- To jest właśnie zła baśń XXI wieku – osamotnienie, izolacja, oddzielenie. Wyraża ona najgłębszy lęk, że nasi sąsiedzi nie będą mogli nam pomóc, albo ich pomoc okaże się nieistotna - mówi w rozmowie z DGP Przemysław Czapliński literaturoznawca, historyk i krytyk literatury. Profesor na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej UAM. Autor kilkunastu książek, m.in. „Polska do wymiany”, „Resztki nowoczesności”, „Poruszona mapa”.
Reklama
200 lat temu Thomas Malthus ostrzegał, że przyrost ludności doprowadzi do katastrofy, a sto lat później niemiecki filozof Oswald Spengler wydał słynne dzieło „Zmierzch Zachodu”. W ostatnich latach w kulturze wizja końca jest już zaś wszechobecna.
To ponure, ale w ciągu 30 lat przeżyliśmy dwa końce historii. I oba, jak się okazało, należy odwołać.
Pierwszy to ten ogłoszony przez Francisa Fukuyamę?
Zgadza się. Fukuyama pod koniec lat 80. zobaczył na własne oczy upadek ZSRR i stwierdził, że dobiegł końca proces tworzenia ustrojów politycznych. W XX w. upadały po kolei: państwo teokratyczne, faszyzm i komunizm. Na scenie została demokracja liberalna i to ona – wedle amerykańskiego politologa – wyznacza kres zbiorowych poszukiwań optymalnej formacji politycznej. Dalszy ciąg historii, zdaniem Fukuyamy, miał być rozwiązywaniem problemów wewnątrz demokracji liberalnej, natomiast sam system wydawał się nieprzekraczalny.
I ten koniec został odwołany?
Wbrew temu, co twierdziło wielu polemistów, koncepcji tej nie podważyła ani wojna w byłej Jugosławii na początku lat 90., ani konflikt z Irakiem, ani zamach na World Trade Center. Rzeczywisty kres tego sposobu myślenia nastąpił wtedy, gdy ujawniły się sprzeczności wewnętrzne – między kapitalizmem i demokracją oraz między demokracją i liberalizmem.
Zacznijmy od sprzeczności pierwszej, którą zauważyła literatura przedmiotu.
Kapitalizm powoduje nierówności tak głębokie, że zaprzeczają one samej zasadzie równości – w dostępie do władzy, możliwości dobrego życia, wobec prawa. Wskazują na to zasady reprodukcji statusu uprzywilejowanych: pieniądze pozwalają forsować korzystne ustawy, różnicują społeczeństwo w dostępie do opieki medycznej czy nauki. Jeśli demokracja jest ustrojem zapewniającym możliwość przełożenia zbiorowych problemów i poglądów na decyzje władzy, to kapitalizm redukuje ów ustrój do potrzeb i przekonań grup najbardziej wpływowych. I dzisiejsze działania prorównościowe okazują się w tym względzie niewystarczające.
Druga sprzeczność?
Dobra relacja między demokracją a liberalizmem polega na tym, że demokracja dąży do zapewnienia coraz pełniejszego udziału w sprawowaniu władzy jak największej części społeczeństwa, natomiast liberalizm chroni prawa jednostki. Tworzą one ustrój, w którym parlament reprezentuje zróżnicowane poglądy, a niezależne instytucje skutecznie kontrolują przestrzeganie prawa przez władzę. Niedobra relacja między demokracją a liberalizmem wyłoniła się w Unii Europejskiej, gdy okazało się, że połączenie tych dwóch koncepcji wymaga zasady delegowania władzy na instytucje oddalone od obywateli unijnych, a nawet od parlamentów poszczególnych państw.
Takie instytucje o charakterze eksperckim zawiadują gospodarką, ustalają dopuszczalny poziom długu publicznego, kwoty dopłat do rolnictwa itd.
Nie chodzi mi o osłabienie suwerenności państw członkowskich UE, lecz o decyzje, przy których nawet sam Parlament Europejski niewiele ma do powiedzenia. W ten sposób narodził się – zwłaszcza w Europie Środkowo-Wschodniej – liberalizm niedemokratyczny. Określeniem tym posłużył się Yascha Mounk w inspirującej książce „Lud kontra demokracja”. Liberalizm niedemokratyczny autor definiuje jako „prawa bez demokracji”, przez co należy rozumieć podejmowanie kluczowych decyzji poza obiegiem demokratycznym. W Polsce zapadały one zwłaszcza w latach 1989–1993: wprowadzenie religii do szkół, wynegocjowanie treści dokumentów konkordatowych, utworzenie komisji ds. zwrotu majątku kościelnego, zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej, przegłosowane przez parlament wbrew żądaniu referendum, pod którym złożono milion podpisów. To kluczowe decyzje dla kształtu polskiej demokracji podjęte z pominięciem procedur demokratycznych. Mówiąc nieco ogólniej: liberalizm niedemokratyczny zakłada ochronę wolnego słowa, wyznania, zrzeszania się przy słabnącej reprezentacji potrzeb i poglądów ludu. Książka Mounka pozwala zrozumieć, jak ogłoszony przez Fukuyamę koniec historii doprowadził do demokracji nieliberalnej. Czyli demokracji bez praw.
A drugi koniec historii? On też powinien zostać odwołany?
Tak, choć powody będą nieco bardziej złożone. To koniec, który zajmuje nas wszystkich i wszystkim przysparza zmartwień. Wiąże się z czynnikiem pozaludzkim – klimatem. O ile ustroje polityczne można poprawiać, a nawet zmieniać w stosunkowo krótkim czasie, o tyle klimatu nie da się „ustalić” w głosowaniu parlamentarnym czy referendum. W procesach demokratycznych można jedynie zgodzić się na wspólne działania z tym związane. Jeśli w niektórych krajach takie głosowania się odbywają, to dlatego, że coraz powszechniejszy jest lęk przed klimatyczną apokalipsą. I właśnie ten koniec należy odwołać.
W jakim sensie?
Zabrzmi to dziwnie, ale wydaje mi się, że właśnie tak rzecz należy ująć: końca świata nie będzie. Apokalipsy nie będzie. Końca historii nie będzie. Będzie coś o wiele gorszego.
Co jest gorsze od apokalipsy?
Snujemy opowieści o apokalipsie klimatycznej, ponieważ niesie ona w sobie egalitarne pocieszenie związane ze wspólnym losem. Apokalipsa przywraca sens końcowi, bo ujmuje go w ramy sądu powszechnego i moralnego: zginie wszystko i wszyscy – to nowina straszna, a zarazem na swój sposób konsolacyjna. Wyobrażamy sobie, że nie będzie ludzi, ale dodajemy do tego, że nie będzie w ogóle niczego. I właśnie ta wizja końca chroni nas przed czymś gorszym.
Mianowicie?
Grozi nam przewlekły rozpad struktur zbiorowego życia. Nie nastąpi koniec historii, bo nawet gdyby z powierzchni planety miały zniknąć wszystkie ssaki, z ludźmi włącznie, zostałyby owady, bakterie, drobnoustroje. A także beton, plastik, odpady chemiczne. Historia planety postludzkiej nadal byłaby historią. Ale nawet takiego końca nie będzie.
Od czegoś musi się jednak zacząć taki przewlekły kryzys.
Od czegokolwiek by się zaczął, uderzy w państwo. Załóżmy, że kryzys klimatyczny pojawia się pod postacią niedoborów wody, a potem problemów z energią elektryczną. Brak wody i prądu w miastach jest równoznaczny z zagrożeniem epidemiami. Ci, którzy wyruszą na wieś, wywołają efekt migracji wewnętrznej – gwałtownego przemieszczania się tysięcy ludzi. Wszystko to oznacza sprawdzian dla państwa – dla jego instytucji opiekuńczych, ochrony zdrowia, transportu, zaopatrzenia w wodę i żywność. Dla policji, wojska, zakładów pracy. I dla sposobu sprawowania władzy. Im dłuższy kryzys, tym poważniejszy sprawdzian – aż do rozpadu państwa.
O tym mówią dziś powieści i filmy?
W monografii Lecha Nijakowskiego „Świat po apokalipsie” znajdziemy przegląd kilkuset tekstów kultury popularnej mówiących o społeczeństwie w czasach postapokaliptycznych. Część fabuł tych filmów i powieści w ciekawe pomysły interpretacyjne ujął Przemysław Witkowski w książce „Chwała supermanom”, silniej wiążącej popkulturę z ideologią. Obaj autorzy na różne sposoby nakłaniają nas do pytania, skąd bierze się i co skrywa gwałtowny przyrost opowieści o życiu po końcu. A bierze się z lęku, że dotychczasowe formy życia zbiorowego wypracowane przez ludzkość mogą okazać się nietrwałe. Dramatycznej aktualności nabiera książka Haralda Walzera „Wojny klimatyczne” – ze znamiennym podtytułem: „Za co będziemy zabijać w XXI wieku?”. Będziemy zabijać za wodę i przestrzeń nadającą się do życia. Ale to zabijanie nie zatrzyma postępującego rozpadu państwa.
