Żadna dyscyplina sportu nie miała w kinie ostatnimi czasy tak dobrej passy jak boks. „Creed: Narodziny legendy” Ryana Cooglera uznany został za jeden z najlepszych filmów ubiegłego roku, a podczas festiwalu w Wenecji triumfy święcił biograficzny „The Bleeder” Philippe’a Falardeau. Z kolei przed kilkoma miesiącami w Cannes bardzo dobrze przyjęta została inna opowieść o wojowniku ringu – „Kamienne pięści” Jonathana Jakubowicza. Ten ostatni tytuł wchodzi właśnie na ekrany polskich kin, dając kolejny mocny dowód na to, że boks wraca na filmowe salony.

Nie ma chyba jednej prostej odpowiedzi, dlaczego tak się dzieje. Z jednej strony takie filmy dają nieograniczone wręcz formalne możliwości, stając się rajem bądź piekłem dla operatora. Wspominał o tym już Martin Scorsese, kiedy pod koniec lat 70. przygotowywał się do nakręcenia „Wściekłego Byka”. Wraz z operatorem Michaelem Chapmanem dość mieli utartej konwencji pokazywania walk z perspektywy widowni, która nie oddawała według nich brutalności bokserskich potyczek. W efekcie postanowili wprowadzić kamerę do ringu, co z czasem doprowadzone zostało do perfekcji.

„Wściekły byk”

„Wściekły byk”

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Wielkie bokserskie kariery dostarczają też historii, jakie kino, zwłaszcza amerykańskie, lubi najbardziej. Opowieści o szybkiej drodze na szczyt, bolesnym upadku i powstawaniu (nie zawsze skutecznym) z kolan. Od zera do bohatera i odwrotnie. Bo jak nazwać przypadek Mike’a Tysona, który w wieku 20 lat został najmłodszym mistrzem świata wagi ciężkiej, a po latach imał się najróżniejszych zajęć, włącznie ze śpiewaniem utworów Phila Collinsa w komediowej serii „Kac Vegas”, by spłacić choć część swoich długów. W więzieniu poznali się z kolei dwaj późniejsi mistrzowie świata wagi średniej Rocky Graziano i Jake LaMotta. O pierwszym opowiedział znakomity niemiecki reżyser Robert Wise w filmie „Między linami ringu” (zagrał go Paul Newman), o drugim we „Wściekłym Byku” Scorsese. Oba tytuły otrzymały po dwa Oscary, a jednym z nich uhonorowano De Niro.

Bokserskich grzeszków i barwnych biogramów jest zresztą znaczniej więcej. Bohater filmu „The Bleeder” Chuck Wepner najpierw raczył się na potęgę kokainą w towarzystwie Jamesa Belushiego, a potem podrabiał podpisy pod zdjęciami Muhammada Alego, z którym stoczył wcześniej przegraną walkę o mistrzostwo świata. Choć to i tak nic w porównaniu z jego ringową potyczką, kiedy to za przeciwnika miał... niedźwiedzia grizzly. „W wielkich, umięśnionych i wytrenowanych ciałach kryje się często niedojrzałe dziecko” – przekonywał amerykański aktor Liev Schreiber, wcielający się w rolę Wepnera.

To właśnie na epizodzie z życia Wepnera, czyli wspomnianej walce z Alim, wzorował się ponoć Sylvester Stallone, pisząc scenariusz pierwszej części najsłynniejszej bokserskiej serii „Rocky”. Podobieństw jest co niemiara. Od wyjątkowej, niespotykanej wręcz szansy, jaką dostał nieznany pretendent ze slumsów wielkiego miasta, przez przeciwnika w osobie niekwestionowanego mistrza po bardzo ofensywny styl walki. O Wepnerze mówiono nawet, że krwawił tak obficie, że „wypił pewnie więcej krwi niż Dracula”, a i o ekranowym Włoskim Ogierze można by pewnie powiedzieć to samo. Cała sprawa otarła się o sąd, ale ostatecznie skończyła się na kosztownej dla Stallone’a ugodzie. Popularny amerykański aktor mógł sobie jednak na nią pozwolić, gdyż w umowie z producentami obok skromnej gaży za rolę i scenariusz wpisany miał procent od zysków. Majątek pomnażał w kolejnych częściach bokserskiej sagi, walcząc m.in. z Dolphem Lundgrenem czy Mr. T, aż do momentu, gdy za kamerą stanął Ryan Coogler. Podstarzały Stallone z boksera przemienił się w charyzmatycznego trenera i mentora, a autorefleksyjny „Creed...” dokonał rzeczy, wydawałoby się, niemożliwej, czyli stał się chyba najlepszą częścią całej serii.

Trenerem stał się też inny podstarzały ekranowy wojownik, czyli De Niro. W „Kamiennych pięściach”, opowiadających historię panamskiego pięściarza Roberto Durána, wciela się w rolę Raya Arcela, bokserskiego coacha, który pod swoimi skrzydłami miał aż osiemnastu mistrzów świata.

Kino bokserskie to również efektowne biografie. Swoich portretów doczekali się m.in. Muhammad Ali w filmie Michaela Manna czy Mike Tyson w obrazie Uli Edela z połowy lat 90. Boks schodzi czasem na drugi plan, będąc dopełnieniem opowieści o społeczno-politycznych realiach konkretnych czasów czy moralności. Przejmującą historią z czasów Wielkiego Kryzysu są losy legendarnego pięściarza Jima Braddocka zobrazowane w „Człowieku ringu” Rona Howarda. Obrazem skali rasizmu w Stanach Zjednoczonych drugiej połowy lat 60. jest z kolei historia Rubina Cartera, której w filmie „Huragan” dał wyraz Norman Jewison. O problemie odpowiedzialności porozmawiać może natomiast Clint Eastwood, reżyser „Za wszelką cenę”.

Bokserzy nie są wyłącznie bohaterami filmów, zdarza się też, że pojawiają się na ekranie, choć zwykle w epizodycznych rolach. W filmie „Fighter” Davida O. Russella na ekranie zobaczyć możemy znakomitego amerykańskiego pięściarza Sugara Raya Leonarda. W „Creed...” – byłego mistrza świata Andre Warda. Co ciekawe, nie zawsze grywają zawodowych bokserów. Polscy reżyserzy upodobali sobie dla nich szczególnie role policjantów. Wie coś o tym Grzegorz Skrzecz, który zagrał u Olafa Lubaszenki w „Chłopaki nie płaczą”, ale przede wszystkim Jerzy Kulej i Jan Szczepański, czyli inspektorzy MO z „Przepraszam, czy tu biją?” Marka Piwowskiego. Nie jest tajemnicą, że kino od dawna ma słabość do bokserów. Ale nie tylko ono. Bo jak inaczej wytłumaczyć wieloletnią fascynację Wisławy Szymborskiej „wielką nadzieją białych”, jak kiedyś nazywano Andrzeja Gołotę?