Swoje miejsce w Sali pod Liberatorem Muzeum Powstania Warszawskiego zająłem kilkanaście minut przed początkiem przedstawienia. I zobaczyłem coś na kształt nieformalnego jego prologu, zapewne nieprzeznaczonego dla oczu postronnych. Oto aktorzy spektaklu – dorośli i dzieci – zawieszeni gdzieś pomiędzy dwoma światami. Jeszcze prywatni, ale już jedną nogą w świecie przyszłej opowieści. Są ze sobą – to widać na pierwszy rzut oka. Przed rozpoczęciem gry koncentrują się we wspólnym kręgu. W innych okolicznościach taki gest mógłby się wydać pretensjonalny. Tym razem jest inaczej, patrzę na bliskość wykonawców z przejęciem, bo nie jest udawaną manifestacją. Przeciwnie, zespół „Ciekawej pory roku” czuje się wspólnotą, co będzie można odczuć podczas przedstawienia. Więcej, wspólnota rozciąga się także na publiczność.

Kilkoro dzieci w różnym wieku – Basia (Antosia Staszczak) w przyszłym życiu stałaby się szukającą miłości Basią zwaną Struną (Anna Mierzwa), a jeszcze później Panią Barbarą (Ewa Worytkiewicz), co obsesyjnie strzegła zamykania bramy. Maleńka Lilka (Adelka Schimscheiner) byłaby Kizią (Anna Smołowik), a Tadeuszek (Staś Sianko) Tadeuszem, do którego przylgnęła ksywka Dyguś (Sylwester Piechura). Jest jeszcze Eryk Niemiec (Olek Prus-Niewiadomski). W przyszłości, gdyby przyszłość była, stałby się Panem Zapominalskim (Tomasz Schimscheiner), bo stracił pamięć, każdy dzień jest dla niego niezapisaną kartą. I Antoś (Michał Strzałkowski), potem – jakie potem! – przykuty do inwalidzkiego wózka pan Antoni Od Ptaków (Wojciech Brzeziński), bo właśnie ptaki szczególnie go sobie upodobały, a on to przyjął i odwzajemnił.

Siłą spektaklu Agaty Dudy-Gracz jest ukryta pod oderwanymi od siebie sekwencjami prostota tej historii. Oto pożegnanie świata, który nie nadszedł. Spojrzenie na dzieci, którym nie dane było dorosnąć. Zabawy podwórkowe pod okiem aniołów (Emose Uhunmwangho, Bartosz Nowicki, Michał Kocurek), co nie dały rady, bo nie ustrzegły. Rytuały zalotów, oczekiwanie na uczucie, a potem dojrzewanie miłości. Śluby i narodziny dzieci, rozstania i powroty. Pojawiająca się niemal znikąd przemoc i wykluczenie. Wszystko to jednak jak najdalsze od publicystyki, za to zaskakująco komunikatywne. Duda-Gracz w swoim być może najlepszym autorskim scenariuszu nie boi się dziecięcej naiwności, łudzi nastrojem dziecięcych zabaw. Wszystko to jednocześnie pozór, bo przecież znamy finał tej opowieści, wiemy, że żadnej przyszłości nie było, ale też rzeczywistość, bo w tym momencie liczy się tylko czas teraźniejszy, trwająca właśnie chwila. Zostanie ona przerwana wraz z narastającą kakofonią wojennego kataklizmu. Trzeba się skulić, schować głowę w ramiona. Ale i to bez szans, bez ucieczki.

Agata Duda-Gracz nadaje przedstawieniu – znowu jedynie pozorną – formę ciągu luźnych sekwencji, często bez czytelnego początku i końca. Wprowadza je dziwaczny konferansjer, Pan Lato (Michał Staszczak), jedynie w kąpielówkach i z ozdobną parasolką. Dziwi się, że lato, pogoda piękna, a ludzie z miasta nie wyjechali, a przecież czekają morze, góry, las. Pan Lato z przyklejonym uśmiechem w mgnieniu oka przeistacza się jednak w opresyjnego instruktora nurkowania. Sam pojawia się na scenie w gigantycznych płetwach, ale kursanci muszą na jego komendę zakładać i zdejmować maski przeciwgazowe. Wiele jest w przedstawieniu celnych syntez, jak w scenie trzech pieśni, które nadały ton życiu nie tylko tego miasta. Zaczyna się od „Mazurka Dąbrowskiego”, potem pojawia się hymn Niemiec, aż wreszcie Związku Sowieckiego. Najpierw śpiewane są osobno, potem równocześnie, frazy się nakładają, przenikają. Piorunujące wrażenie robi sekwencja szkolna, kiedy aktorzy wnoszą ze sobą zniszczone ławki i zajmują w nich miejsca. Podejmują fragmenty nie tylko polskich tekstów założycielskich, jakby mierzyli się z dziedzictwem, jakiego nie mogli dotknąć. Dzieci siadają obok swych dorosłych nieistniejących odbić, po chwili towarzystwo się miesza. Kontekst wojny daje autorce widowiska szansę na własne odwołanie do „Umarłej klasy”, chociaż to oczywiście inne poetyki i o cytowaniu arcydzieła Tadeusza Kantora nie może być mowy.

Można uważać spektakl w Muzeum Powstania Warszawskiego za okrutną bajkę bez morału i szczęśliwego zakończenia. Demiurgiem tego świata zdaje się Pan Wojna (Cezary Studniak), który napędza zdarzenia. Jeszcze mocniej wypada Pan Strach (Tomasz Nosiński), czasem komentujący świat wspaniałą interpretacją „Summertime”, ale za chwilę kurczący się w sobie – sam strach właśnie. „Ciekawa pora roku” to najlepszy spektakl, jaki widziałem w MPW. Zwyczaj pozwala jednak tylko na kilka prezentacji. Warto wierzyć, że to nie jest mimo wszystko koniec „Ciekawej pory roku”, bo obroniłaby się znakomicie i bez kontekstu rocznicy powstańczego zrywu.

Ciekawa pora roku | reżyseria: Agata Duda-Gracz | Muzeum Powstania Warszawskiego