Autopromocja

"Marek Hłasko. Listy" - czekanie na szczęście

Hłasko Listy okładka
Hłasko Listy okładkaMedia
22 lipca 2014

Lektura „Listów” pokazuje nowy, niekoniecznie pasujący do obowiązującego wizerunek Marka Hłaski

Zbyt dobrze pamiętam tę egzaltację. Siedemnaście albo szesnaście lat, wyimaginowane „pierwsze kroki w chmurach” i silna fascynacja Markiem Hłaską, który tak dobrze wszystko wiedział i rozumiał. Był męski, cyniczny, doświadczony. Hłasko fascynował moje pokolenie nie tyle jako literat, co wyzywający men z petem w zębach, chociaż pisarzem też był przecież świetnym, a wrażenie, jakie swego czasu wywarły na mnie „Piękni dwudziestoletni”, „Ósmy dzień tygodnia”, „Drugie zabicie psa” czy „Sowa, córka piekarza” jest wciąż silne.

Kiedy w „Opowiem wam o Esther” pisał: „I zawsze koniec jest taki sam jak początek, i to wszystko, co dzieje się przez cały czas, dzieje się pomiędzy bólem dwojga ludzi, i zaczyna się bólem, i kończy się bólem”, mój siedemnastoletni ból istnienia również wydawał się przełomowy i najważniejszy, nie wyobrażałem sobie silniejszego. Z czasem wszystko zmalało, perspektywa się zawęziła, Hłasko też mi wypłowiał. Wciąż mam wprawdzie na półce wydaną wówczas i zaczytaną do ostatniego akapitu serię jego utworów, ale nigdy potem do Hłaski już nie wracałem. Nie było okazji ani ochoty. Polski James Dean stał się raczej postacią z anegdoty, biseksualnym kochankiem z piosenek Osieckiej i z rojeń Andrzejewskiego. Interesował mnie wyłącznie on sam, zapomniałem o dziele. Nie ja jeden, autor „Pierwszego kroku w chmurach” przestał być literackim czy artystycznym punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń, jego bunt, podobnie jak twórczość, przyspawany został na trwałe do PRL-u, ale bez oldskulowego wdzięku.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.