"Stacja Warszawa" to zdumiewający zbiorowy debiut. Kiedy wszyscy pracują na własne nazwisko, pięcioro młodych reżyserów postanowiło zrobić wspólny film
Maciej Cuske, Kacper Lisowski, Nenad Miković, Mateusz Rakowicz i Tymon Wyciszkiewicz – łączy ich edukacyjna przeszłość, wszyscy studiowali kiedyś w Szkole Reżyserii Andrzeja Wajdy, dzielą zawodowe doświadczenia, twórcze temperamenty, gusty i ambicje. A jednak wszyscy strzelali do jednej bramki. Inaczej niż w nowelowej „Odzie do radości” sprzed dziewięciu lat twórcy „Stacji Warszawa” nie zindywidualizowali własnych części filmowej układanki. To siła i słabość projektu. Siła, gdyż mimo wszystko udało się zachować stylistyczny balans; słabość – ponieważ obok świetnych sekwencji w filmie znajdują się wątki chybione i postaci zbędne.
Słyszałem, że pierwotnie film miał układać się w odrębne struktury, ale w trakcie montażu reżyserzy uznali, że mocniejszy będzie polifoniczny obraz wspólny. Efekt jest problematyczny. Pomysłów jest trochę za dużo, nie wszystkie sprawdzają się równie dobrze, bohaterowie pojawiają się i znikają, zagadkowy jest również rzadko poruszany w polskim kinie wątek religijny. Miejscami wydawało mi się, że chodzi o gorliwość neofity, miejscami – że o bluźnierstwo.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.