Trudno powiedzieć o Jamesie Ellroyu, że jest pisarzem kryminalnym – i to nawet nie dlatego, że sam lubi się porównywać raczej do Fiodora Dostojewskiego. Ellroyowi trudno zarzucić nadmierną skromność, nie chodzi tu jednak o jego dobre samopoczucie, lecz o to, że pod jego piórem (pisze, dodajmy, wyłącznie ręcznie) czarny kryminał, gatunek silnie skonwencjonalizowany, pączkuje w różnych nieoczekiwanych kierunkach.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Być może jeszcze trafniejsze byłoby spostrzeżenie, że Ellroy uprawia kryminał pod włos, wbrew regułom gatunkowym. Z uwagi na niebywały stopień komplikacji fabuł jego książek czytelnik praktycznie nie uczestniczy w rozwiązywaniu detektywistycznej zagadki – pełni raczej rolę przerażonego laika, któremu nagle kazano skoordynować ruch setek pociągów na wielkiej stacji rozrządowej. A kiedy już dochodzi do odkrycia kart, okazuje się, że amerykański pisarz stawia przed odbiorcą znacznie poważniejsze wyzwanie natury moralnej: jak zaakceptować zło. Zło nieukarane. Zło jako pozytywny i niezbędny czynnik postępu. Zło nie traktowane jako kategoria metafizyczna, lecz jako pojęcie z dziedziny p r z e d s i ę b i o r c z o ś c i.

„Prywatne wady tworzą publiczne zyski” – napisał na początku XVIII wieku Bernard de Mandeville, kładąc podstawy pod ideologię liberalizmu. Ellroy dociąga tę tezę do ściany – dostrzega w historii Stanów Zjednoczonych perwersyjne piękno wojny wszystkich ze wszystkimi. Ameryka nigdy nie była niewinna, twierdzi autor „Tajemnic Los Angeles”, Ameryka dopuszczała się krwawych rzezi, bratobójstwa i politycznych zdrad, Ameryka wzrosła z rasizmu, przemocy, korupcji, zorganizowanej przestępczości, prostytucji, niewolnictwa i religijnych obsesji, Ameryka byłaby niczym bez swoich złych chłopców i (niekiedy) dziewcząt. To właśnie jest prawdziwy American Dream.

Co ciekawe, biografia samego Ellroya spełnia wiele warunków stawianych mitycznej opowieści o karierze od pucybuta do milionera – urodzony w 1948 roku przyszły pisarz pierwsze trzy dekady swojego życia spędził na równi pochyłej ku zatraceniu. Kiedy miał 10 lat, jego matka, pielęgniarka ze skłonnością do kieliszka i przelotnych romansów, została brutalnie zamordowana; sprawcy nigdy nie wykryto. Nastoletni James wylatywał z kolejnych szkół, dla buntowniczego poklasku podawał się za nazistę, praktykował jako drobny złodziejaszek (wedle własnych wspomnień lubił pod nieobecność właścicieli domów i mieszkań wąchać damską bieliznę), przez jakiś czas był bezdomny, no i, rzecz jasna, ćpał i chlał do upadłego. Niedługo przed trzydziestką postanowił się ustatkować – przystąpił do ruchu AA i rozpoczął pracę w klubie golfowym jako caddy, chłopak od targania kijów za bogatymi ludźmi. Jego debiutancka powieść „Requiem dla Browna” (1981) rozgrywa się właśnie w tym środowisku. Prawdziwy sukces nadszedł jednak dopiero przy książce nr 7 – „Czarnej Dalii” (1987), pierwszej, w której Ellroy otwarcie rozlicza się z demonami własnego dzieciństwa. Pisarstwo jako terapia? Jeśli tak, była to terapia wyjątkowo skuteczna.

Ambicje autora rosły. Po fenomenalnym – dekonstruującym nostalgiczny kicz słodkich lat 50. – Kwartecie Los Angeles, w którego skład wchodzą wspomniana „Czarna Dalia” oraz „Wielkie nic” (1988), „Tajemnice Los Angeles” (1990”) oraz „Biała gorączka” (1992), wydał trylogię „Underworld America” („Amerykański spisek” z 1995 roku, „Sześć tysięcy gotówką” z roku 2000 i „Krew to włóczęga” z roku 2009), w której, przemyślnie miksując fakty i fikcję, przedstawił własne, oryginalne i dość złowieszcze wersje kluczowych dla USA wydarzeń lat 60. i 70.: wojny wietnamskiej, zamachów na braci Kennedych oraz Martina Luthera Kinga, afery Watergate. Świeżo wydana u nas „Perfidia” (oryg. 2014) rozpoczyna kolejny monumentalny cykl, Drugi Kwartet Los Angeles.

