Był koniec lutego 2014 roku, w warszawskim Teatrze Ateneum odbywała się premiera „Tramwaju zwanego pożądaniem” Tennessee Williamsa. Reżyserował Bogusław Linda, wielką kreację w roli Blanche stworzyła Julia Kijowska, jako Stanley Kowalski partnerował jej Tomasz Schuchardt. Oglądałem świetne przedstawienie Lindy i czasami zastanawiałem się, jak on sam – lata wcześniej – poprowadziłby postać brutalnego Polaka. Kilka tygodni później miałem okazję rozmawiać z Lindą i Schuchardtem. Nie było łatwo, bo reżyser rzadko decydował się na odpowiedzi dłuższe niż jedno zdanie, a jego aktor szedł tą samą drogą. Obserwowałem wówczas, jak Schuchardt patrzy na Lindę, jak podświadomie kopiuje jego gesty oraz ledwie dostrzegalne grymasy. I przypomniałem sobie siebie samego sprzed lat, gdy role Bogusława Lindy w „Przypadku”, „Matce Królów”, „Magnacie” zbudowały moją, nastoletnią wówczas, filmową świadomość. Doszła do tego jeszcze bezbrzeżna fascynacja. Nie ja jeden, ale jeszcze wielu, marzyliśmy wówczas, by śmiać się jak Linda, mówić jak Linda, nosić się jak Linda. W końcówce lat 80., gdy władza niemalże w jednej chwili uwolniła z półek filmy Kieślowskiego, Zaorskiego, jeszcze „Wolnego strzelca” Saniewskiego oraz „Kobietę samotną” Agnieszki Holland, zachłysnęliśmy się Lindą, wcześniej niczego o nim nie wiedząc.

Był to dla niego wyjątkowy czas. Nie dość, że filmy, w których grał zwykle główne role, uderzyły falą, to przypominaliśmy sobie choćby dzieła Andrzeja Wajdy z jego udziałem. W „Człowieku z żelaza” miał przejmujący epizod złamanego przez system Dzidka, z początku przy ciepłej wódce bratającego się z Winkelem Mariana Opani, a potem go zdradzającego. W „Dantonie” wśród tłumu znakomitych wykonawców dostrzegaliśmy właśnie jego jako rozgorączkowanego Saint-Justa. Wiadomo było od razu, że Bogusław Linda nie da się zamknąć w żadnej ciasnej szufladzie, że siłą swej osobowości będzie rozsadzał konwencje i przyzwyczajenia.

Porównywano go do Zbyszka Cybulskiego i Daniela Olbrychskiego, bardziej odważni wychodziliv poza rodzimy grunt i przywoływali Jamesa Deana. On sam jako aktorski punkt odniesienia najczęściej obierał Marlona Brando. Nigdy zresztą nikogo nie powielał, nie szedł już wytyczoną drogą. Mówił niewiele, choć ówczesne media bardzo czekały na jego opinie. Czasem więc rzucił coś od niechcenia, ale wolał opowiadać poprzez kolejne role, pozostać na ekranie. W tamtym okresie nie próbował też w żaden specjalny sposób dyskontować swej nagłej obecności w kinie, a potem i popularności. W naszych oczach zrósł się z Witkiem Długoszem z „Przypadku”, Klemensem Królem z „Matki Królów”, kuternogą Jackiem z „Kobiety samotnej”. Mówimy bez wyjątku o rzeczach wybitnych, ale najważniejszy był bez wątpienia film Krzysztofa Kieślowskiego. Linda zagrał w „Przypadku” trzy warianty ludzkiego losu w Polsce przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, ale konkret czasu był tu jedynie scenografią. Jako Witek Długosz sprawdzał swe zaangażowanie po obu stronach politycznej barykady oraz to, co się stanie, gdy człowiek nie opowie się za nikim. Jego twarz nadwrażliwca z płonącymi oczami zrosła się nie tylko z „Przypadkiem”, ale i całym kinem tamtej epoki. Przy tym był Linda w swojej roli na wskroś nowoczesny. Wiecznie w biegu, jak w łączącej trzy epizody scenie pogoni za pociągiem na dworcu Łódź Fabryczna. Z twarzą, w której łączyły się myśl i emocje. Zbigniew Zapasiewicz dał w „Barwach ochronnych” Krzysztofa Zanussiego model polskiego inteligenta oportunisty, Bogusław Linda kilka lat później pokazał nieoczywisty wzór młodego inteligenta – idealisty niewolnego od dylematów i wątpliwości. Witek odbierał od swego ojca lekcję wolności, zawartą w jednym zdaniu: „Nic nie musisz”. Po latach Linda przyznawał, że i dla niego słowa te stały się najważniejsze.

