Jakkolwiek pompatycznie by to brzmiało, kryminały Raymonda Chandlera to być może jedne z najważniejszych tekstów XX-wiecznej literatury – a prywatny detektyw Philip Marlowe to zapewne jedna z najbardziej wpływowych postaci literackich, jakie w zeszłym stuleciu powołano do życia. Zwykły czytelnik (do tej kategorii zaliczam również siebie), choćby nawet doceniał rolę Chandlera w nadaniu kształtu współczesnej popkulturze, nie myśli jednak w tych kategoriach. Zwykły czytelnik ma inne priorytety: on chciałby więcej. Więcej Chandlera i więcej Marlowe’a.

Oczywiście rynek nie pozostaje głuchy na te pragnienia – podejrzewam, że każdego roku ukazuje się na świecie kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt powieści kryminalnych, w których pierwsze skrzypce gra sarkastyczny romantyk w chandlerowskim typie; gość nadużywa burbona, pakuje się w kłopoty i sypie bon motami. Większość tych prób to artystyczna katastrofa.

Pastisz (i to go między innymi odróżnia od parodii) jest rzemiosłem delikatnym – wymaga nie tylko pisarskiego talentu, lecz także dystansu wobec literackiej materii i szczególnego zmysłu równowagi pozwalającego nie przekraczać cienkiej granicy oddzielającej kreację od podróbki, umiar od przesady, styl od ornamentu. To trudne i rzadko się udaje.

Przychodzi mi do głowy jedynie dwóch autorów, którzy z figurą Marlowe’a poradzili sobie dość swobodnie. Tak się składa, że obaj, zarówno Craig Russell, jak i Philip Kerr, pochodzą ze Szkocji i mają bliskie związki z Niemcami. (Wspomnę na marginesie, że do tego towarzystwa doszlusował w zeszłym roku pewien Irlandczyk, Benjamin Black – to pseudonim wybitnego prozaika Johna Banville’a – wydając „Black Eyed Blonde”, oficjalną kontynuację serii o Philipie Marlowie. Recenzje w anglojęzycznej prasie były pozytywne).

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Russell zasłynął rozgrywającym się współcześnie w Hamburgu cyklem o policyjnym śledczym Janie Fablu, a w 2009 roku opublikował pierwszą część osadzonej w Glasgow lat 50. zeszłego wieku, chandlerowskiej z ducha serii z amerykańskim detektywem Lennoxem w roli głównej („Lennox”, wyd. pol. Buchmann 2012). O ile książki Russella o Lennoxie mogliśmy w polskiej wersji poznawać niemal na bieżąco, o tyle trylogię Philipa Kerra o Berniem Güntherze dostarczono nam dopiero po ćwierćwieczu: rozpoczynające ją „Marcowe fiołki” oryginalnie ukazały się w 1989 roku. Poza gapiostwem wydawców mogły o tym decydować wszelako czynniki pozaliterackie – główny bohater jest Niemcem żyjącym w czasach III Rzeszy, berlińskim gliniarzem, który wprawdzie uważa nazistów za bandycką zarazę, ale siłą rzeczy musi z nimi pracować. Czy obchodzono te świetne powieści z daleka, by nie nadwyrężać nader kruchej polskiej empatii względem zachodnich sąsiadów? Oczywiście nie mam pojęcia, to ledwie spekulacje.

Tak czy owak Kerr (rocznik 1956) jak nikt inny czuje chandlerowską frazę, wzbogacając ją o cięte – i czarne jak smoła – poczucie humoru właściwe berlińczykom oraz iście infernalny kontekst historyczny. Osobliwość (a także głęboka ironia) położenia Günthera polega na tym, że podąża on śladem przestępstw w świecie, w którym praktyczny monopol na zbrodnie ma totalitarne państwo. Owo państwo najpierw robi porządki na swoim podwórku, potem zaś w imię ideologii przystępuje do krwawej, ludobójczej wojny i uruchamia przemysłowe metody mordowania ludzi. Życie w tym świecie jest marną walutą, ale detektyw robi swoje, na przekór. Ryzykuje, bo ma niewiele do stracenia – z pewnością nie własną zszarganą reputację kolaboranta i śledczego do wynajęcia.

Książki Kerra o Güntherze zawdzięczają swój autentyzm i rozmach nie tylko dbałości o szczegóły, lecz także ambicjom autora wykraczającym poza działkę czysto kryminalną. „Jestem wierny tradycji europejskiej powieści politycznej. Polityka i moralność – o tym traktują te teksty. (...) Chodzi o to, żeby kryminał mógł zaoferować coś więcej niż konwencjonalne wyjaśnienie parszywej zbrodni (...), coś więcej niż poszatkowane ciało na stole sekcyjnym” – mówił autor w jednym z wywiadów.

Jak jednak pisać o ludziach Hitlera i nie popaść z jednej strony w maniakalne podkreślanie ich zbiorowej winy, a z drugiej – w tani fetyszyzm, wyśmiany niegdyś trafnie przez „Nazistów” Piotra Uklańskiego? „Da się to zrobić, jeśli potraktuje się ich po pierwsze jako mężczyzn i kobiety – jeśli odnajdzie się w nich człowieczeństwo. Jedyny sposób, by zrozumieć zbrodniarzy i wejść w ich skórę, bazuje na założeniu, że oni również na pewnym etapie swojej egzystencji byli całkiem normalnymi ludźmi”. To działa – Reinhard Heydrich budzi w powieściach Kerra zimne przerażenie dlatego, że dotykają go ludzkie słabości: ambicja, miłość własna, przekonanie o swojej sile i racji.

Po napisaniu trylogii – oprócz „Marcowych fiołków” to jeszcze „Blady przestępca” (1990) i „Niemieckie requiem” (1991) – Kerr zrobił sobie aż 15-letnią przerwę od Berniego i jego kolegów w stylowych mundurach. „Trochę za długo przebywałem w ich towarzystwie i poczułem, że potrzebuję prysznica”. Powrót Günthera na scenę zaowocował serią powieści o jeszcze mocniejszej, moralnie dwuznacznej wymowie. Ukazało się ich już siedem, z czego dotąd mieliśmy okazję przeczytać dwie – „Miłość i śmierć w Pradze” oraz „Był pan w Smoleńsku, kapitanie?”. Ta druga relacjonuje historię odkrycia zbrodni katyńskiej, ale z bardzo specyficznego, przynajmniej dla Polaków, punktu widzenia. A sporo jeszcze przed nami. Ciekawe, swoją drogą, co powiedziałby Raymond Chandler, gdyby się dowiedział, że jego Marlowe jest teraz Niemcem.