną rządową pomoc finansową równą kwocie 272 mln dol.” – szacują w monografii „Polska w Europie i świecie 1918–1939” Jerzy Tomaszewski i Zbigniew Landau. „Ogromną większość kredytów udzieliły Stany Zjednoczone Ameryki” – dodają. Gdyby nie pomoc USA, II RP mogłaby nie przetrwać pierwszych dwóch lat niepodległości. Ale gdy już młode państwo trochę okrzepło, amerykański kurek z pieniędzmi został zakręcony. Relacjami między krajami zaczęły rządzić zimne kalkulacje i interesy.

Nie ma darmowych kredytów

„Rządy w Polsce, niezależnie od swego oblicza politycznego, dążyły do przyciągnięcia kapitałów zagranicznych do Polski. Przecież nie czemu innemu Niemcy zawdzięczały swój nadzwyczajny rozwój gospodarczy po pierwszej wojnie światowej” – zapisał w swoich wspomnieniach „Żywy Lewiatan” Andrzej Wierzbicki, poseł i współzałożyciel Centralnego Związku Polskiego Przemysłu, Górnictwa, Handlu i Finansów. W połowie lat 20., podobnie jak większość polityków i działaczy gospodarczych, pokładał on wielkie nadzieje w amerykańskich finansistach. Zwłaszcza że za zachodnią granicą w 1924 r. rozpoczęto realizację planu Dawesa, w ramach którego zwycięskie mocarstwa zgodziły się ograniczyć kwotę reparacji wojennych nałożonych na Niemcy, a Stany Zjednoczone udzieliły na ich spłatę kredytów w wysokości ok. 200 mln dol. Plan, zaproponowany przez doświadczonego biznesmena i przedstawiciela USA w Alianckiej Komisji Reparacyjnej Charlesa Gatesa Dawesa, miał szybko postawić na nogi trawioną kryzysem gospodarkę Republiki Weimarskiej. Za swoje wysiłki amerykański przedsiębiorca otrzymał w 1925 r. Pokojową Nagrodę Nobla i ofertę posady wiceprezydenta u boku Johna Calvina Coolidge’a.
W tym samym czasie polska gospodarka przeżywała bardzo podobne trudności co niemiecka: brak kapitału i hiperinflacja podważająca zaufanie do rodzimej waluty. Szansę na szybkie wyjście z kryzysu dawała duża pożyczka stabilizacyjna. Ale w przeciwieństwie do Niemiec Polski nie postrzegano jako atrakcyjnego miejsca do inwestowania. Udzielenia kredytu odmówiły rządy Francji i Wielkiej Brytanii.
Premier Władysław Grabski dostał jednak niespodziewaną ofertę zza Atlantyku: w listopadzie 1924 r. współwłaściciel nowojorskiego banku Dillon, Read & Co. Clarence Dillon zaproponował Warszawie pożyczkę w wysokości 50 mln dol. Rzecz zakrawała niemal na cud. „W jego decyzji zrobienia pożyczki dla Polski odegrał niemałą rolę sentyment. Odwiedził bowiem nie tylko Warszawę, ale groby przodków w Wyszkowie nad Narwią” – tak to tłumaczył Feliks Młynarski, bliski współpracownik premiera Grabskiego. Okazał się jednak bardzo naiwny i dopiero warunki postawione przez Dillona sprowadziły go na ziemię. Oprócz paskarskiego wręcz oprocentowania, wynoszącego 8 proc. w skali roku, bankier zażądał od polskiego rządu rezygnacji z emisji swoich obligacji na rynku USA. Ten punkt umowy oznaczał właściwie uzależnienie II RP od jednego amerykańskiego banku, bo żadna instytucja finansowa w Europie nie była zainteresowana kredytowaniem Polski. Grabski, tocząc nieustanny bój o utrzymanie wiarygodności złotego, znajdował się pod ścianą. Umowę więc parafowano, po czym Dillon, Read & Co. wypłacił Warszawie… 35 mln dol. A do tego zmusił ją do odkupienia wyemitowanych już obligacji na kwotę 7,5 mln dol. W efekcie strona polska miała do dyspozycji jedynie 27,5 mln dol. Amerykański bankier wstrzymał wypłatę reszty obiecanej sumy. „W literaturze polskiej przyjął się pogląd, że brak drugiej transzy pożyczki dillonowskiej był efektem zakulisowych działań banków i polityków niemieckich, grających na międzynarodowe zdyskredytowanie Polski i jej gospodarcze osłabienie” – pisze w monografii „Feliks Młynarski 1884–1972” Tomasz Głowiński. „Młynarski był jednak zdania, że zablokowały ją głównie czynniki natury obiektywnej, a mianowicie fiasko emisji obligacji wypuszczonych w pierwszej transzy pożyczki. Obligacje te na rynku amerykańskim gwałtownie spadły poniżej kursu emisyjnego, powodując dla Banku Dillon, Read & Co. obniżenie jego płynności” – dodaje.
