Autopromocja

"Holy motors" - recenzja

"Holu motors"
"Holu motors"Media
14 stycznia 2013

„Holy Motors” zaczyna się od ujęcia widowni kinowej. Oglądamy siebie oglądających film. Seans nie będzie jednak typowy.

Leos Carax udowadnia, że kino to przede wszystkim wizualny fajerwerk. Ludyczna rozrywka, w której znajduje się miejsce zarówno dla melodramatu, jak i horroru, gwiazd i amatorów, dobrego i złego gustu. „Holy Motors” oferuje wszystkie tego rodzaju atrakcje za jednym zamachem. I ciągle mówimy o kinie arthouse’owym z wysokiej półki.

Bohater „Holy Motors” jest allenowskim „Zeligiem” nowych czasów. Profil prywatny jest częścią zbiorowego marzenia. Dzisiaj możemy być Marylin Monroe, jutro Natalią Siwiec. Chodzi zarówno o przemianę czysto zewnętrzną, efekt działania medycyny estetycznej, jak i metamorfozę osobowościową. Brawurowy Denis Lavant jako pan Oskar wciela się w rozmaite typy ludzkie – ich personalizacje otrzymuje w stosownej teczce. Za sprawą odpowiedniego makijażu, plastycznych masek i kostiumów zmienia się nie do poznania. Raz jest bezdomnym, innym razem ojcem, bankierem, żebraczką, specjalistą motion capture, akordeonistą albo mordercą. Widzowie śledzą te przebieranki z poczuciem rosnącej konfuzji. O co w tym wszystkim chodzi? Czy zabawa służy czemukolwiek? Zmieszanie widza zostało wliczone w cenę biletu. Carax miesza wysokie i niskie, zestawia stojącą na dachu wieżowca Kylie Minogue albo Evę Mendes podczas modowej sesji na cmentarzu z wyrafinowanymi aluzjami literackimi i filmowymi. Nade wszystko jednak przywraca kinu surrealizm. Zgodnie z definicją manifestu surrealistycznego w „Holy Motors” rzeczywistość została wyrażona za pośrednictwem „wizualnej percepcji wewnętrznej”. Logika wywodu jest zaburzona, wizja odpowiednio groteskowa, a warstwa znaczeniowa sprawia wrażenie długiego, halucynogennego ciągu dowolnych skojarzeń. Radością kinomana jest z kolei śledzenie intertekstualnych nawiązań. To nie przypadek, że rolę eleganckiej szoferki, pani Céline, zagrała w filmie Edith Scob, czyli Maria Dziewica z „Drogi mlecznej” Bunuela z 1969 roku, a Oscar odnajduje się w rzeczywistości rodem z „Gwiezdnych wojen” Lucasa.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png