Państwa upadną, ale co dalej?
Po rozpadzie państwa jest już tylko „Mad Max”. Mówiące o tym fabuły zyskują wagę wtedy, gdy jakiś autor wiąże lokalne tradycje i problemy z nagłą zmianą historii. Symptomatyczne wydaje mi się, że upadek państwa pojawia się jako punkt wyjścia w fabułach amerykańskich czy australijskich, natomiast nie w europejskich. Być może horyzont polityczny na naszym kontynencie sięga właśnie tych granic: wyobrażalny jest głęboki kryzys państwa i jego struktur, natomiast niewyobrażalny jest ciąg dalszy. Dlatego większość tekstów koncentruje się na okresie względnego panowania nad kryzysem. Najciekawsze wydaje mi się przy tym, że fabuły o zagrożeniach środowiskowych w szczególny sposób przecinają się z myśleniem Yaschy Mounka. Zbieżność polega na tym, że kryzys klimatyczny jest punktem zapalnym kryzysu politycznego. A ten drugi, co widzimy w powieściach i filmach, prowadzi do ustrojowej hybrydy – do demokracji stanu wyjątkowego.
Według Mounka kilka państw – w tym Polska – przeszło już do demokracji nieliberalnej. Co na ten temat mówi nam literatura?
Literatura oczywiście nie cechuje się precyzją wykładu z politologii, ale z jej perspektywy historia zmierza raczej w stronę hybrydy, w której obowiązuje przewlekły, niekończący się stan wyjątkowy. W imię porządku pozwala on odwołać wszelkie prawa – człowieka i obywatela. Szczególna pod tym względem wydaje mi się powieść „Wyspa” islandzkiej pisarki Sigríður Hagalín Björnsdóttir: po nastaniu kryzysu rząd krok po kroku pozbawia kolejne grupy praw obywatelskich, a na końcu praw ludzkich. Najpierw uprzywilejowane są osoby z islandzkim obywatelstwem, później już tylko ci, którzy mają islandzkich przodków. Tej części populacji państwo zapewnia racjonowaną żywność i leki oraz – coraz słabszą – ochronę przed rozbojem. Republika przemienia się najpierw w system segregacyjny, a potem w państwo nacjonalistyczno-faszystowskie. Wszystko to pod sztandarami demokracji. A nawet z zachowaniem procedur demokratycznych, takich jak wybory. Następuje więc mocne sprzężenie zwrotne między poczuciem zagrożenia doświadczanym przez obywateli a selekcyjnymi i eksterminacyjnymi decyzjami władz. Społeczeństwo niemal co chwilę głosuje za kolejnymi restrykcjami – najpierw wymierzonymi w przybyszy (w tym również turystów), a potem w obywateli niepochodzących z małżeństw islandzkich. Na przykładzie tej fabuły można rozumieć, dlaczego koniec nie będzie końcem.
Dlaczego?
W warunkach kurczących się zasobów dóbr podstawowych podstawą demokracji stanu wyjątkowego będzie, mówiąc najprościej, panowanie nad definicją obywatelstwa.
Ale to już nie jest nawet namiastka demokracji.
Właśnie dlatego tak ciekawe jest to, że w powieści Björnsdóttir rząd trzyma się kurczowo nomenklatury demokratycznej i zabiega o legitymację społeczną. Zza karkołomnych operacji językowo-prawnych wyłania się kolejny problem dzisiejszych państw i społeczeństw. Retoryka kryzysu wcale nie prowadzi do mobilizacji solidarnościowej, lecz dokładnie przeciwnie – do rozbudzania postaw egoistycznych. Panika klimatyczna nie sprzyja więc przygotowaniu zmian świadomościowych związanych z ochroną planety. Przygotowuje grunt pod zmiany ustrojowe – pod wypracowanie zgody większości na demokrację stanu wyjątkowego.
