Co prawda to, co znalazło się na „Encores”, trudno nazwać nowoczesnością, ale Aznavour na pewno nie przestaje być prawdziwy i wzruszający
Kiedy piszę piosenkę, to robię to tak, jakbym pisał scenę do filmu. Staram się być precyzyjny, zdarza mi się nie spać, bo nie mogę znaleźć odpowiedniego słowa do tekstu” – powiedział niedawno w jednym z wywiadów „Napoleon francuskiej piosenki”, jak jest nazywany od lat w Polsce Charles Aznavour. Dzięki temu jego piosenki są jak opowieści, mają początek, rozwinięcie i koniec, swoją dramaturgię, ale jednocześnie Charles brzmi w nich, jakby śpiewał bez wysiłku. Tak też jest na jego nowej, już 51. (!) płycie „Encores”. Co prawda słychać, że 91-letni Francuz pochodzenia ormiańskiego nie ma już takich warunków głosowych jak 20 czy 40 lat temu, ale wciąż czaruje nostalgicznym klimatem. To właśnie nostalgia i melancholia są znakiem rozpoznawczym Charlesa jako muzyka. Jak słusznie powiedział przed laty jego przyjaciel Jean Cocteau, przed Aznavourem rozpacz nie była ceniona. Kiedy świat usłyszał jego głos i teksty, to się zmieniło. Ale artysta słynie też z poczucia humoru, nawet jeśli kwestia dotyczy jego śmierci: taka plotka poszła świat cztery lata temu i Charles z uśmiechem ją dementował.
Występuje ponad 80 lat, śpiewał i tańczył, zanim skończył 10 lat. Do tej pory napisał ponad 1200 piosenek (wykonywał je w kilku językach), sprzedał ponad 180 milionów płyt, pojawił się w ponad 80 filmach, wciąż koncertuje, czarując na scenie. Jak sam przyznaje, scenicznej ogłady nauczył się od swojej przyjaciółki Edith Piaf: „Od niej dowiedziałem się, czego nie należy robić na scenie. Żadnego niepotrzebnego gestu. Piaf miała tylko jeden doskonały gest na całą piosenkę. Nauczyła mnie też, jak się właściwie uzewnętrzniać, chociaż niektórzy nie mają potrzeby uzewnętrzniania się. Chevalier powściągał emocje. Może dlatego ciągle wydaje się nowoczesny, nawet jeśli tematy jego utworów nie są nowoczesne”.