Dlaczego prywatni inwestorzy nie mają zaufania do kina? Panuje przekonanie, że producenci marnują pieniądze, kierując się filozofią zarabiania na samej produkcji
Reklama
Polskie kino jest w dobrej kondycji?

Reklama
Nie wiem, na ile te ponad 50 produkcji fabularnych rocznie można przypisać Polskiemu Instytutowi Sztuki Filmowej, a na ile to zasługa twórców. Jest też pewne zniekształcenie statystyk. W 2016 r. odnotowaliśmy 50 mln widzów w kinach, z czego 13 mln na filmach polskich. Brzmi to imponująco. Ale 8 mln zebrały cztery filmy: „Planeta singli”, „7 rzeczy, których nie wiecie o facetach” i dwa obrazy Patryka Vegi z serii „Pitbull”. Dwie komedie i dwa filmy sensacyjne, które nie mają nic wspólnego z dotacjami PISF. Kolejne 2,5 mln zyskały trzy filmy: „Wołyń”, „Moje córki krowy” i „Historia Roja”. A pozostałe 2 mln przypadają na ponad 30 tytułów. Czy to jest sukces? W moim przekonaniu – niezupełnie. Są perełki, którymi chwalimy się na festiwalach, ale o naszej silnej obecności w kinie europejskim trudno mówić.
A pan co lubi oglądać w kinie?
Jestem przywiązany do starej dobrej szkoły filmowej, moim idolem jest Kieślowski. Czy w obecnym polskim kinie dostrzegam coś w podobnym stylu i na podobnym poziomie? Raczej niewiele. W kinie światowym wymieniłbym Lyncha, Cronenberga, Andersona. Nie chcę wymieniać nikogo z polskich filmowców – z uwagi na przyszłą współpracę.
Zarzuca się panu, że jest pan spoza branży, nieznany środowisku.
Jestem pewnie spoza środowiska. W branży pracowałem ponad pięć lat, przez kolejne pięć stykałem się z nią w młodości, współpracując z producentami filmowymi i telewizją publiczną. W Agencji Filmowej TVP nadzorowałem produkcję trzech filmów fabularnych, siedmiu teatrów telewizji i kilkuset odcinków seriali. Czuwałem i nad finansami, i nad poziomem artystycznym. To były czasy załamania się wpływów z abonamentu, więc lata trudne. Przez dłuższą chwilę byłem dyrektorem Agencji Filmowej. Ale na pewno nie jestem od branży zależny, stąd może budzę lęki.
Przychodzi pan po usunięciu przed końcem kadencji Magdaleny Sroki. Filmowcy rozumują prosto: PiS bierze PISF. Jakie jest pana zdanie na temat tej dymisji?
Jest dla mnie rzeczą bulwersującą traktowanie publicznej instytucji jako swojej własności, czyli PISF to ja, jak mnie odwołują, skarżę się na całym świecie.
Pani Sroka twierdzi, że była gwarancją niezależności środowiska filmowców od władzy.
Reprezentuje część środowiska. Tę część, która okopała się jako korporacja niedopuszczająca innych. Ona była gwarancją trwania systemu korporacyjnego.
O panu pisze się przede wszystkim jako o facecie, który wyprodukował „Kac Wawę”.
I to jest nieprawda – można zerknąć na stronę, żeby zobaczyć, że jako producenci figurują Waldemar Leszczyński i Jacek Samojłowicz. W Syrenie byłem rok. Ten film to był pomysł Samojłowicza dla ratowania Syrena Films, firmy, która przed moim przyjściem popadła w długi, bo podjęła inne, nietrafione decyzje. W pierwszej wersji film miał opowiadać o zjawisku prostytucji wśród studentek. To zostało zatwierdzone przez zarząd Syreny, także przeze mnie. Na moment przed realizacją Samojłowicz obejrzał „Kac Vegas” i ogłosił, że zmienia koncepcję. Byłem temu przeciwny, pamiętam dramatyczne telefoniczne rozmowy na ten temat. Zarząd też początkowo się sprzeciwiał, ale Jacek zdołał przekonać prezesa Leszczyńskiego. Scenariusz zmieniał się wiele razy. A ja odszedłem z tego powodu, po licznych awanturach, z Syreny. Kiedy film był przed fazą postprodukcji, byłem już gdzie indziej.
Inny zarzut brzmi: jest pan uwikłany politycznie.
Bo podobno należę do Stowarzyszenia „Republikanie”. Nie należę od czterech lat. Byłem w nim pół roku. A wiceminister kultury Lewandowski, którego mam stamtąd znać, pojawił się u Republikanów na trzy dni przed moim odejściem. Moje poprzedniczki w PISF to była wiceminister kultury i była wiceprezydent Krakowa. A ich zastępca to były dyrektor generalny z MSWiA z czasów rządu Leszka Millera. Czy w tej chwili przychodzi na szefa PISF wiceminister Sellin? I czy zamierza przyprowadzić z sobą dyrektora od ministra Błaszczaka? Ale słychać, że odeszli apartyjni fachowcy. Ludzie, którzy nigdy nie byli przed objęciem tej posady na planie filmowym, choć wielką zasługą pani Odorowicz było to, że napisała ustawę o kinematografii.
Dlaczego pan się zdecydował na kandydowanie? Ledwie wczoraj był pan w Totalizatorze Sportowym.
Związki z branżą filmowo-medialną zajęły połowę mojej zawodowej kariery. A jako widz dostrzegam mankamenty polskiej kinematografii. Nie krytykuję twórczości, chcę usprawnić ramy biznesowe. Choćby zupełnie przypadkowy system promowania filmów. Chcę usprawnić procedury. Ustawa o zachętach ma dawać urzędnikom 28 dni na podjęcie biznesowej decyzji. A w PISF rozpatruje się wnioski miesiącami. Słyszę, że prowadzi się tam ręczną księgowość. Świat idzie do przodu, ucieka nam.
Jak pan chce go gonić?
Jestem sceptyczny wobec dominacji korporacji – przede wszystkim Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Zbyt wielu twórców pozostaje poza dostępem do środków PISF. Bez „towarzyskiej ścieżki zdrowia” nie ma się szansy na realizację filmu. Chcę, żeby szansę miał absolwent szkoły filmowej, oni często odpływają do innych zawodów. A jeśli już taki człowiek pieniędzy nie dostanie, chcę, aby wiedział, dlaczego mu ich odmówiono. Stworzę czytelny system oceny projektów, także ich szans ekonomicznych.
Czy filmowcy powinni mieć decydujący głos w przyznawaniu pieniędzy innym filmowcom? Sam pan mówi o „towarzyskiej ścieżce zdrowia”.
Czytelny system ocen projektów może tu wiele zmienić. Słyszy się wiele wręcz o wymianie grzeczności przez grupy towarzyskie: my damy ci coś, a tym nam dasz coś. Oceniający też będą oceniani. Jeśli ktoś będzie zaniżał wartość dobrych projektów, może stracić prawo udziału w takich decyzjach. Z drugiej strony, kto ma oceniać filmy? Urzędnicy? PISF nie wytworzył grupy ludzi, którzy znają się na filmie, ale nie są bezpośrednio zainteresowani filmową produkcją. Kojarzy się za to z patologiami. Dobre, ambitne projekty dostawały po milion złotych, a „Weekend” czy „Wyjazd integracyjny” po blisko dwa miliony. A Syrenie Films wypomina się „Kac Wawę”, film, który nie korzystał z publicznych pieniędzy.
A te lepsze procedury to...
Powtarzam: usprawnienie procesów biznesowych. Z czego wynika ślamazarne tempo rozpatrywania wniosków? Czy ze stylu pracy tych ludzi? Ze złej organizacji? A może PISF ma za małą kadrę? Na to pytanie będę mógł odpowiedzieć, będę miał możliwość oceny procesów jako dyrektor.
Mówił pan też podczas przesłuchań konkursowych o szukaniu nowych źródeł finansowania.
Dlaczego Polska Agencja Rozwoju Przemysłu nie miałaby pomóc w budowaniu przemysłu filmowego? Przecież wsparła niedawno przemysł gier komputerowych. W tej dziedzinie odnosimy już dziś międzynarodowe sukcesy. A z drugiej strony: dlaczego prywatni inwestorzy nie mają zaufania do kina? Panuje przekonanie, że producenci marnują pieniądze, kierując się filozofią zarabiania na samej produkcji.
Są na to lekarstwa?
