Scott McCloud jest wybitnym teoretykiem komiksu. Album „Stwórca” dowodzi, że teoria w tym przypadku idzie w parze z praktyką.

„Zrozumieć komiks”, wydany przez oficynę Kultura Gniewu kilka miesięcy temu, to lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników tego medium. A tym bardziej dla jego przeciwników: McCloud jasno i klarownie (na dodatek w komiksowej formie!) tłumaczy, jak czytać i analizować opowieści obrazkowe, jak rozszyfrować kulturowe kody, jak faktycznie zrozumieć specyficzny język komiksu. Jego praca cieszyła się tak olbrzymim powodzeniem, że po latach napisał kolejne podobne dzieła: „Reinventing Comics” oraz „Making Comics”, czyli swoisty poradnik dla rysowników i scenarzystów. Ale przez blisko dwadzieścia lat nie tworzył komiksowej fikcji (choć w tym czasie mocno eksperymentował z komiksami internetowymi). Dla teorii porzucił praktykę – a miał na koncie m.in. świetną, utrzymaną w klimacie retro science fiction serię „Zot!” – lecz wreszcie wydał „Stwórcę”. McCloud sam przyznaje, że w pewnym sensie to jego debiut: pierwsza nowela graficzna w jego artystycznym dorobku.

Plansza z komiksu "Stwórca". Fot. Wydawnictwo Komiksowe / Media

Opasły, liczący blisko 500 stron tom powstawał przez pięć lat. W całości został stworzony w komputerze: McCloud kilkanaście lat temu opublikował stworzony w podobny sposób album „The New Adventures of Abraham Lincoln”, który uznał za „szlachetną porażkę”. Tym razem o porażce nie ma mowy: „Stwórca” to album bliski arcydziełu. McCloud opowiada historię młodego nowojorskiego rzeźbiarza Davida Smitha, który zawiera pakt ze śmiercią (mam wrażenie, że podobieństwo tej postaci do Stana Lee, założyciela wydawnictwa Marvel i guru amerykańskiego komiksu, nie jest przypadkowe). David ma przed sobą jeszcze tylko dwieście dni życia, ale w tym czasie będzie mógł wyrzeźbić, co tylko zapragnie. Zdesperowany, spłukany i nie widzący sensu egzystencji chłopak zgadza się na ten układ. Scott McCloud nie poprzestaje jednak na tym baśniowym schemacie: jest twórca zbyt inteligentnym i zbyt świadomym medium, by pozwolić sobie na prostą historyjkę. Owszem, David się zakocha, zacznie zdawać sobie sprawę z popełnionego błędu, ale wydarzenia nie będą toczyć się w kierunku, który łatwo byłoby przewidzieć.

Okładka komiksu "Stwórca". Fot. Wydawnictwo Komiksowe / Media

„Stwórca” jest nie tylko przypowieścią o udrękach współczesnego artysty i – chwilami bardzo złośliwą – satyrą na rynek sztuki (przypominał mi pod tym względem film „Bez tytułu”, pokazywany kilka lat temu w ramach American Film Festivalu we Wrocławiu). To także niepozbawiony pewnych autobiograficznych wtrętów i nawiązań komentarz do społecznej roli artysty, refleksja na temat moralności, ideałów, przeznaczenia, wreszcie to prawdziwie poruszająca historia miłosna. Doprawdy, McCloud bez fałszywych nut pomieścił w tej historii wszystkie te wątki, opatrzył je świetnymi dialogami, zgrabnie uniknął wyświechtanych klisz, patosu i ckliwości. Na dodatek zręcznie korzysta z rozmaitych narracyjnych i graficznych sztuczek: „Stwórca” w wielu miejscach mógłby posłużyć jako ilustracja tez opisanych przed laty w „Zrozumieć komiks”. To jednocześnie świetna graficzna robota: McCloud potrafi uchwycić zmieniające się nastroje bohaterów, dostrzec z pozoru nic nie znaczące szczegóły tła, po mistrzowsku komponuje pojedyncze kadry i całe plansze. W swoich rysunkach łączy zarówno fascynację mangą, jak i klasycznym amerykańskim komiksem: tym superbohaterskim i tym niezależnym. Już kilka dni po zachodniej premierze na początku tego roku pojawiły się informacje, że prawa do ekranizacji albumu kupiło Sony, a za produkcję odpowiadać ma Scott Rudin.

„Najlepsza powieść graficzna, jaką czytałem w ostatnich latach. O sztuce, o miłości i o tym, dlaczego wciąż się staramy. Poruszy wasze serca”, entuzjazmował się po premierze „Stwórcy” Neil Gaiman. Posłuchajcie go. Facet wie, co mówi.

Stwórca | scenariusz i ilustracje: Scott McCloud | przeł. Grzegorz Ciecieląg | Wydawnictwo Komiksowe 2015