Aby podbić wartość papierów dłużnych, Dillon odkupił od inwestorów ich część na sumę 5,5 mln dol. Jednak większych wydatków już nie planował. Zdesperowany Grabski wyprawił Feliksa Młynarskiego, dopiero co mianowanego zastępcą prezesa Banku Polskiego, w podróż do Nowego Jorku, ale na nic się to zdało. Clarence Dillon nawet nie chciał z nim rozmawiać. Młynarski udał się więc po prośbie do Herberta Case’a, wiceprzewodniczącego nowojorskiego Banku Rezerw Federalnych (najważniejszej instytucji w amerykańskim systemie banków centralnych). Ten dał się ubłagać i na ustabilizowanie złotego obiecał pożyczyć 10 mln dol.
Szef Case’a Benjamin Strong mógł jeszcze zmienić tę decyzję. Wiceprezes Banku Polskiego wsiadł więc na pierwszy statek płynący do Londynu, gdzie bawił wówczas amerykański bankowiec. A konkretnie przebywał w gościnie u gubernatora Banku Anglii Montagu Normana. Przed udaniem się do jego biura Młynarski kupił cylinder, bojąc się, że bez tego nie zostanie wpuszczony. Dwaj najważniejsi ludzie światowych finansów przyjęli Polaka 29 sierpnia 1925 r. Początkowo było bardzo uprzejmie. Atmosfera popsuła się podczas kolacji, gdy Młynarski nieopatrznie skrytykował ekonomiczne teorie Johna Maynarda Keynesa. Gubernator Banku Anglii nie zdołał przełknąć takiej impertynencji wobec sławnego brytyjskiego ekonomisty. W odpowiedzi oznajmił, że „korytarz pomorski” jest nienaturalnym rozwiązaniem, a cały przebieg granicy zachodniej Polski powinien zostać zrewidowany na korzyść Niemiec. Na koniec nawiązał do panującej tam biedy, mówiąc, że „pechem Polski jest bycie zamieszkiwaną przez Polaków”. Zdominowany przez rozmówców Młynarski słabo oponował, ciesząc się z obietnicy Benjamina Stronga, że nie wstrzyma podwyżki. Szef Banku Rezerw Federalnych od razu zapowiedział jednak, że na żadne kolejne Warszawa nie powinna liczyć, dopóki nie przedstawi całościowej koncepcji naprawy gospodarki oraz nie wyrazi zgody na „międzynarodowy nadzór nad planem stabilizacyjnym”.

Znienawidzony doradca

Całkowite odcięcie od kredytów nastąpiło w najgorszym dla Warszawy momencie. Latem 1925 r. Republika Weimarska wszczęła wojnę gospodarczą, blokując eksport węgla z Górnego Śląska i nakładając wysokie cła na wszystkie produkty z Polski. Niedługo po spotkaniu Młynarskiego ze Strongiem ostatecznie załamał się kurs złotego. Deprecjacji waluty towarzyszył bankowy krach. Kiedy kolejne banki na terenie II RP ogłaszały upadłość, pozbawione dostępu do kredytów firmy szybko szły w ich ślady. W końcu upadł też rząd Grabskiego. Nowy premier Aleksander Skrzyński zgodził się na warunki Stronga i pod koniec grudnia 1925 r. do Polski przybyła grupa amerykańskich ekspertów gospodarczych z prof. Edwinem Kemmererem na czele. Naukowiec z Uniwersytetu Princeton zdobył sobie renomę specjalisty od spraw beznadziejnych, prowadząc audyty państw Ameryki Południowej dla banków J.P. Morgan & Co. oraz Dillon, Read & Co. Po dwóch wizytach w Polsce prof. Kemmerer sporządził raport zawierający zalecenia, bez których spełnienia rząd w Warszawie nie mógł liczyć na kredyt stabilizacyjny. Ekspert proponował m.in. komasację sektora bankowego oraz likwidację wszelkich przepisów blokujących „wywóz monet złotych, złota w sztabach, jak również zagranicznych walut papierowych”. Łatwo można było dostrzec, że liberalizacja miała na celu ułatwienie życia zagranicznemu kapitałowi, który chciał prowadzić inwestycje na terenie Polski, a następnie swobodnie czerpać z nich zyski. Skrzyński zapewne przystałby na te warunki, lecz jego rząd upadł. A gdy swój gabinet formował Wincenty Witos, 12 maja 1926 r. zamach stanu przeprowadził Józef Piłsudski.
Marszałkowi szczęście sprzyjało i niedługo po tym, jak przejął władzę, koniunktura gospodarcza w Europie zaczęła się szybko poprawiać. Towary z II RP zdobyły nowe rynki zbytu i uzyskano nadwyżkę w handlu zagranicznym. Efekty przyniosła też restrukturyzacja banków. Pomimo dużo lepszej sytuacji gospodarczej rokowań z Amerykanami nie zerwano. Prowadził jej nadal Feliks Młynarski, wspierany przez nowego ministra skarbu Gabriela Czechowicza. Gdy część zaleceń prof. Kemmerera wcielono w życie (za aprobatą Benjamina Stronga), Bankers Trust and Blair pożyczył Polsce 71,7 mln dol. Warunki kredytu zatwierdził specjalnym dekretem prezydent Ignacy Mościcki 13 października 1927 r. Większość pozyskanej sumy przeznaczono na powiększenie kapitału zakładowego Banku Polskiego i wykupienie obligacji rządowych, co umożliwiło rolowanie długu państwowego. W tym samym dekrecie Mościcki zaaprobował jako specjalnego członka Rady Banku Polskiego pracownika Departamentu Skarbu USA Charlesa S. Deweya. Dzięki swoim uprawnieniom ten były bankier mógł ściśle kontrolować, na co przeznaczana jest pożyczka stabilizacyjna. Co kwartał Dewey przygotowywał też raport opisujący stan polskiego państwa i gospodarki. Dokument miał olbrzymi wpływ na zachowanie zagranicznych inwestorów, kursy akcji na giełdzie oraz wartość rządowych obligacji. „Szkoda tylko, że rząd tak mocny i – zdaniem jego zwolenników – tak w świecie popularny, nie miał tyle szczęścia i powodzenia, by nas od tej wysoce przykrej i niebezpiecznej opieki uwolnić. Jedynie państwa w wojnie światowej pokonane i rozgromione musiały tę opiekę przyjąć” – sarkał na łamach socjalistycznego „Robotnika” Herman Lieberman, adwokat i jeden z przywódców PPS.
Co ciekawe, w „Gazecie Warszawskiej” wtórował mu endek Adolf Nowaczyński, pisząc, że poczyniono „ustępstwo olbrzymie z naszej suwerenności”. Na zarzuty opozycji rządzący odpowiadali, że Polska zyskała doradcę znakomicie obeznanego z tym, jak należy zarządzać sektorem finansowym. Amerykańską kontrolę nad polskim bankiem centralnym i de facto całym systemem bankowym tolerowano do 1931 r. W międzyczasie również wśród polityków sanacji po cichu zachodziły zmiany w podejściu do Stanów Zjednoczonych oraz robienia interesów z amerykańskimi finansistami. Dawny bezkrytyczny zachwyt zastąpiła głęboka nieufność. Na cenzurowanym znalazł się nawet Averell Harriman, właściciel działającego w Polsce koncernu Anaconda Copper Mining. Podejrzenia zaczęły wzbudzać jego bliskie związki z przemysłowcami z Republiki Weimarskiej: obawiano się, że przejmując przedsiębiorstwa na Górnym Śląsku, faktycznie oddaje je w niemieckie ręce. Z tego względu odrzucono ofertę Harrimana, gdy ten proponował polskiemu rządowi program całościowej elektryfikacji kraju. Jednym z warunków Amerykanina było zagwarantowanie jego korporacji monopolu na dostawy prądu do najbardziej uprzemysłowionych regionów RP na 60 lat, przeciwko czemu zaczęli protestować w 1929 r. polscy przemysłowcy. „Resort Robót Publicznych w gabinecie pułkownika Sławka objął minister Matakiewicz, który na interpelację w komisji budżetowej Sejmu oświadczył, że jest zwolennikiem elektryfikacji, ale nie za wszelką cenę” – zapisał we wspomnieniach Andrzej Wierzbicki. „Sprawa koncesji Harrimana upadła” – dodawał. Niedługo potem wybuchł Wielki Kryzys i przytłoczeni własnymi problemami Amerykanie zupełnie stracili zainteresowanie Polską. Uznali ją za kraj niewart uwagi, skoro tak trudno tam na czymkolwiek zarobić.