Serial „Rok za rokiem” wydaje mi się wspaniałą odpowiedzią na pamiętne stwierdzenie Margaret Thatcher: „Nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo. Są tylko pojedynczy mężczyźni, kobiety i rodziny”. Serialowa odpowiedź brzmi: istniejemy!
A w jaki sposób kryzys klimatyczny oddziałuje na inne sfery życia zbiorowego?
Załamują się wszystkie koncepcje solidarystyczne. W tej kwestii powieść islandzkiej pisarki mówi mniej więcej tyle, że nie istnieją dziś w Europie ani trwałe tradycje, ani żywotne praktyki wspólnotowe. Nie powstała tożsamość obywatelska, europejska ani tym bardziej kosmopolityczna – a tylko one nakłaniałyby społeczeństwo do działań solidarnych, obejmujących obcokrajowców czy mieszkańców nierdzennych. W takiej sytuacji więź narodowa jest najprostszą, choć okrutną odpowiedzią na pytanie, kogo należy objąć opieką.
Mimo wszystko jakieś elementy solidarności pozostały.
Wcale nie! Nacjonalizm nie działa skutecznie. Po pierwsze, aby go wprowadzić w majestacie prawa, trzeba skierować społeczną niechęć ku obcym – rozbudzić egoizm, który oddziela obywateli od przybyszów. Później ten pęd ku segregacji prowadzi do rozdzielenia rodzin, których niektórzy członkowie mają obywatelstwo nabyte. Rozbudzona ksenofobia wręcza „prawowitym” obywatelom nadwyżkę siły – prawo do egzekwowania segregacji w życiu codziennym. I tej przemocy, jako regulatora relacji społecznych, już nikt nie zdoła wycofać z życia zbiorowego. W „Wyspie”, podobnie jak w „Opowieści podręcznej” Margaret Atwood, od razu część tej energii zostaje skierowana do wewnątrz. Co powoduje, że powracają relacje przemocowe między płciami: mężczyźni „odwołują” wszystkie zasady równościowe i zaczynają rządzić kobietami, redukując je do ciał. Ale ich niewolnictwem rządzi niedobre prawo odwróconej proporcji: wpływ na kobiety – objawiający się pod postacią gwałtów, aresztów domowych, sprowadzenia ich do roli sarkofagów na płody – jest substytutem panowania nad rzeczywistością. I będzie trwał albo nawet będzie się zaostrzał, im bardziej cała reszta będzie się wymykać spod kontroli.
Istnieje już jednak pewna świadomość związana z potencjalnymi konsekwencjami kryzysu ekologicznego, może jest to dla nas jakaś szansa?
Największy problem polega na tym, że wyobrażenie nadchodzących dramatów wywoływanych przez klimat zamiast aktywizować postawy proekologiczne, budzi anachroniczne tęsknoty za silnym porządkiem ustrojowym. Pierwsze objawy kryzysu uruchamiają matrycę męsko-nacjonalistyczną. Tyle że jej działania są spóźnione i kompletnie nieadekwatne. Jeśli nie ma tradycji, do których można się odwołać, a także konkretnych praktyk, które można zastosować, to najszybsze okażą się reakcje paniczne.
Tylko że panika to tak naprawdę jeszcze większa bezradność.
Daje ona iluzoryczne poczucie odzyskiwania kontroli. Po jednej stronie mamy wysychanie rzek, podnoszenie się poziomu mórz i oceanów, rosnące zanieczyszczenie powietrza, ginące gatunki zwierząt, a po drugiej – jako rzekomo adekwatne działanie – całkowity zakaz aborcji, zamykanie granic przed uchodźcami, agresywna kampania przeciw LGBT. Dlatego konieczne jest drążenie zagubionych idei solidarystycznych i wyszukiwanie słabo widocznych praktyk. To właśnie domena literatury.
Jak przeformułować demokrację, aby pozwalała nam rozwiązywać problemy klimatyczne?
Nie da się zapobiec katastrofie bez zmiany podejścia do natury. A nie da się zmodyfikować podejścia do natury bez zmiany demokracji. Już kilkadziesiąt lat temu Bruno Latour stwierdził, że trzeba środowisko naturalne włączyć do demosu. Czyli wprowadzić reprezentantów wód, świata roślinnego i zwierzęcego do sejmików regionalnych i parlamentu krajowego. Musi nastąpić poszerzenie reprezentacji politycznej: obok posłów prawicy, lewicy, centrum i wszelkich innych możliwych opcji muszą pojawić się posłowie reprezentujący środowisko naturalne. Do tego konieczne jest przedefiniowanie tożsamości politycznej człowieka oraz zmiana demokracji.
