Któż zna się lepiej na robieniu propagandy od ludzi, którzy przez dekady zjedli na niej zęby? Dlatego w nowych czasach spuścizna po starych specach znów jest w cenie.
Dziennik Gazeta Prawna
Poważne media zajmowały się kiedyś przekazywaniem informacji, oddzielając je od opinii i dbając o wiarygodność źródeł. Ideowa linia redakcji nie mogła wpływać na prawdziwość udostępnianych wiadomości, ponieważ obawiano się utraty zaufania odbiorców (od koloryzowania rzeczywistości były brukowce). Zbytnie spoufalanie się z jakąś partią oznaczało sprowadzenie się do roli jej organu medialnego, a to groziło nadszarpnięciem wiarygodności. Tak było od połowy XX w. i to tylko w krajach demokratycznych.
Reklama
Te standardy są już przeszłością. Polaryzacja społeczeństw oraz scen politycznych, a także pojawienie się mediów społecznościowych przyniosły radykalną zmianę. Tradycyjne media zamiast pełnej palety informacji zaczęły przekazywać ich wybiórczą interpretację. Ów wybór zależy od opcji politycznej, na którą się pozycjonują, oraz grona dobrowolnie zamykających się w informacyjnej bańce odbiorców. W efekcie chodzi nie o informację, lecz o utwardzanie ścian własnej medialnej bańki, by zamknięci w niej ludzie nie zaglądali do innych, obcych ideowo baniek.
W tym procesie Polska nawet wyprzedza Zachód, bo stare standardy wolności słowa nie zdążyły się nad Wisłą dobrze zakorzenić, a uczynienie z mediów publicznych tuby propagandowej rządu przyśpieszyło te zmiany. W rodzącej się obecnie nowej normalności bezcenne okazują się doświadczenia oraz dorobek takich osób, jak promowany ostatnio przez opiniotwórcze tytuły Jerzy Urban. W czasach komunistycznego reżimu wraz z kolegami doskonalił on umiejętność takiego operowania informacją, by odbiorca nie silił się na samodzielne myślenie.

Reklama

Dziennikarstwo polityczne

Redaktor Mieczysław F. Rakowski w latach 70. często powtarzał podwładnym, że dziennikarz musi być również politykiem i rozpatrywać to, co pisze, pod kątem politycznych priorytetów oraz skutków. Jako że był jednocześnie członkiem Komitetu Centralnego PZPR, redaktorem naczelnym organu prasowego partii – tygodnika „Polityka” – i posłem na Sejm, nikt w redakcji nie wątpił, iż wytyczne szefa są jak najbardziej uzasadnione. Komentując je w swoim dzienniku, sławny wówczas krytyk filmowy Krzysztof Mętrak notował: „Dziennikarstwo jest demagogią. Dlatego o Jerzym Urbanie mówią «świetny dziennikarz»”. Do osoby czołowego publicysty „Polityki” nie żywił przy tym zbyt ciepłych uczuć. „Kreatura grająca po stronie komunistów” – charakteryzował utalentowanego propagandzistę.
