Legenda industrialnego grania, zespół Laibach, wystąpi w sierpniu w Korei Północnej. Słoweńcy nie są pierwszymi muzykami, którzy przebili się przez mur kraju nazywanego ostatnim bastionem totalitaryzmu
Beyoncé, Mariah Carey i 50 Cent grali dla członków rodziny Kaddafich, Sting wystąpił dla córki prezydenta Uzbekistanu Islama Karimowa, Manic Street Preachers dla Fidela Castro na Kubie, Jennifer Lopez zaśpiewała „Sto lat” prezydentowi Turkmenistanu, a Kanye West dla Nursułtana Nazarbajewa, „lidera narodu” kazachskiego. Muzycy wielokrotnie występowali dla dyktatorów czy władców krajów, którzy, delikatnie mówiąc, z demokracją nie mają wiele wspólnego. Artyści raczej się z tym nie obnoszą, choć za swoje koncerty zazwyczaj inkasują miliony dolarów. Zupełnie inaczej jest ze słoweńskim zespołem Laibach, który ze swojego sierpniowego występu w stolicy Korei Północnej Pjongjangu robi wielkie wydarzenie. Laibach nie są jednak pierwszym zespołem, który zawita do tego najbardziej zamkniętego kraju naszego globu, ale zapewne pierwszym, który robi z tego tak duży medialny show.
„Przygotowujemy na ten występ specjalny program, znajdą się w nim m.in. znane koreańskie pieśni” – zapowiadają członkowie Laibach w wywiadzie dla „Guardiana”. Pytani o to, czy nie boją się cenzury, odpowiadają: „Niespecjalnie, będziemy się zachowywać tak, jak na gości przystało”. Laibach zagrają dwa koncerty – 19 i 20 sierpnia – w ramach trasy Liberation Day. Koncert odbędzie się w Pjongjangu w ramach obchodów 70. rocznicy wyzwolenia Korei spod japońskiej okupacji w sierpniu 1945 roku. W miejscowym konserwatorium imienia słynnego kompozytora Kim Won Gyuna będzie mogło ich zobaczyć na żywo około tysiąca widzów. Chińskie biuro podróży Koryo Tours organizuje nawet wyjazdy na koncert Laibach, wraz ze zwiedzaniem stolicy. Za cztery dni trzeba zapłacić ponad 1500 euro, biuro nie daje jednak gwarancji, że zostaniemy wpuszczeni na koncert.