Kultura podsuwa nam jakieś rozwiązania?
Weźmy pod uwagę znakomity serial o brexicie „Rok za rokiem”. Pewnego dnia – trochę podobnie jak w USA w 2008 r. – upada jeden z banków, co wywołuje bankructwo wielu innych. Do kryzysu ekonomicznego w Wielkiej Brytanii dochodzą kryzys migracyjny oraz problemy klimatyczne – przewlekłe opady powodują zalanie wielu miast na wybrzeżu, więc tamtejszą ludność trzeba przemieścić w głąb lądu i zapewnić jej schronienie. W odpowiedzi na skomasowany kryzys wprowadzona zostaje demokracja stanu wyjątkowego. Podobnie jak w powieści „Wyspa” władza zabiega o poparcie społeczne – do tego stopnia, że premier Wielkiej Brytanii przyjmuje zapis o obowiązkowym udziale w wyborach. Widzimy jednak, że tego typu demokracja, zamiast poszerzyć udział obywateli w sprawowaniu władzy, poszerza zakres kontroli państwa. Równolegle trwa oddzielanie „obywateli” od „obcych”: migranci zostają najpierw namierzeni, potem osadzeni w tymczasowych obozach dla przesiedleńców, a następnie przewiezieni do obozów koncentracyjnych. Eksterminacja ma nastąpić niejako samoistnie – trochę tak jak w obozach koncentracyjnych, w których Anglicy w 1905 r. zamknęli Burów. Na ten właśnie przykład historyczny jako wzór powołuje się serialowa premier Wielkiej Brytanii.
Nawet jeśli rządy byłyby w stanie sięgnąć po taki wzór, to potrzebne jest jeszcze wsparcie albo przynajmniej milcząca akceptacja społeczeństwa.
W powieści „Wyspa” – podobnie jak w powieści Jakuba Żulczyka „Czarne słońce” – poparcie społeczne dla segregacji stosowanej przez rząd istnieje. Inaczej w serialu „Rok za rokiem”. Wydaje mi się on wspaniałą odpowiedzią na pamiętne stwierdzenie Margaret Thatcher z 1987 r.: „Nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo. Są tylko pojedynczy mężczyźni, kobiety i rodziny”. Serialowa odpowiedź brzmi: istniejemy! Społeczeństwo istnieje! Serial koncentruje się na rodzinie – trzypokoleniowej i modelowo zróżnicowanej: jest tu osoba niepełnosprawna, gej, są rozwodnicy i ich wielorasowe dzieci, są ludzie ze średnio atrakcyjną pracą i ludzie, którzy stracili prawie wszystko. Są tacy, którzy zatrzymali się na etapie telefonu komórkowego, i tacy, którzy marzą o zintegrowaniu swojej świadomości z internetem. Prosto, a zarazem mądrze twórcy serialu wyszli z założenia, że jeśli spiętrzony kryzys jest sprawdzianem dla społeczeństwa, to najpierw musi zdać go rodzina. Gdyby jej członkowie mieli kłopoty z akceptacją i solidarnością, np. z czarnoskórym dzieckiem, gejem czy jego ukraińskim partnerem, to jak moglibyśmy oczekiwać, że większość społeczeństwa zachowa się inaczej wobec problemów masowych?
A jak w popkulturowych wizjach końca wyglądają relacje między państwami?
Zestawmy „Rok za rokiem” z norweskim serialem „Inwazja” oraz francuskim serialem „Trepalium”. Każdy z nich wskazuje na kolejny syndrom kryzysu – osamotnienie państwa. Wydaje mi się charakterystyczne, że wielu twórców stosuje przy tej okazji baśniowe „nagle”: w powieści „Wyspa” pewnego dnia Islandia została odcięta od świata – nie można tam dotrzeć ani stamtąd wyjechać; w serialu „Inwazja” pewnego dnia Norwegię najechały oddziały zielonych ludzików z Rosji, a sojusznicy nie udzielili jej pomocy; w „Rok za rokiem” pewnego dnia Wielka Brytania wyszła z Unii i została pozostawiona sama sobie; w serialu „Trepalium” pewnego dnia Francja znalazła się w głębokim kryzysie, a państwa sąsiednie nie mogły czy nie chciały jej wesprzeć… To jest właśnie zła baśń XXI w. – osamotnienie, izolacja, oddzielenie. Wyraża ona najgłębszy lęk, że nasi sąsiedzi nie będą mogli nam pomóc albo ich pomoc okaże się nieistotna. Oznacza to jednak, że współczesna wyobraźnia zbiorowa przeżywa głęboki kryzys zaufania do struktur ponadnarodowych.
