Czwartkowy wieczór w lipcu, pod kasą w Teatrze Polonia kłębi się zbity tłum. Odbieram swoje zaproszenie, mówiąc, że potrzebuję dziś tylko jednego miejsca. Drugie oddaję kobiecie, która przez chwilę nie może uwierzyć w swoje szczęście. Kiedy wejściówkowicze wpadają na widownię, w mgnieniu oka obsiadają schody. Nie grają dziś „Danuty W.” ani innego monodramu Krystyny Jandy, ale spektakl z Dorotą Kolak i Mirosławem Baką. Przed kilku laty wystąpili z sobą na tej samej scenie w „Seksie dla opornych” i sukces tej skromnej komedii musiał zaskoczyć samą szefową Polonii.

Baka i Kolak są dla gdańskiego Teatru Wybrzeże tymi, kim kiedyś byli Janda i Janusz Gajos dla warszawskiego Powszechnego. Gwiazdami pierwszej wielkości, gwarantującymi entuzjastyczny odbiór przedstawienia. Jednak w Warszawie nie byli dotąd aż tak rozpoznawalni. Oczywiście występowali w kinie, ale w przypadku Doroty Kolak wspaniała filmowa kariera wybuchła stosunkowo późno. Mirosław Baka po olśniewającym debiucie w „Krótkim filmie o zabijaniu” Krzysztofa Kieślowskiego pojawiał się głównie w rolach mocnych charakterów, w obrazach różnej jakości. Obojgu nie zależało na ogólnopolskiej popularności. Nigdy nie mieli pomysłu, aby opuścić Trójmiasto i szukać wyzwań bardziej na świeczniku.

Tylko z pozoru to zaskakująca decyzja. Szefowie Wybrzeża pod nich projektują repertuar. Nie zapomnę wstrząsającej Kolak w „Słodkim ptaku młodości” Tennessee Williamsa i „Zmierzchu bogów”, opartym na scenariuszu filmu Viscontiego (oba w inscenizacji Grzegorza Wiśniewskiego), ani szekspirowskich kreacji Baki – Hamleta, z którego uczynił czarny charakter, oraz Makbeta (wyreżyserował je były szef Wybrzeża, nieżyjący już Krzysztof Nazar). Nie zapomnę ich fenomenalnego duetu w „Tytusie Andronikusie” Szekspira w wersji Moniki Pęcikiewicz, gdzie wspinali się na szczyty okrucieństwa. Dorota Kolak jest w Wybrzeżu od 33 lat, Mirosławowi Bace w tym roku stuknie 28. Warto pamiętać o tym, patrząc na nich na scenie Polonii. Nie tylko dlatego, że i warszawska publiczność obdarzyła ich uwielbieniem. Bardziej dlatego, że niewielu mamy tej klasy aktorów.

„Seks dla opornych” Michele Riml powstał w koprodukcji Polonii z Wybrzeżem. Grano go na kameralnej scenie w Sopocie, kiedy nie można było pomieścić widzów na dużej scenie w Gdańsku. No i w Polonii – w sumie dotychczas 250 razy. Sztuczka jak sztuczka – niezbyt wyszukana komedia o małżeńskiej parze, która wyjeżdża do hotelu, aby na nowo wzniecić w sobie żar namiętności. Wychodzi z tego mnóstwo zabawnych sytuacji oraz życiowych obserwacji, seks jest doskonałym tematem do żartów. Na koniec zaś prosta konkluzja, że lepiej pozostać sobą, akceptując własne ułomności, niż udawać kogoś innego. Nic nadzwyczajnego, ale Kolak i Baka dali przeciętnemu dramatowi życie. Sprawili, że w Barbarze i Karolu przejrzeli się widzowie. Spektakl chwilami przechodził w farsę, co także spodobało się publiczności. Innym, nie gorszym kluczem otworzył tę sztukę Henryk Jacek Schoen w krakowskim Teatrze Bagatela, grając ją bardziej serio jako historię małżeńskiego wypalenia.

„Raj dla opornych” przynosi kolejne spotkanie z tą samą parą bohaterów, też jest komedią, ale zdecydowanie bardziej gorzką. Barbara i Karol wybierają się na wymarzony biwak nad jeziorem. Chcą się oderwać od problemów, na nowo odnaleźć siebie. Mają od czego uciekać – mężczyzna po wielu latach stracił pracę, ich syn poszedł w narkotyki. Przyszłość jest niewiadomą, trudno zagłuszyć w sobie strach przed starością. Barbara i Karol korzystają z każdej okazji, by coś sobie wyrzucić, aby nawzajem się rozliczać. Więcej tu realizmu społecznego niż farsy, Kolak i Baka częściej stawiają tym razem na ton serio. Ich śmieszność rodzi się mimochodem, może dlatego bywa przejmująca. Krystyna Janda daje aktorom gwiazdorskie solówki, chcąc, jak rozumiem, sprawić frajdę publiczności. Mogłaby tego nie robić, ale trudno. Bliskości widzów z postaciami nie burzy nawet ta trzecia, Diana, nie wiedzieć czemu grana przez Aleksandrę Konieczną w nieznośnej manierze grubej farsy. Kiedy w finale Kolak i Baka zastygają w milczeniu, mam poczucie, że między sceną a widownią pojawia się poczucie wspólnoty – pragnienie, aby tym dwojgu mimo wszystko się udało.

