Pod hasłami wolności w internecie mobilizuje się młodych ludzi, by walczyli o korporacje - powiedziała PAP wokalistka Maria Sadowska. We wtorek Parlament Europejski będzie debatował nad projektem dyrektywy o ochronie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym.

Nowa dyrektywa UE ma zmienić zasady publikowania i monitorowania treści w internecie. Proponowane przepisy wzbudzają sporo kontrowersji. Przeciwnicy zmian ostrzegają przed "cenzurą w internecie" i końcem wolności w sieci. Natomiast zwolennicy nowych regulacji wskazują, że zmiana prawa jest konieczna, by chronić twórców i dostosować przepisy do rzeczywistości. Jak powiedział PAP wiceprzewodniczący Komisji Prawa Autorskiego, członek Stowarzyszenia Kreatywna Polska, mecenas Oskar Tułodziecki, pierwsze dyrektywy z 2001 r. wprowadziły nowy zakres ochrony utworów objętych prawem autorskim w sieci. Ponieważ była to era "raczkującego internetu" dyrektywa o handlu elektronicznym zawierała wiele zwolnień z odpowiedzialności dla internetowych start-upów, aby te mogły się rozwijać. Teraz, po 17 latach, niektóre z nich zmonopolizowały internet.

W rozmowie z PAP prawnik ze Stowarzyszenia Kreatywna Polska Paula Rossa, poinformowała, że "projekt dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowy wypracowany przez Komisję Prawną Parlamentu Europejskiego (Komisja JURI), był uzgodniony ze wszystkimi ugrupowaniami w Parlamencie Europejskim. Projekt ten, a właściwie mandat do dalszych negocjacji w trójstronnych rozmowach Komisji Europejskiej, Rady UE i Parlamentu Europejskiego, był głosowany na posiedzeniu plenarnym 5 lipca 2018 roku. Nie przeszedł on w całości do dalszej procedury, w związku z czym eurodeputowani mogli zgłaszać nowe propozycje brzmienia poszczególnych zapisów dyrektywy. Poprawki, których jest 252, europosłowie mogli zgłaszać do 5 września. 11 września na posiedzeniu plenarnym Parlamentu Europejskiego odbędzie się debata na temat dyrektywy, a w środę 12 września będą głosowane poprawki" - wyjaśniła.

Reklama

Dzienniki, w tym m.in. "Rzeczpospolita", "Dziennik Gazeta Prawna" i "Gazeta Wyborcza" opublikowały we wtorek list otwarty do członków Parlamentu Europejskiego, apelując o przyjęcie prawa chroniącego dziennikarzy i wydawców. Część gazet, chcąc zwrócić uwagę na problem wykorzystywania treści dziennikarskich, zostawiła pustą pierwszą stronę.

Według Członka Rady do Spraw Cyfryzacji przy Ministerstwie Cyfryzacji i prawnika Fundacji Nowoczesna Polska Krzysztofa Siewicza "największe kontrowersje wzbudza artykuł 13., który mówi, że należy przeciwdziałać udostępnianiu publikacji treści nieobjętych licencją".

Reklama

Jak wytłumaczył: "platformy musiałyby sprawdzać przed opublikowaniem przez użytkowników np. postów, filmów, muzyki, czy treści te są objęte licencją, którą platforma zawarła z danym wydawcą lub organizacją zbiorowego zarządzania. W przeciwnym wypadku, platforma blokowałaby udostępnianie tych treści".

"W związku z masowością publikowania różnych materiałów, platformy byłyby zmuszone do wprowadzenia systemu technicznego, który na zasadzie algorytmu badałby podobieństwo wrzucanych treści do sygnatury jakiegoś utworu muzycznego lub filmu" - wyjaśnił Siewicz.

Jego zdaniem, automat nie będzie w stanie sprawdzić, czy ktoś faktycznie narusza prawo autorskie. Jak wyjaśnił, "prawo autorskie uzależnia wiele rzeczy od kontekstu, a automaty nie radzą sobie z jego rozpoznawaniem". "Legalna jest np. publikacja fragmentu utworu, jeśli robię jego recenzję i go cytuję, albo nawet całości, jeżeli go np. parodiuję - oceniamy cel publikacji, a nie samą publikację" - dodał.