Urban nie był w epoce gierkowskiej kimś wyjątkowym. „Pisarstwo jest zajęciem politycznym” – tłumaczył w lutym 1975 r. twórcom obecnym na sali obrad XIX Zjazdu Związku Literatów Polskich Kazimierz Koźniewski. Członek zespołu redakcyjnego „Polityki” nie zaprzeczał, że w PRL istnieje cenzura i bardzo ogranicza swobodę twórczą, jednak w jego ocenie nie usprawiedliwiało to polskich autorów, którzy postanowili opublikować nieocenzurowaną książkę na Zachodzie. „Jeśli ktoś z nas decyduje się na współpracę z «Kulturą» w Paryżu, to ten ktoś musi przyjąć w konsekwencji pewne akty polityczne skierowane przeciwko jego osobie. Nie ma na to rady” – mówił.
Owe akty, czyli po prostu represje, zaczynały się od zakazu publikowania na łamach legalnych czasopism, występów w radiu i telewizji, a kończyły na całkowitym zniknięciu takiej osoby z przestrzeni publicznej, co wiązało się z uniemożliwieniem zarabiania na życie. Zgodnie z logiką prezentowaną przez Koźniewskiego twórca, który naruszał propagandowy obraz świata i sprzeciwiał się systemowi kontroli, a potem doświadczał prześladowań, był sam sobie winien. Przecież łamał zasady, choć je dobrze znał. Notabene Kazimierz Koźniewski wspierał reżim nie tylko piórem i zręczną retoryką. Zaraz po wojnie został tajnym współpracownik UB. Następnie pracował dla SB, z zaangażowaniem donosząc przez 40 lat na wszystkich kolegów i znajomych. Także tych całym sercem wspierających władzę ludową.
Przelicytować Koźniewskiego nie było łatwo, ale czasem się udawało. Dziennikarz „Miesięcznika Literackiego” oraz „Kultury” Andrzej Wasilewski starał się tak bardzo, że w końcu zaczął robić karierę w dyplomacji, a na początku lat 70. został zastępcą członka KC oraz dyrektorem Państwowego Instytutu Wydawniczego. Bywało, choć niezbyt często, że znani autorzy żądali publicznie od partii zaostrzenia represji wobec łamiących zasady kolegów. Wasilewski zaliczał się do takich nadgorliwców, acz chyba jako jedyny potrafił powiązać konieczność represji z potrzebą zachowania praworządności. Gdy wiosną 1980 r. opozycjoniści w środowiskach twórczych coraz śmielej podnosili głowy, podczas publicznej debaty w warszawskiej siedzibie ZLP Wasilewski wygłosił płomienny apel do siedzącego na sali Jerzego Łukaszewicza. Szef Wydziału Kultury KC usłyszał wówczas od swego protegowanego następującą wskazówkę: „To, z czym mamy do czynienia, z działaniem grup antysocjalistycznych, to nie są działania poza cenzurą, a działania poza konstytucją. Jakakolwiek decyzja byłaby podejmowana, zawsze musi być wyraźnie powiedziane – swoboda nie może dotyczyć dzieł nie mieszczących się w ramach konstytucji”. Wprawdzie w PRL zakresu władzy rządzących nie ograniczały de facto żadne normy prawne, lecz retoryka ich obrony prezentowała się znakomicie.

Iluzja jak rzeczywistość

Ludzie mediów i twórcy byli dla reżimu wyjątkowo ważni, bo umieli operować informacją. Większa od przeciętnej wrażliwość na znaczenie słów i obrazów powodowała, iż znakomicie nadawali się do manipulowania społeczeństwem.
Szczęściem dla rządzących liczni przedstawiciele wspomnianych grup nie odczuwali oporów przed wspieraniem reżimu. Najmniej zaś odstraszała ich konieczność permanentnego operowania kłamstwem, bo akurat to łatwo dawało się zracjonalizować. Kazimierza Koźniewskiego taksówkarz zapytał kiedyś: „A kiedy będziecie pisać prawdę?”. Zaskoczony tak prostym ujęciem tej zasadniczej kwestii autor poświęcił jej spory akapit w swych rozważaniach. „Otóż prawda szofera – i prawda każdego pojedynczego pisarza – to mogą być zupełnie inne prawdy. Sęk w tym, że prawd jest bardzo wiele!” – zapisał w podsumowaniu.
Ten punkt widzenia podzielało wielu żurnalistów i twórców, zakładając, iż wszystko zależy od okoliczności. Relatywizm powodował, że ich aktywność publicystyczna nie sprowadzała się do prób przedstawiania rzeczywistego świata, lecz snucia rozważań nad tym, jak udoskonalić jego wykreowany obraz. Czyniąc to, nie stroniono od dawania rad rządzącym, jak lepiej indoktrynować obywateli. Korespondent podczas procesów norymberskich, a następnie wieloletni dziennikarz „Trybuny Ludu” Karol Małcużyński, udzielając w 1975 r. wywiadu miesięcznikowi „Literatura”, stawiał pytanie: „Mamy zdolnych, inteligentnych i lojalnych dziennikarzy. Czy jednak są oni należycie wykorzystywani?”. Po czym sam udzielał na nie odpowiedzi. „Myślę, że zachęceni byliby oni w stanie stworzyć nowocześniejszy model propagandy, model podwójnie partnerski w stosunku do społeczeństwa i w stosunku do władz”.
Pomimo wysiłków gierkowskiej ekipy codzienna propaganda była jednak bardzo toporna. Za sztandarowy przykład tępej indoktrynacji uchodziła nadawana na antenie I programu Polskiego Radia audycja „Tu Jedynka”. Program powszechnie wyśmiewano z powodu niskiego poziomu merytorycznego i intelektualnego. W końcu dwaj dziennikarze „Polityki” – Michał Radgowski i Adam Krzemiński – za wiedzą redaktora naczelnego napisali artykuł wzywający władze do opamiętania. „Wygląda na to, że «Jedynka» powstała w intencji wzmożonej ofensywy ideologicznej przeciw kapitalizmowi, jego obyczajowości i kulturze. Zapewne także dla zwiększenia wiedzy o stosunkach międzynarodowych. Są to motywy zrozumiałe i do zaakceptowania. Ale gorzej już z samą robotą” – pisali. Następnie z zapałem wyliczyli słabości programu, podkreślając sztampowość audycji, brak wyobraźni u prowadzących, nudne felietony oraz głupie wpadki na antenie. Coś tak beznadziejnego nie miało szansy skutecznie indoktrynować odbiorców. Ten skądinąd słuszne uwagi tylko rządzących zirytowały i pełen dobrych rad tekst zdjął Główny Urząd Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk.
Niezrażony takim potraktowaniem kolegów Jerzy Urban w październiku 1978 r., tym razem na łamach „Przekroju”, postanowił poradzić reżimowi, jak wychowywać młode pokolenie, by chciało ono trwać wiernie przy realnym socjalizmie. Ganił przy tym osoby odpowiedzialne w państwie za propagandę, oskarżając je o partactwo i sztampę, które przenosiły się na fatalne efekty przy „manewrowaniu ideowym potencjałem uczniów”. „Potrzebna zaś jest inżynieria społeczna o socjalistycznej orientacji i życie polityczne, które prowokowałoby starcia postaw życiowych i przynosiło uczniom konieczność dokonywania wyboru, np. przyjaźni i orientacji koleżeńskiej według kryteriów ideowych między innymi” – pisał. Cóż, młodzi ludzie kierowali się nadal indywidualnymi gustami i odczuciami, zamiast obowiązującą ideologią. „Obecnie bowiem z pozycji ucznia można i opłaca się być wszechstronnie «za»: za wszystkimi tatusiami i mamusiami jak lecą, za brylantem na palcu koleżanki jako wielką, więc godną eksponowania, wartością, za socjalizmem, który na co dzień świetnie montuje się we łbie ucznia czy studenta ze wszelkimi nierównościami” – biadał Urban, słusznie prorokując, iż tak słaba indoktrynacja młodych ludzi może się kiedyś zemścić. Tymczasem cenzor – zamiast docenić wywód autora tak gorąco pragnącego pomóc reżimowi – po prostu zdjął artykuł, zamiatając istotny problem pod dywan.

Do czego służy żurnalista

Wbrew pozorom dola autorów, którzy chcieli wspierać oficjalną propagandę, nie była więc w PRL taka lekka. Rządzący bali się zbyt swobodnej dyskusji nawet o metodach najskuteczniejszej indoktrynacji. Gdy zatem w dobrej wierze niektórzy propagandziści zdobywali się na śmiałość wyrażania poglądów w tej materii, karano ich nawet czasowym zakazem publikacji. Ta szykana, dyscyplinująca nadgorliwców, nie omijała nawet najwierniejszych z wiernych, takich jak Urban. Zazwyczaj nie zmieniało to ich życiowego wyboru. Tłumaczono go różnie – w zależności od tego, czy robił to sam zainteresowany, czy inni. „Lubią życie, sybarytyzm (wyjazdy etc.), «światowość» – są to ludzie zdolni, którzy nie dzielą niedoli (a jeśli, to nigdy nie zdecydują się na protest). Prawdopodobnie w każdych warunkach ustrojowych funkcjonowaliby podobnie” – twierdził w 1979 r. Krzysztof Mętrak. „Nie są to ludzie, dla których niezależność jest naczelną wartością, ale dostosowanie się do układu i racjonalizowanie go” – dodawał. Inaczej swoją wierność reżimowi tłumaczył uważający się za dziennikarza polityk Mieczysław F. Rakowski. „Należę do tych Polaków, których na początku lat 70. urzekła wizja Polski nowoczesnej, dostatniej, sprawnie kierowanej, wizja przedstawiona przez PZPR i jej przywódcę Edwarda Gierka. Wizja ta ku zadowoleniu wszystkich Polaków, kochających swój kraj, nie pozostała na papierze” – pisał na łamach „Polityki” w styczniu 1978 r. Rakowski podkreślał przy tym nadrzędność komunistycznego państwa nad jego obywatelami.
Z kolei Jerzego Urbana najbardziej przekonywała do służby władzy okazywana przez nią dbałość o… prawa jednostki. Odwoływał się przy tym do słów wygłoszonych na spotkaniu z robotnikami „Ursusa” pół roku po brutalnym spacyfikowaniu ich protestu. „Edward Gierek sformułował wielkiego znaczenia politycznego myśl o istnieniu obywatelskiego prawa do deklarowania niezgody na posunięcia władz, pod warunkiem, że sprzeciw wyrażany będzie we właściwych formach. Owe formy właściwe dopiero muszą zostać ukształtowane i to przez samą praktykę życia politycznego” – pisał Urban w kwietniu 1977 r. Fakt, iż żadna legalna forma okazywania sprzeciwu przez środowiska robotnicze nie była wcześniej możliwa, tłumaczył dość prosto: „Każda forma ludowładztwa wymaga długiego czasu, by okrzepła i wpasowała się w system życia publicznego”.
W PRL system polityczny, rozwój gospodarczy oraz rządy ludu nijak nie chciały wyglądać w praktyce tak, jak prezentowało się to w teoriach klasyków komunizmu. Diametralne rozmijanie się teorii z praktyką stwarzało mnóstwo problemów propagandowych. Na dokładkę mnożyły je same władze, zdecydowanie woląc, żeby ich polecenia wykonywali zrównoważeni, o pokolenie starsi konformiści. Wystarczająco doświadczeni, żeby unikać własnych przemyśleń. Tacy jak Jerzy Putrament czy zastępca redaktora naczelnego „Kultury” Bohdan Czeszko. Tego drugiego Krzysztof Mętrak opisywał następująco: „Bohdan Czeszko – postać tragikomiczna. (...) Ideowy konformizm, zawsze na usługach (...). Za wszelką cenę chce poprawić swój obraz u «naczalstwa», które mogło mu mieć za złe wybryki – wyprowadzany (pijany – przyp. aut.) z Sejmu”. Autor licznych gloryfikujących PRL książek, reportaży i artykułów Bohdan Czeszko podobne zadanie, jak Mętrak o nim, miał o wysoko cenionym kolejno przez Bieruta, Gomułkę i Gierka konkurencie – Jerzym Putramencie. „Ta hiena znowu połknęła haczyk i wypluła całą wędkę” – opowiadał znajomym w 1979 r. o redaktorze naczelnym tygodnika „Literatura”, dodając z pogardą: „«Usługowiec» – potępi każdego, kogo mu wskażą, ubierze to w stylistyczne przysiudy z pozorami nonkonformizmu”.
Propagandziści ostro rywalizowali między sobą, ciągle obawiając się, że w staraniach o przychylność rządzących ubiegnie ich jakiś zdolniejszy konkurent. Największą zaś słabością ekipy Gierka było to, że pozwalała, by takie starcia wygrywali nie najzdolniejsi, lecz najbardziej posłuszni.