Wtedy już był aktorem wybitnym. W latach osiemdziesiątych, gdy wspominane tytuły zalegały półki, a polska kinematografia przeżywała czas wielkiej smuty, pracował dużo na Węgrzech, grając m.in. w pokazywanym i u nas obrazie „Eskimosce jest zimno”. Gdy w kraju przyszło ustąpienie blokady, wrócił na dobre i niemal nie opuszczał ekranu. Grane przez niego role łączył właściwie tylko słynny uśmiech Lindy, co tylko dowodziło jego wszechstronności. Weźmy dwie, dla mnie szczególnie ważne. W „Magnacie” Filipa Bajona był Bolkiem, najmłodszym z książąt von Teuss, skłóconym z patriarchą rodu, granym przez Jana Nowickiego. Kpił z norm, za nic miał etykietę. A jednak rozwichrzony Bolko przechodził w epopei Bajona przyspieszony kurs dojrzewania. W finałowej scenie, którą zawsze będę miał przed oczami, poharatany przez życie, w kołnierzu na szyi Bolko zmierza do starego ojca, zrzucając ze stołu drogocenne szkła. I przywierają do siebie w niezdarnym uścisku... Na antypodach tego filmu Malik z „Zabij mnie, glino” Jacka Bromskiego, udanej i pionierskiej jak na owe czasy próby przeniesienia do Polski wzorców amerykańskiego kina sensacyjnego. Malik Lindy był zdecydowanym na wszystko bandytą, ale nie można było odmówić mu – romantycznego rzekłbym – uroku. Zabijał, choć nie chciał, nie patrząc na ofiarę, gdzieś na dnie chował resztki wartości. No i niczym bohater z westernu zwracał się sam przeciw aparatowi sprawiedliwości, a ten w ówczesnej Polsce wciąż nie kojarzył się najlepiej. Dlatego w rozgrywce Malika z milicjantem Popczykiem sympatia widzów była niezmiennie po stronie tego pierwszego.

Od Malika nie tak daleka droga do porucznika Arka z „Krolla” i Franza Maurera z obu części „Psów” Władysława Pasikowskiego. Niektórzy nazywali te filmy nowym kinem moralnego niepokoju lat 90., nie bez racji, choć może trochę na wyrost. Pewne jest natomiast, że najlepsze z dzieł Pasikowskiego ustawiły na lata wizerunek jego ulubionego aktora jako brutalnego i cynicznego twardziela z zasadami. Linda wszedł w niego gładko, nałożył na siebie Maurera niczym drugą twarz. Szansę na przełamanie dostawał rzadko – chociażby w „Tacie” Macieja Ślesickiego, gdzie po przemowie w sądzie dostał brawa podczas festiwalowej projekcji w Gdyni. Przede wszystkim zaś w „Panu Tadeuszu” Andrzeja Wajdy, gdy doświadczenie zdobyte u Pasikowskiego wypisał sobie w rysach, grając przejmująco Jacka Soplicę.

Milczę o próbach przedstawienia się jako spec od sportów ekstremalnych i gotowania, o wątpliwych serialach i niepotrzebnych filmach. Ciekawe, że ostatnio Linda ukrył się za innymi – pisarzami i aktorami – reżyserując w teatrze. „Tramwaj zwany pożądaniem” pokazał, że ma w tej działce wielkie możliwości. Zainspirowało mnie czyjeś zdanie, że w „Pitbullu. Nowych porządkach” Patryka Vegi jego bandyta o ksywie Babcia jest kimś na kształt króla Leara gangsterskiego świata. Jakże zobaczyłbym Lindę w ściśle tak pomyślanej roli...

Na razie zobaczymy retrospektywę aktora na Dwóch Brzegach w Kazimierzu, we wrześniu w Gdyni pierwszy raz „Powidoki” Wajdy. Wiemy, że Bogusław Linda zagrał Strzemińskiego. Pewnie nie tylko ja liczę, że właśnie ta rola, jak niegdyś Soplica, przyniesie nowe przełamanie. Nie tylko dla mnie bowiem człowiek, który jest Lindą, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Festiwal Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym i Janowcu nad Wisłą odbędzie się w dniach 30 lipca – 7 sierpnia. Program na stronie DwaBrzegi.pl