"Jeśli weryfikacją będzie zajmował się człowiek, to będzie to pracownik firmy, która prowadzi dany serwis" - powiedział Siewicz. "Będzie oceniał na podstawie wzorców, które dał mu inny prywatny podmiot, czyli wydawca lub organizacja zbiorowego zarządzania. Dając dwóm rodzajom prywatnych podmiotów kontrolę, nie ma gwarancji, że którykolwiek z nich zwróci uwagę na interes publiczny, np. prawo cytatu, przedruku, użytek edukacyjny" - wyjaśnił. "Firmie może się to po prostu nie opłacać" - podkreślił.

"W ten sposób wzmacniamy istniejącą już kontrolę nad tym, co użytkownicy mogą robić w internecie. Jest oczywiste, że należy wynagrodzić autorów, jednak system, który projektujemy, na starcie utrudnia korzystanie w dozwolony sposób. Pojawia się pytanie, jak to wpłynie na rozwój kultury" - dodał Siewicz.

Nie zgadza się z tym piosenkarka, reżyserka i producentka filmowa Maria Sadowska. Uważa, że "filtrowanie treści przez platformy i tak od lat ma miejsce". "Po wejściu w życie dyrektywy będzie ono miało na celu uzyskanie od platform dokładnych raportów o tym, jakie i czyje treści są na nich zamieszczane, tak aby uczciwie rozliczyć tantiemy przekazane przez platformy do Organizacji Zbiorowego Zarządzania" - powiedziała PAP.

Zdaniem Sadowskiej maszyny zajmujące się weryfikacją są już doskonale dostosowane do swych zadań. Platformy już z nich korzystają. "Mniejsze korporacje internetowe, nie będą miały, aż tak rygorystycznych zobowiązań co do filtrowania. Treści zdejmowane są przecież i dzisiaj, bo są nielegalne np. nowe filmy kinowe, porno itp." - powiedziała.

Jak podkreśliła "na stronach będą mogły być zamieszczane legalne treści jak np. cytaty, parodie, czy treści wykorzystywane do użytku edukacyjnego, a tantiemy będą płacone od zarobków, w przypadku emisji towarzyszących ich reklam "Wszystko to, co nie zarabia, co wrzucają normalni użytkownicy - będzie nadal dozwolone" - wyjaśniła artystka.

"Jedynym utrudnieniem wynikającym z dyrektywy, dla gigantów internetu będzie dzielenie się przychodami z reklam oraz przekazanie w ręce OZZ zasad tego podziału. Do dzisiaj korporacje albo w ogóle nie płaciły, albo same decydowały komu i ile zapłacić" - podsumowała Sadowska.

Tułodziecki powiedział PAP, że w dyrektywie proponuje się, by administrator, który namierzy nielegalny plik, musiał go usunąć bez możliwości ponownego zamieszczenia go na platformie. Ten pomysł został powszechnie uznany za cenzurę w internecie. Zdaniem prawnika "nie ma to nic wspólnego z prawdą. Właściciel strony musiałby wdrożyć oprogramowanie weryfikujące treści nie po to, żeby stosować cenzurę, tylko po to, aby usuwać nielegalne pliki" - wyjaśnił.

"Przemysł internetowy jest za wolnością w sieci, ale tak naprawdę chroni swój interes. Wiele portali hostingowych nie miałaby racji bytu, gdyby nie masowa obecność nielegalnych plików" - ocenił. Jego zdaniem w tej chwili są już rozwiązania informatyczne, które mogłyby być stosowane.

Według Krzysztofa Siewicza, równie kontrowersyjny art. 11. dyrektywy daje dodatkowe prawo do dyspozycji wydawców. Prawo autorskie działa wtedy, kiedy twórca nasyci utwór własnym charakterem - np. wtedy, gdy dziennikarz przedstawia w artykule swój punkt widzenia. Nie jest natomiast chroniona prosta informacja prasowa - suche podanie faktów.