Ellroy dorobił się nie tylko marki historycznego rewizjonisty opowiadającego o kotłowaninie wściekłych buldogów pod dywanem – dopracował się też własnego, niepodrabialnego stylu, bazującego na krótkich zdaniach, dynamicznych powtórzeniach i na języku czerpiącym z licznych żargonów epoki powojennej prosperity, języku bezwzględnością i skuteczością nieustępującemu broni palnej. Jest również grono bohaterów, którym autor „Wielkiego nic” pozostaje wierny; poznajemy ich na różnych etapach życia, ich losy bywają oświetlane z rozmaitych stron, ale jedno łączy tę uroczą społeczność – wszyscy są po szyję utytłani w brudach i występku, nawet jeśli kieruje nimi czysta ciekawość.

Wracając do „Perfidii”, przywodzi ona na myśl pewną trochę już zapomnianą komedię wojennąStevena Spielberga, zatytułowaną po prostu „1941”. Rzecz traktuje o wojennej panice, jaka wybuchła w Los Angeles w grudniu 1941 roku po druzgocącym ataku japońskiego lotnictwa na Pearl Harbor. W Mieście Aniołów spodziewano się, że skośnoocy żołnierze cesarza lada chwila wmaszerują w równym szyku na plażę w Santa Monica – i w filmie Spielberga fanatyczny dowódca łodzi podwodnej, komandor Mitamura (grany przez Toshiro Mifune), wspomagany przez nazistowskiego oficera, istotnie postanawia zaatakować samo serce Ameryki: Hollywood. Problem w tym jedynie, że myli Fabrykę Snów z nadbrzeżnym lunaparkiem.

Ellroy w „Perfidii” nie polemizuje naturalnie z komedią sprzed ponad trzech dekad. Tak się jednak składa, że fabuła jego nowej powieści jest osadzona w tym samym kontekście historycznym. Trzech pracowników departamentu policji LA próbuje wyjaśnić tajemnicę wymordowania całej rodziny japońskich farmerów – nie jest to wygodny moment na tego rodzaju śledztwo w metropolii ogarniętej rasową nienawiścią wobec japońskiej diaspory i histerycznymi poszukiwaniami potencjalnych zdrajców. Tak czy owak, każdy z bohaterów ma przy okazji jakąś osobistą sprawę do załatwienia. Wojna może w tym przeszkodzić, ale może również pomóc.

Bo czym jest wojna? Wojna to ten moment, w którym możesz legalnie nienawidzić i zabijać. Wojna to też cenny towar – zawsze znajdzie się ktoś, kto stanie do licytacji, zainwestuje. Wojna to zatem okazja dla cynicznych inwestorów, ryzykantów i poszukiwaczy przygód. Krótko mówiąc: wojna to ruch w interesie. Prawdziwa szansa. 

Perfidia | James Ellroy | przeł. Zbigniew Kościuk | Sonia Draga 2015

Trzy powieści Ellroya na start

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

„Czarna Dalia”

Co łączy dwóch byłych bokserów zatrudnionych w policji Los Angeles? Zagadkowa kobieta, z którą obaj mieszkają. Oraz inna kobieta, zamordowana, poćwiartowana i porzucona na pustej posesji. Brian De Palma nie potrafił porządnie zekranizować tej książki – może dlatego, że jest po prostu za dobra na film.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

„Tajemnice Los Angeles”

Policja jako mafia przejmująca rynek prochów i burdeli? Proszę uprzejmie. U Ellroya ma to siłę antycznej tragedii i epicki rozmach godny Tołstoja. W tym wypadku ekranizacja okazała się znakomita, choć i tak nawet w przybliżeniu nie oddaje fabularnego skomplikowania pierwowzoru.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

„Amerykański spisek”

„JFK dostał to, na co sobie zasłużył” – powiada Ellroy o zamachu w Dallas i przedstawia prezydenta Kennedy’ego jako żałosnego seksoholika i nielolajnego głupka. Ale jeszcze ciekawszy w tej powieści jest wszechwładny szef FBI J. Edgar Hoover, gotów przehandlować honor Ameryki w imię walki z czerwonymi.