„Msza za miasto Arras” Janusza Gajosa w Teatrze Narodowym w Warszawie to rzadkie w naszych czasach spotkanie z aktorstwem najczystszym, najbardziej ascetycznym, ogołoconym ze wszystkiego, co zbyteczne. Kogo poza Gajosem stać dziś na taki gest?
Monodram według powieści Andrzeja Szczypiorskiego grany jest na Scenie Studio, najmniejszej w Narodowym, na tę okazję zresztą jeszcze pomniejszonej. Jest tylko wąski kwadrat pustej przestrzeni, z trzech stron otoczony krzesłami. Nic, tylko czerń tła za plecami bohatera. Puste krzesło zbite z kilku desek. Janusz Gajos pojawia się w tym ograniczonym do minimum świecie jakby do niego wepchnięty, jakby przychodził tu z ulicy, aby przed wąskim gronem widzów podzielić się swoją historią. Ubrany w popielatą marynarkę, wypuszczoną na spodnie koszulę. Wszystko w dobrym gatunku, skomponowane tak, aby niemalże zlewało się z tłem. I z twarzą starego aktora, na tę godzinę przybierającą barwę skruszonego popiołu. Czas odcisnął na niej swoje piętno, dał swoje doświadczenie los. Dziś Gajos wie o aktorstwie i teatrze tak wiele, by móc korzystać z tej wiedzy oszczędnie, niemal niedostrzegalnie. Stanąć i mówić – i samym głosem rysować przed oczami słuchaczy sugestywne obrazy. Siła tej sztuki opiera się na wyrzeczeniu wszystkiego, co buduje sceniczną iluzję. Niepotrzebne są rekwizyty, charakteryzacja, bogaty kostium. Wystarczy słowo i obecność.
Ile razy widziałem w teatrze coś podobnego? Kilka co najmniej, miałem i miewam swe wieczorne szczęścia. Kiedy Tadeusz Łomnicki grał „Ostatnią taśmę” Samuela Becketta, krył się za jej bohaterem, ale potem rozsadzał formę dramatu aż do wspaniałej etiudy z bananem i przeciąganego w nieskończoność słowa „szpulaaaaa”. Kiedy grał w „Ja, Feuerbach” Tankreda Dorsta, niemal unosił się nad sceną, pokonując siłę przyciągania. Dlatego łatwo było uwierzyć, że jest w stanie jednego wieczoru wcielić się w Leara i Ariela, zwiewnego ducha z Szekspirowskiej „Burzy”. W tym samym przedstawieniu na kilka minut pojawiała się Ryszarda Hanin jako kobieta szukająca swego psa. Stawała gdzieś z tyłu sceny, patrzyła jakoś w bok, jakby pragnęła pozostać niewidzialną. Epizod urastający do rangi wielkiej metafory, aktorstwo sprowadzone nie do popisu, zabawy we władzę albo dominację, ale do samego ludzkiego bytu. Pozbawionego wszystkiego, a przez to tak przejmującego.