Siewicz wyjaśnił, że przepisy zawarte w art. 11. przewidują, aby z samego faktu publikacji, a nie z wkładu twórczego autora, wynikało prawo wydawcy do dochodzenia naruszeń, jeśli ktoś skopiuje jakąkolwiek informację.

W ocenie Siewicza "w skrajnych wypadkach, jeśli wydawca jako pierwszy podał informację, kolejne osoby informujące o tym samym, ale uzyskujące informację z niezależnego źródła, będą mogły zostać zablokowane". To zbyt wysoka cena za ułatwienie wydawcom dochodzenia ich praw.

Połączenie artykułów 11. i 13. dyrektywy sprawia, że wydawca kontroluje, co jest zamieszczane w serwisach społecznościowych. Informuje, które utwory do niego należą i co trzeba w razie udostępnienia zablokować.

Zdaniem Siewicza to potęguje "kontrolę nad informacją", która w internecie niepokojąco rośnie już od jakiegoś czasu. Według niego rozwiązaniem byłoby natomiast wprowadzenie honorariów dla twórców, ale w systemie, który wymusza neutralność pośredników, a nie wzmacnia ich władzę.

Jak powiedział PAP Tułodziecki pojawia się sprzeczność. "Jedni ponoszą poważne nakłady, aby zdobyć tzw. newsy - utrzymują dziennikarzy śledczych, korespondentów zagranicznych, redakcję, po czym publikują treści, które serwisy internetowe przejmują i oferują użytkownikom nie skłaniając ich, aby zaglądali do źródła. Portale te zarabiają na reklamach. Dlatego wydawcy prasy domagają się prawa, które umożliwi im kontrolowanie tego procederu, i utrudni serwisom internetowym kopiowanie wprost wiadomości opublikowanych przez prasę".

W sierpniowej rozmowie z PAP wiceminister kultury Paweł Lewandowski powiedział: "Liczymy na to, że jak najwięcej postulatów Rady UE zostanie uwzględniona w wersji dyrektywy wypracowanej przez Parlament Europejski, zwłaszcza dot. artykułów 11 i 13, które są - z punktu widzenia naszego kraju - kluczowe". Przypomniał, że Parlament Europejski nie odzwierciedla stanowisk państw, tylko grup parlamentarnych, więc dyrektywa może przyjąć różny kształt.

Zdaniem Sadowskiej, "artyści są środowiskiem, oficjalnie uznanym za uprzywilejowane, któremu świetnie się powodzi. Tymczasem najbardziej popularni i widoczni twórcy to tylko maleńki ułamek środowiska. Tak naprawdę kulturę i tożsamość narodową tworzy całe środowisko, ze wszystkimi jego warstwami. Nie tylko gwiazdy, ale i ci, którzy nie są powszechnie znani" - powiedziała.

Jak mówiła, w dyrektywie chodzi o to, "żebyśmy usiedli do rozmów" na temat stawek na godnym poziomie. Według Sadowskiej "za 25 tys. odtworzeń na YouTube artysta po podziale z wytwórnią dostaje 6 centów". "I to tylko wtedy, jeśli użytkownik YT obejrzał wcześniej reklamę" - wyjaśniła.

Zdaniem artystki "dyrektywa nie zmienia nic dla zwykłego użytkownika internetu". "Jesteśmy zalani olbrzymią falą kłamstw wygenerowanych przez Google'a i Facebook, które mówią, że to będzie koniec internetu, że nie będzie można się wymieniać linkami, ani przesyłać sobie utworów. Nic takiego nie ma w tej ustawie. Google zaś zupełnie co innego mówi młodym ludziom i pod hasłami wolności w internecie mobilizuje ich, żeby walczyli o korporacje" - powiedziała.

Zdaniem Sadowskiej Google powinno również płacić artystom część pieniędzy uzyskanych z reklam zamieszczanych na blogach np. wtedy, gdy ktoś podkłada muzykę innego autora do własnego filmu w internecie i czerpie z tego zysk.

Artystka wyraziła obawę, że "kultura upadnie, bo prawie cała działalność przeniosła się do internetu, w którym nie ma żadnych uregulowań rynku, ani wynagrodzeń dla twórców".