statystyki

Młodzi polscy jazzmani mają talent i renomę, ale czy mają dla kogo grać?

autor: Konrad Wojciechowski20.07.2019, 16:00
jazz

Prawdziwym poligonem doświadczalnym są koncerty. I zarazem testem, czy ktokolwiek tej muzyki chce słuchać. Kłopot w tym, że ubywa miejsc, gdzie przychodzą ludzie, aby rozkoszować się jazzem. – Blue Note w Poznaniu, 12on14 w Warszawie, Jazz Cafe w Łomiankach, Papaya w Ełku, Teatr Stary w Lublinie – Marek Napiórkowski na palcach jednej ręki wylicza kluby, w których jazz nie jest jeszcze passé.źródło: ShutterStock

Stańko, Komeda czy Urbaniak mieli słuchaczy na całym świecie. Młodzi polscy jazzmani mają talent, renomę, ale czy mają dla kogo grać?

W środowisku jazzmanów krąży dowcip. Jeden z muzyków chwali się drugiemu: „Wydałem płytę”. „Super, a ile wydałeś?” – kolega pyta o nakład. „Niewiele – dom, samochód…” – słyszy w odpowiedzi. Przerysowane, ale jazzmanom, którzy nie mogą liczyć na tak liczne grono odbiorców jak muzycy grający pop, rap czy disco polo, nie jest do śmiechu. Chcąc się utrzymać na rynku, nagrywają płytę za płytą i koncertują, gdzie się da. Walka o przetrwanie miewa smutny finał: artysta daje koncerty, nie dostając honorarium.

Tak było w przypadku trasy „Polski Jazz 360 stopni”. Zaproszono artystów do klubów i domów kultury w całym kraju. Patronat nad wydarzeniem objęło Ministerstwo Kultury. Artyści wynegocjowali stawkę za konkretną liczbę występów, a mimo to część z nich nie otrzymała pieniędzy. Fundacja Polski Jazz tłumaczy, że zaległości wzięły się z nieprzyznania dotacji na drugą edycję projektu (mimo sukcesu ubiegłorocznej), a honoraria miały być pokrywane z ministerialnych środków. Koncerty zaczęły się na początku stycznia tego roku, choć decyzja, co z dofinansowaniem, nie przychodziła. Dopiero po wszystkim okazało się, że fundacja nie dostanie środków, o które wystąpiła. „Zapewniamy, że zaistniała sytuacja nie jest wynikiem nadużyć, a jedynie sprzężeniem niedoskonałości systemu grantowego oraz naszej naiwności” – czytamy w oświadczeniu.

Magazyn. Okładka. 19 lipca 2019

Magazyn. Okładka. 19 lipca 2019

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

– To niejedyna taka sytuacja w branży. Pewien klub zalega z płatnościami artyście za sześć koncertów, ale gdyby przyszło nowe zaproszenie, ten muzyk zagrałby tam po raz siódmy. Jazzmanom na scenie najbardziej szwankuje kręgosłup. Moralny kręgosłup. Jednocześnie mają mało pracy, więc godzą się na takie praktyki – komentuje jeden z menedżerów.

Polish happy jazz

Młodzi artyści wchodzą w trudną branżę. A jest ich na tyle sporo, że można już mówić o zalążku nowej sceny. Na jej nieformalnego lidera pasowano 24-letniego saksofonistę Kubę Więcka, który mieszkał i studiował w Danii, a za oszczędzone pieniądze jeździł m.in. do Londynu i Berlina, żeby grać z lokalnymi muzykami. Ton, timing i wyczucie rytmu szlifował, słuchając nagrań, zamiast czytać nuty – być może to go wyróżnia na tle muzyków o akademickich nawykach. – Lepiej umieć trochę mniej, a być bardziej kreatywnym – uważa Więcek, który stał się wschodzącą gwiazdą wznowionej przez Warner Music Polska kultowej serii „Polish jazz”. Komeda, Trzaskowski, Kurylewicz, Urbaniak, Namysłowski – to nazwiska stanowiące kiedyś o jej sile. Dziś może ich zastąpić m.in. Więcek. Mimo młodego wieku ma już na koncie dwie płyty – „Another Raindrop” i „Multitasking”. Krytycy doceniają łatwość, z jaką jego muzyka dryfuje od minimalizmu Steve’a Reicha do trip hopu spod znaku Massive Attack. Choć pojawiają się i takie głosy, że to mało odkrywczy „happy jazz”, łatwa muzyka do słuchania w radiu, nagrywana pod gusta szerokiego grona słuchaczy.


Pozostało jeszcze 81% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie