TEATR WYBRZEŻE | Anna Augustynowicz wyreżyserowała „Wiśniowy sad” ostrą kreską. Bez cienia sentymentalizmu, ckliwości nad tym, co minęło. Poważny spektakl, na miarę tej właśnie artystki
Ktoś przypomniał po gdańskiej premierze, że najdoskonalszą prawdopodobnie sztukę Antoniego Czechowa można streścić jednym zdaniem: jest wiśniowy sad i go sprzedają. Inne dramaty bywają zwykle o miłości i śmierci, ale ich akcja domaga się dokładniejszej rekonstrukcji. Może z wyjątkiem jeszcze jednego, bo ten też da się nader lakonicznie opowiedzieć: dwóch dziwacznych facetów czeka na niejakiego Godota, ale on nie przychodzi. W programie do przedstawienia przypomniano, że Sławomir Mrożek uznał Czechowa za prekursora teatru absurdu, praojca Godota właśnie. W „Trzech siostrach” wszystko obraca się wokół marzenia o wyjeździe do Moskwy, w „Wujaszku Wani” wszystkich łączy brak nadziei na zmianę swej codzienności, w „Wiśniowym sadzie” w majątku zostanie tylko stary, zapomniany sługa Firs. Zostanie i umrze po cichu, bo tak umiera u Czechowa stary świat.
Jakoś się nie udawał „Wiśniowy sad” w polskim teatrze w ostatnich latach. Lubiłem tylko rozgorączkowane bydgoskie przedstawienie Pawła Łysaka, ale już poznańskie Izabelli Cywińskiej zostawiło niedosyt. Klęską była gwiazdorska inscenizacja Macieja Prusa w Teatrze Narodowym, nie mówiąc już o spektaklu Agnieszki Glińskiej sprzed kilku lat w warszawskim Studio, bo w nim ostra rozprawa z arystokracją oznaczała jedynie jej ogłupienie, a więc drastyczne obniżenie rangi. Anna Augustynowicz idzie w Gdańsku w ostentacyjnie przeciwnym kierunku.