NOWY SPEKTAKL ANNY AUGUSTYNOWICZ Pierwsza ważna premiera nowego sezonu: „Ślub” Gombrowicza jako rozgrywka jasnych i mrocznych sił w człowieku oraz ostre rozliczenie z teatrem.
Najpierw rzut oka na tak zwane okoliczności przyrody. „Ślub” otwiera nowy sezon w opolskim Teatrze Kochanowskiego, pierwszy pełny pod dyrekcją Norberta Rakowskiego. Jeszcze na koniec poprzedniego wystawiono eksperymentalne „Srebrne tsunami” oraz komedię „Kłamstwo”, dając w niej pole do popisu gwiazdom sceny, przede wszystkim Judycie Paradzińskiej. Opisywałem te spektakle w „Kulturze”, dziś traktuję je jako rozgrzewkę biegacza lub jak kto woli przystawkę przed daniem głównym. Na jesień bowiem zaplanował Rakowski mocne uderzenie. Po „Ślubie” sam wystawia „Uroczystość” Vinterberga, potem – do końca roku – czekają nas jeszcze premiery muzycznego kameralnego zdarzenia Tomasza Cymermana, autorskiego, przygotowywanego w koprodukcji z Teatrem Lalki i Aktora w Opolu widowiska Agaty Dudy-Gracz, oraz nowej wersji „Bez znieczulenia” Andrzeja Wajdy, którą zrealizuje Piotr Ratajczak. Nazwiska z różnych bajek i odmienne tematy wskazują, że sezon w Opolu wbrew obowiązującej modzie nie będzie budowany zgodnie ze z góry przyjętą tezą. Przeciwnie, ma bazować na różnorodności, co daje szanse, że kolejne przedstawienia trafią do widowni. Na razie Teatr Kochanowskiego zyskał nowy wystrój i atmosferę, którą udało się nieco zneutralizować olbrzymie gabaryty i gierkowską architekturę budynku. Ekipy realizatorów nadchodzących premier mijają się w knajpie obok i powtarzają, że czują się jak na nieustającym festiwalu. Do tego jeszcze ten gorący koniec lata. Sprzyjające okoliczności przyrody.
Anna Augustynowicz poszła na pierwszy ogień, jakby „Ślub” w jej inscenizacji miał nadać ton i styl otwartej właśnie w Kochanowskim Scenie Modelatornia, poświęconej przede wszystkim eksperymentalnym próbom debiutantów albo prawie debiutantów. Artystka ma w środowisku wyjątkową pozycję, młodym od lat sekunduje, jej rola wykracza daleko poza nadawanie kierunku szczecińskiemu Teatrowi Współczesnemu. Zdecydowanie mniej jest tych, którzy w Szczecinie nie pracowali, niż tych, którzy z rad Augustynowicz choć raz skorzystali. A przy tym jest to ktoś, kto nie narzuca swej obecności. Pracuje dużo i nie tylko w Szczecinie, ale nie dba o rozgłos. Została wierna własnemu widzeniu teatru, którym rządzą logika i konsekwencja. Aktorzy Augustynowicz – jak Henryk w arcydramacie Gombrowicza – sprawdzają zasięg słów, nie oprawiając ich żadnymi ornamentami. Dochodzą jeszcze rozpoznawalne od lat obrazy z przeważającą czernią, głównym składnikiem scenografii Marka Brauna. Drąży Augustynowicz własne poszukiwania, jakby chciała sprawdzić, gdzie może doprowadzić jej teatr droga do redukcji, programowanie ascezy. Przy tym – gdy idzie o repertuar – szuka w szerokim kręgu. Wystawia klasykę i dramaturgię współczesną, czasem i rzeczy dla dzieci. Przyznaję, owa rozpoznawalność teatru Anny Augustynowicz jest wypracowanym przez lata atutem, ale może również stać się obciążeniem. Gdy się pracuje tak intensywnie, łatwo osadzić się we własnej stylistyce, nie do końca świadomie powtarzać podobne chwyty i obrazy. Propozycjom artystki ze Szczecina nie sposób odmówić szlachetności, ale czasami bywa tak, że zamysł inscenizacji przerasta efekt. Wiadomo przecież, że kto jak kto, ale ona nie musi już nikomu niczego udowadniać. Mimo to również jej samej potrzebne jest spojrzenie z zewnątrz na własną twórczość, może czegoś przewartościowanie, a może – po z górą dwóch dekadach od debiutu – rozliczenie. Próba określenia, w jakim punkcie się znajduje, a także dokąd teraz może i chce pójść.