Kilka dni później. W Teatrze Na Woli grają „Dziwny przypadek psa nocną porą” – dramat Simona Stephensa według powieści Marka Haddona. Książki Haddona nie znam, podobno była bestsellerem. Stephensa pamiętam z wystawionej przed laty w Dramatycznym słabej „Pornografii”. Tym razem dostajemy opowieść bez mała kryminalną. Christopher jest chłopcem z zespołem Aspergera, znajduje w ogrodzie sąsiadki jej psa z widłami wbitymi w kark. Tknięty przeczuciem postanawia wyśledzić zabójcę zwierzęcia. Przy okazji poznaje mroczne sekrety świata dorosłych, wnika w społeczność swego miasteczka i pokonuje ograniczenia własnej choroby.

Czeski reżyser Jakub Krofta nie pierwszy raz pracuje na scenach Teatru Dramatycznego, raz z większym („Król Edyp”), a raz z mniejszym powodzeniem. Jest jednak przede wszystkim szefem artystycznym Wrocławskiego Teatru Lalek i wie, jak robić przedstawienia o młodych i dla młodych. Przed rokiem Ogólnopolski Konkurs na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej wygrał wrocławski „SAM, czyli przygotowanie do życia w rodzinie” – wyreżyserowane przez Kroftę znakomite lalkowo-aktorskie przedstawienie o chłopaku, który mierzy się z rozwodem rodziców, ich hipokryzją i przykrymi nawykami. W „Dziwnym przypadku...” bohater jest jeszcze bardziej nietypowy, jeszcze bardziej od Sama osobny. Christopher żyje bowiem we własnym, zniekształconym przez chorobę, a jednak równoprawnym naszemu świecie. Oblicza w mig najtrudniejsze działania, ale ma problem z rozpoznawaniem emocji. I je tylko żółte potrawy. Chodzi jak w transie, kiedy się zdenerwuje, zatyka uszy i krzyczy. Zasługą świetnego w tej roli Krzysztofa Szczepaniaka jest to, że nie widzimy w tym chłopaku innego, ale kogoś bliskiego, komu kibicujemy od pierwszej chwili i od tej pierwszej chwili przyjmujemy jego perspektywę. Szczepaniak skupia na sobie całą uwagę, nie popadając w sentymentalne nuty. Jest równie dobry jak Dustin Hoffman w „Rain Manie” Barry’ego Levinsona. Jego gra prowadzi całe widowisko.

Nie znaczy to, że „Dziwny przypadek...” jest pozbawiony wad. Dotyczą one konstrukcji samej sztuki Stephensa, pełnej czasem rażących uproszczeń. Zawodzi również rysunek postaci drugoplanowych, z rodzicami na czele. W dodatku rozgrywający spektakl w pustej przestrzeni Krofta daje aktorom Dramatycznego – co zrozumiałe – po kilka ról do zagrania. Dlatego muszą czasem w mgnieniu oka zmieniać sceniczne tożsamości i style grania, co zbyt często przypomina egzamin z zadań aktorskich, razi sztucznością. I tak kolejne wcielenia Tomasza Budyty osuwają się w niezamierzoną śmieszność. Agata Wątróbska odwzorowuje chód swej bohaterki, ale o psychologii zapomina. Łatwiej mają Marta Król i Marcin Sztabiński w rolach rodziców, choć także im przydałaby się większa amplituda emocji. Albo subtelność, z jaką trudną partię nauczycielki narratorki prowadzi Agnieszka Roszkowska.

Mniejsza z tym jednak, bo wypełniona po brzegi widownia Teatru Na Woli podąża krok w krok za Christopherem Szczepaniaka, gotowa podpowiadać mu podczas maturalnego egzaminu. Na koniec zaś zrywa się do stojącej owacji, jakby chciała więcej, by tylko odwlec rozstanie z tym chłopakiem.

Przecieram oczy i zapominam o swoich zastrzeżeniach. Tym razem to publiczność ma rację, a Dramatyczny będzie miał przebój. Blisko „Dziwnemu przypadkowi psa nocną porą” do „Raju dla opornych”, przy wszystkich dzielących te przedstawienia różnicach. Udowadniają one, że jest w Warszawie miejsce dla niegłupiego teatru środka, dla ludzkich opowieści, które nie rujnują, ale podnoszą na duchu. Ludzie czekają na takie historie, na podobnych do Barbary, Karola, Christophera bohaterów. Chcą komuś współczuć, z kimś się wzruszać. W życiu i w teatrze.