Gdy prawda zaskrzeczy

Pierwsze lata rządów Edwarda Gierka okazały dla propagandzistów rajem na ziemi. Dzięki zachodnim kredytom szybko i odczuwalnie poprawiał się standard życia większości obywateli. W tych okolicznościach pisanie peanów na cześć władzy było zajęciem łatwym, a jednocześnie nie kompromitowało autora w oczach czytelników. „Śmiały import nowoczesnej techniki, sięganie po zagraniczne kredyty i kupowanie licencji – oto podstawowe formy naszego gospodarczego otwarcia” – podkreślał w 1975 r. Urban. Twierdząc przy tym, że swą nową polityką ekonomiczną partia buduje „socjalistyczne społeczeństwo otwarte”. Głównymi atutami nowych Polaków miały być: mobilność, samodzielność, kreatywność i pragmatyzm.
„Ustrój socjalistyczny odrzuca panowanie rynku bardziej z powodu jego skutków społecznych niż gospodarczych. Pierzemy na sucho, a nie w konkurencyjnej wodzie rynku” – zachwycał się felietonista Daniel Passent, podkreślając przewagi realnego socjalizmu nad kapitalizmem. Dla osób będących filarami prorządowej propagandy bunt robotników w Ursusie, Radomiu i kilku innych miastach w czerwcu 1976 r. był przykrym epizodem, uświadamiającym im słabości gierkowskiego „cudu gospodarczego”. Nie zmieniło to jednak ich postawy. Mieczysław F. Rakowski w materiale Polskiej Agencji Interpress, dostarczającej informacje zagranicznym mediom, przeanalizował wydarzenia, wychodząc od karkołomnej tezy, iż tłumy zachodnich dziennikarzy ściągnęły po czerwcu 1976 r. do Polski nie strajki, lecz fakt, że rząd… wycofał się z podwyżek cen żywności. Redaktor zastanawiał się też, czy władze popełniły wcześniej błąd. Ostatecznie uznał, że tak, ponieważ uznały, że społeczeństwo docenia to, co dzięki rządom Edwarda Gierka zyskało. Według Rakowskiego receptą na zaistniałą sytuację było: „poprawienie komunikacji na linii władza – robotnicy”.
Nieco inaczej widział to Jerzy Urban. Dla niego dekada gierkowska to okres „nieodpychania nikogo” oraz podejmowania przez władze dialogu. Pomimo takiej otwartości i liberalizmu „nieliczne, niechętne naszemu ustrojowi jednostki – jak to określił Edward Gierek – wykorzystały konflikt czerwcowy jako pretekst do podjęcia akcji politycznej i poszukały poparcia wśród ludzi, których I Sekretarz nazwał skłonnymi do ulegania emocjom, a pozbawionymi doświadczenia politycznego” – podkreślał publicysta. Niepokoił go fakt, że demokratyczna opozycja zdobyła się na tworzenie pierwszych organizacji negujących ustrój polityczny PRL. Jednak od narodzin KOR czy ROPCiO publicystę bardziej martwiła sytuacja ekonomiczna kraju. Strach przed krachem, który mógłby przynieść społeczny bunt, taki jak w grudniu 1970 r. na Wybrzeżu, znów skłonił go do próby udzielenia rządzącym dobrych rad. „Nasz ustrój jest pierwszym w dziejach i jedynym na świecie, który usiłuje pogodzić pełne zatrudnienie z wysoką wydajnością pracy” – pisał w styczniu 1979 r. Urban. „Na razie, jeśli chodzi o nasz kraj, to w pełni udaje nam się tylko to pierwsze, przy czym zatrudnienie jest nadmiernie wysokie, a wydajność nadmiernie niska” – kontynuował. Zaproponował nawet, by rządzący rozważyli większy zakres swobód dla prywaciarzy, czym natychmiast zainteresowała się cenzura.
Wraz z pogłębianiem się kryzysu gospodarczego zmieniał się ton przekazu serwowanego odbiorcom przez czołowych gazetowych propagandzistów. W przeciwieństwie do programów informacyjnych w radiu i telewizji, nie odklejali się oni zupełnie od rzeczywistości. Gdyby to zrobili, ryzykowali całkowitą utratą wiarygodności nawet u wiernego grona czytelników. Dlatego zazwyczaj zręcznie łączyli elementy propagandowej fikcji z prawdą, bo taka mieszkanka okazywała się łatwiejsza do przełknięcia. „Lata siedemdziesiąte zaowocowały wieloma osiągnięciami bezspornymi dla Polski, które są sukcesami bez żadnych «ale» i zanegować by ich nie mogli ani wrogowie, ani malkontenci. Pamięci o nich nie powinny przesłaniać żadne trudności, niepowodzenia, jakich doznaliśmy na innych polach, ponieważ myślenie o przyszłości musi mieć za podstawę realną i prawdziwą ocenę dokonań” – tak podsumowywał Jerzy Urban VIII Zjazd PZPR w lutym 1980 r. Wkrótce gwałtownie biedniejące społeczeństwo zerwało się do buntu i narodziny NSZZ „Solidarność” zmiotły gierkowską ekipę. Dobrze miewający się w latach 70. propagandziści znakomicie odnaleźli się też w PRL rządzonym przez gen. Jaruzelskiego. Ba, niektórzy dopiero rozpoczynali swe imponujące kariery. Ich późniejsze sukcesy dowodzą, że i dziś trudno o lepszych nauczycieli zwłaszcza dla młodego pokolenia wchodzącego dopiero w świat nowej normalności.