statystyki

Treliński: W erze mediów społecznościowych, kino, literatura i teatr mają zupełnie inne znaczenie [WYWIAD]

autor: Magdalena Rigamonti17.01.2020, 06:00; Aktualizacja: 17.01.2020, 08:46
Mariusz Treliński dyrektor artystyczny Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie, reżyser operowy, filmowy i teatralny fot. Maksymilian Rigamonti

Mariusz Treliński dyrektor artystyczny Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie, reżyser operowy, filmowy i teatralny fot. Maksymilian Rigamontiźródło: DGP

Ten rów, od wieków wykopany pomiędzy panami i chłopami, przeorał całkowicie naszą świadomość i jest czymś, co wraca nieustannie, do dziś jest elementem podziałów politycznych.

Słyszę, że Austriacy rozumieją naszą „Halkę”.

U nas „Halka” to elementarz, dzieło, które potrafi zanucić niemal każdy. Na świecie jest jednak praktycznie nieznana. Trudno to sobie wyobrazić, ale zamówienie opery wiedeńskiej jest jednym z jej pierwszych wystawień w poważniejszym teatrze.

Wcześniej nikt jej nie chciał?

Niestety. Były jedynie występy gościnne.

Bo słaba? Bo Moniuszko jest nudny?

Była postrzegana jako utwór anachroniczny, hermetyczny, opowiadający o historii odległej, może ważnej, lecz zrozumiałej tylko dla Polaków. Podobnie jest zresztą postrzeganych wiele innych naszych autorów – jak choćby Mickiewicz, Słowacki czy Schulz – którzy wciąż wymagają odkrycia.

Walka o wolność, o niepodległość, do tego nieszczęśliwa miłość – to tematy uniwersalne.

Tak, jeżeli nada im się uniwersalne znaczenie. Myślę, że mogły pojawiać się wątpliwości, czy to dzieło ma siłę autonomiczną.

I pan też miał wątpliwości, ale skoro był Rok Moniuszkowski, to trzeba było „Halkę” wystawić?

„Halka” została zamówiona przez Wiedeń już cztery lata temu, Rok Moniuszki to szczęśliwy zbieg okoliczności. To, że ma to być spojrzenie z zewnątrz, publiczności wolnej od założeń i oczekiwań, przesądziło, że zdecydowałem się na realizację. Postanowiłem „Halkę” zobaczyć na nowo.

By nie była tak hermetyczna?

Zastanawiałem się, co w niej jest istotne i żywe. W Polsce od lat gramy nie „Halkę”, a wyobrażenie „Halki”. Postanowiłem odwrócić kanon wykonywania tego dzieła, odrzeć je z kontekstu narodowego i dziewiętnastowiecznego, a także z kostiumu.

Pan jest dyrektorem Opery Narodowej, a wynarodowia pan „Halkę”.

Próbuję odnaleźć w niej pierwotną siłę. Moje inscenizacje zawsze pozbawiam zewnętrznych ozdobników, odzieram z folkloru, aby dotrzeć do sedna, do człowieka, do istoty dramatu. Opery często grzęzną w pustym estetyzmie: to nie corrida jest istotą „Carmen”, to nie parasolki i kwiaty wiśni są esencją „Madame Butterfly”, to nie góralszczyzna jest tematem „Halki”. Tenor Piotr Beczała walczył przez lata o to, by „Halkę” ktoś zechciał wystawić. Jest szansa, że po premierze w Wiedniu i transmisji telewizyjnej opera ta znajdzie należne jej miejsce. Czyniliśmy o to duże starania. Miejmy nadzieję.

Czyli to jego pomysł.

Jego. Piotr od wielu lat pracuje na całym świecie. Ma zupełnie inną perspektywę –

śpiewa arie rosyjskie, francuskie, włoskie, lecz nie polskie. My w świecie operowym, poza Pendereckim i Szymanowskim, niemal nie istniejemy. Jest coś niesamowitego w tym, że po tylu latach pracy Piotr (Jontek) śpiewa w ojczystym języku, po polsku. Po próbie muzycznej mezzosopran Natalia Kawałek (Zofia) powiedziała, że „Szumią jodły” w jego wykonaniu powinno się nagrać i puszczać każdemu Polakowi, a jak się nie rozpłacze, to mu odbierać obywatelstwo. (śmiech)

Magazyn DGP 17.01.20

Magazyn DGP 17.01.20

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

W pana „Halce” Jontek jest kelnerem w hotelu w Zakopanem. Akcja nie dzieje się w połowie XIX wieku, nie ma góralszczyzny...


Pozostało jeszcze 72% treści

2 dostępy do wydania cyfrowego DGP w cenie
9,80 zł Za pierwszy miesiąc.
Oferta autoodnawialna
PRENUMERATA 2020

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie