„Call girl” to kolejny szwedzki film o tym, że mężczyźni nienawidzą kobiet.
Debiutujący Mikael Marcimain przygląda się pracy luksusowych prostytutek przez przymknięte oczy i z oblaną rumieńcem twarzą. W swojej pruderii przypomina miłą dziewczynę, która przypadkiem zabłądziła do agencji towarzyskiej. Zawarte w „Call girl” przydługie monologi uciemiężonej waginy bardziej nużą, aniżeli szokują. Inaczej niż choćby Paul Thomas Anderson w „Boogie Nights”, szwedzki reżyser nie jest w stanie oddać na ekranie napięcia między poniżeniem bohaterek a magnetyzmem upominającego się o nie świata.
Pozostało 19% treści
Możesz czytać nasze artykuły dzięki partnerowi PWC.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.