WINDSOROWIE POD LUPĄ | Scenarzysta Peter Morgan znów przygląda się brytyjskiej rodzinie królewskiej. Tym razem w serialu Netflixa „The Crown"

W jaki sposób pełna uroku, dowcipna, radosna dziewczyna zamienia się w zasadniczą, wyważoną, niedostępną damę? Wystarczy kilka lat z koroną. Zmiana nie następuje natychmiast. Młodzieńczy zapał powoli ustępuje miejsca rozsądkowi, ostre, inteligentne uwagi – ironicznemu uśmiechowi. Niemal niepostrzeżenie zmienia się też choreografia – subtelnie stawiane kroki zastępują zdecydowane, ciężkie, pewne.

Elżbietę (fantastyczna Claire Foy), córkę króla Jerzego VI, poznajemy w „The Crown”, kiedy nie myśli o tym, że znalazła się na pierwszym miejscu wśród pretendentów do tronu. Zresztą korona do jej ojca trafiła niespodziewanie, wbrew pierwotnym planom rodziny – po abdykacji jego brata Edwarda VIII, który zamiast tronu wybrał miłość, nieakceptowaną przez rząd i Kościół. Młoda Elżbieta, nazywana przez złośliwych krewnych Shirley Temple albo Liliputem, miała wszystkie cechy, które kojarzą się z tymi przydomkami – naiwność, niepewność i niepozorną, choć pełną wdzięku urodę. Była beztroską dziewczyną, czerpiącą radość z narzeczeństwa z Filipem, przystojnym, szczerym oficerem marynarki. Ale takiego wizerunku królowej jej poddani nigdy nie poznają. Bo ślub jest tym momentem – przynajmniej w serialu – w którym zaczęła się jej metamorfoza.