Kto pierwszy wyjdzie na ulicę w sprzeciwie wobec braku odpowiedniej reakcji państwa na zmiany klimatyczne?
W ogromnym skrócie ująłbym to tak: po kryzysie 2008 r. na ulice wyszła klasa średnia. W Nowym Jorku, Madrycie, Londynie ludzie protestowali w imię większej kontroli nad kapitalizmem. Było to również podszyte lękiem przed obniżeniem poziomu życia. Przed tym, że dzieciom nie uda się osiągnąć poziomu życia rodziców. W Polsce protesty przeciw naruszaniu niezależności sądów, a także strajk nauczycieli to również wystąpienia klasy średniej. Z kolei zeszłoroczne wystąpienia żółtych kamizelek we Francji były dziełem klasy ludowej. Średniacy mają jeszcze trochę przestrzeni, w którą mogą spaść, a klasa niższa już nie ma dokąd. Właśnie ten problem wyostrza serial „Trepalium”. Hierarchię życia społecznego wyznacza tam praca: kto ją wykonuje, ma pensję, mieszkanie w mieście, jakieś perspektywy. Ludzie bez pracy wegetują w podmiejskich slumsach, gotowi przyjąć każde zlecenie. Spod powierzchni tego podziału wyłazi struktura klasowa: wyższa zarządza, średnia pracuje, niższa dogorywa. Bardzo niekorzystna dla społeczeństwa jest sytuacja, w której utrata pracy oznacza spadek na sam dół. To okrutna prawidłowość kapitalizmu. Ale jeszcze gorzej robi się wtedy, gdy sama przynależność klasowa decyduje o możliwości zdobycia pracy. Bo oznacza, że starania o zatrudnienie i poprawę życia były rozstrzygnięte, zanim się zaczęły.
Kryzys klimatyczny zaostrzy podziały klasowe?
Może. Konflikt społeczny objawi się pod postacią podziału na gniewnych i wściekłych. Obie grupy to nie członkowie klasy średniej i ludowej, lecz ci, którzy będą wierzyć w szanse współdziałania, oraz ci, którzy wiary takiej nie będą mieli. Klasa wściekłych stanie się zbiorową furią. Zapobiec temu mógłby taktyczny sojusz między klasą ludową a średnią z troski o naturę. Bo środowisko naturalne powinno stać się przedmiotem wspólnych starań. Taki sojusz mógłby wywrzeć nacisk na polityków, na zmianę prawa, szukanie innych źródeł energii. Ale powinien też objąć sferę publiczną, czyli edukację, ochronę zdrowia i komunikację. Dałoby to również nieco mocniejsze podstawy dla przetrwania przyszłego kryzysu.
Powiedział pan, że końca świata nie będzie, ale to nie znaczy, że będzie dobrze.
Nie chodzi o to, aby zacząć myśleć w kategoriach wyrzeczeń i braków – że trzeba wyrzec się mięsa, zrezygnować z plastikowych siatek, ograniczyć jeżdżenie samochodem. Chodzi o hojność. O to, by ludzie obdarzyli środowisko naturalne prawem do istnienia. W przeciwnym razie upały, brak wody i energii pociągną za sobą reżim stanu wyjątkowego, a potem rozpad struktur państwa. A wtedy będzie jak w scenariuszu „Mad Maxa” – permanentna wojna wszystkich ze wszystkimi o wszystko. Być może tak właśnie przedstawia się przyszłość: albo wymyślimy równościową utopię nadającą obywatelstwo środowisku naturalnemu, albo skończymy na pustyni. Pustynia przetrwa.
W serialu „Trepalium”. hierarchię życia społecznego wyznacza praca: kto ją wykonuje, ma pensję, mieszkanie, perspektywy. Ludzie bez pracy wegetują w podmiejskich slumsach, gotowi przyjąć każde zlecenie