Zmiany przyniesie choćby ustawa o zachętach, ułatwiająca koprodukcje. Pamiętam z pracy w Totalizatorze Sportowym, jak część koniarzy przyjmowała sceptycznie pomysł, żeby zwiększyć pulę nagród na Służewcu. Pytam: dlaczego? Bo zaczną przyjeżdżać konie z zagranicy. Świat filmowy nie w całości wita zachęty z entuzjazmem, bo koprodukcje oznaczają otwarcie drzwi dla producentów zagranicznych. Ja liczę na to, że wraz z zagranicznymi pieniędzmi przyjdzie do przemysłu filmowego wyższa kultura biznesowa. I że osłabi się choć trochę monopol korporacji. W tej chwili ci sami ludzie, kilka osób, decydowali w tym przemyśle o wszystkim. W teorii nowy film powinien powstawać w następstwie spotkania młodego absolwenta szkoły filmowej z młodym ambitnym przedsiębiorcą. Ale takie cuda się w praktyce nie zdarzały. Potrzebni byli protektorzy. Jeśli mnie pamięć nie myli, nawet regulamin Studia Munka, bardzo skądinąd zasłużonego programu, wymagał, aby w projekcie debiutanta uczestniczył doświadczony producent lub doświadczony reżyser.
Piszą, że pan będzie promował kino prawicowe.
Proszę zobaczyć, jakie filmy, seriale, teatry telewizji oddawałem do realizacji w Agencji Filmowej TVP. Animowany film „Projekt Chopin”, „Wenecja” Jana Jakuba Kolskiego, przedstawienie Krystyny Jandy – to prawicowa twórczość? Te same filmy dostawały wsparcie tamtego PISF.
Ale może teraz minister Gliński postawił na pana, żeby pan zmienił ideowe oblicze polskiego kina? Uchodził pan za jego faworyta.
Minister Gliński powołał różnorodną, pluralistyczną komisję konkursową. Ona nie gwarantowała wyboru kogoś, kto stawia na prawicowe, ideologiczne kino. Nikt tym konkursem nie sterował. Ani mnie nie przedstawiono ideowych oczekiwań, ani ja niczego takiego nie mam zamiaru realizować.
PISF przyznał niedawno pieniądze Wojciechowi Smarzowskiemu na film o zjawisku pedofilii księży. Pan by na to dał?
O problemie pedofilii w Kościele wypowiadali się mocno trzej ostatni papieże. Nie można od niego uciekać, a ja nie zamierzam być cenzorem. Ale podstawą oceny powinien być scenariusz. Nie chciałbym, aby PISF wspierał film, z którego wynika, że wszyscy księża to pedofile. Powiem coś jeszcze. Podczas mojej poprzedniej pracy w Totalizatorze dostawaliśmy projekty sztucznie opatrywane przymiotnikiem „narodowy”, bo miały się podobno podobać władzy. Pomysł ministra Glińskiego jest inny. Chodzi mu o podniesienie jakości kina.
Nie zamierza pan postawić na kino patriotyczne?
Na pewno brakuje mi tematyki historycznej. Nasze przekonanie, że wszyscy wiedzą, kto ginął podczas wojny, że rozpętali ją Niemcy i Sowieci, że na polskiej ziemi powstawały niemieckie obozy koncentracyjne, to złudzenie. W samej Polsce jest z tym problem, a co dopiero mówić o zagranicy. Idąc „ścieżką oscarową”: oto szlachetny Niemiec ratował Żydów, a wstrętni Polacy ich prześladowali. W Ameryce powstał krytyczny film o ich armii – „Pluton” – ale powstało też wiele filmów sławiących męstwo amerykańskich żołnierzy. Zależy mi na filmach o polskich bohaterach, a nie szubrawcach. Wiem, że ci drudzy także byli w polskiej historii. Pytanie, czy przy ubóstwie środków finansowych powinniśmy się na nich koncentrować?
A jak pan zamierza przekonać do siebie filmowców? Są zaniepokojeni, wieszają w internecie filmiki przeciw politycznej ingerencji w ich twórczość.
Deklaruję chęć rozmowy i zapowiadam przejrzystość instytutu. Natomiast trudno mi odpowiadać na nieprawdziwe zarzuty. Nie jestem człowiekiem nowym w branży filmowej, nie produkowałem „Kac Wawy”, nie jestem członkiem Stowarzyszenia „Republikanie”. A jak już teraz mam dowieść, że nie będę wspierał wyłącznie kina narodowo-katolickiego? Mogę to zrobić tylko działaniem. Rozumiem lęki prezesa Jacka Bromskiego. Przychodzi ktoś, kto jest spoza środowiska, a wie, co to kosztorys, rozumie mechanizmy. Zapowiadam zmianę. Ale przecież innych twórców niż ci, którzy są, nie stworzę.