W pierwszych powojennych latach, aby wydostać się z Polski, trzeba było z niej uciec. W czerwcu 1951 r. kilku rybaków porwało własny kuter
Reklama
magazyn okładka 3 stycznia 2020 / Dziennik Gazeta Prawna
Łajba nazywała się „Walery” i była typową łodzią rybacką – z maleńką kabinką dającą niewielkie schronienie przed deszczem oraz wiatrem. Był jednak koniec czerwca i nie padało, więc rejs zapowiadał się przyjemnie. Mimo to młodzi rybacy byli zdenerwowani.
Dwa tygodnie wcześniej ich plan nie wypalił, bo burzowe opady zalały otwór we włazie beczki, w której schowali się dodatkowi nielegalni pasażerowie. Cudem się nie udusili, lecz ucieczkę trzeba było odłożyć. Z kolei tydzień później kontrola Wojsk Ochrony Pogranicza była wyjątkowo drobiazgowa, jakby żołnierze dostali cynk, że szykuje się grubsza afera. Nic nie znaleźli, jednak wypłynąć w morze nie pozwolili. Wśród spiskowców pojawiły się też podejrzenia, że ktoś sypie.

Reklama
Teraz też sprawy nie wyglądały różowo. – Nie wypłyniecie, jest was za mało – oznajmił rybakom wopista. Ich nalegania na nic się nie zdawały. Dopiero gdy zjawił się sam dyrektor przedsiębiorstwa i wspomniał coś o narzuconych przez centralę planach, o 100 tonach zaległości i o młodej, zgranej załodze, żołnierz zdecydował się wypuścić „Walerego” w morze.
27 czerwca 1951 r. łódź wypłynęła z portu w Kołobrzegu i już nigdy do niego nie wróciła.

Myśli o horyzoncie

Józef Tchorek opowiadał mi, że chciał zostać pilotem. Nie dlatego, że kochał latanie. Po prostu wydawało mu się, że tak najłatwiej będzie uciec z Polski – a o tym marzył już od sześciu lat. Był młody, ale pod koniec wojny działał w partyzantce AK i na zawsze zapamiętał strach przed aresztowaniem i katownią bezpieki.
Kiedy przyszedł czas odbycia służby wojskowej, lekarz stwierdził u niego zbyt wysokie ciśnienie, by mógł zostać pilotem. – To może choć do marynarki? – Tchorkowi zaświtał w głowie nowy plan. Lekarz zgodził się, podpisał papiery i tak chłopak przez kolejne dwa lata pływał na ORP „Błyskawicy”. Jednak o ucieczce z okrętu nie mogło być mowy.
Aby nie tracić kontaktu z morzem, Tchorek zgłosił się na kurs szyprów: postanowił zostać rybakiem. – Tu przypadkowo poznałem Mietka Nycza – wspominał. – Gdy się trochę zapoznaliśmy, opowiedział mi, że ma ojca w Kanadzie. Pomyślałem, że mamy ten sam cel, ale muszę być bardzo ostrożny. Po zakończeniu kursu Mietek dostał pracę jako motorniczy na kutrze „Walery” w Kołobrzegu. Natomiast ja musiałem jeszcze przejść dodatkowe kursy na innych jednostkach. Pracowaliśmy ciężko, ale mieliśmy zarobek i mogłem szukać odpowiednich ludzi do ucieczki – dodawał.
Nycz nie miał AK-owskiej przeszłości, ale świadomość, że za oceanem ma rodzinę, sprawiała, że o ucieczce z PRL myślał równie intensywnie co Tchorek. – Chciałbym się przekonać, co jest tam za horyzontem – tak zagaił rozmowę z Tchorkiem po kilku setkach wódki. Także odbył dwuletnią służbę w Marynarce Wojennej i tak jak on pozostał na Pomorzu jako rybak. Mężczyźni zamieszkali razem, dużo pracowali, a czas wolny dzielili między picie w tawernach i poszukiwanie wspólników do ucieczki. W tej chwili najważniejsze było jednak to, by zdobyli pracę na tym samym kutrze. I w tym akurat pomógł im przypadek, który wiele mówi o atmosferze, jaka panowała w ówczesnej Polsce.
Podczas jednego z rejsów kuter Tchorka natknął się na niemieckich rybaków. Po krótkiej rozmowie ich kapitan podarował mu paczkę papierosów. – Po powrocie, choć robota w porcie nie była skończona, jeden z moich ludzi gdzieś zniknął, a po pół godzinie zostałem aresztowany i oskarżony o szpiegostwo – wspominał.
– Dwa dni później miałem proces, na sali był nawet ówczesny minister żeglugi. Dzięki temu, że na rozprawę przyszło wielu moich kolegów z wojska i kursów, którzy krzykiem zmusili władzę do uwolnienia mnie z postawionych zarzutów, szybko wyszedłem na wolność. Na drugi dzień poszedłem do biura z prośbą o przeniesienie mnie albo zwolnienie z pracy. Zgodzili się przenieść mnie na „Walerego” – opowiadał Tchorek.
Od tego momentu sprawy posuwały się już szybko. Z planami ucieczki zostało zaznajomionych jeszcze kilka osób załogi kutra: Tadeusz Szkodowski, Aleksander Pikuła, Marian Wróblewski i Leon Basiak. Tchorek i Nycz byli jednak na tyle ostrożni, że czterej pozostali uczestnicy spisku nie wiedzieli, kto do niego jeszcze należy. – Chcieliśmy, by w razie wpadki jak najmniej z nas zostało aresztowanych – wspominał Nycz.
Ich pomysł, by uciec do Szwecji, był rozsądny, bo granica morska Polski Ludowej była stosunkowo najłatwiejsza do przekroczenia. Choć zainstalowano na morzu urządzenia wykrywające ruch, które wystrzeliwały rakiety sygnalizacyjne, to pogranicznicy zazwyczaj ignorowali alarmy, bo najczęściej wywoływały je dzikie zwierzęta. Nie było tu zasieków z drutu kolczastego, jak na granicy południowej. Nie było też wykarczowanego i zaoranego pasa ziemi, który ciągnął się przez 80 proc. granic lądowych Polski, a który stworzono, wycinając 1374 ha drzew – tak wiele, że protestowali nawet sowieccy botanicy. Siłą rzeczy mniej było też patroli WOP. Jeśli więc nie samolotem, ucieczka statkiem była rozwiązaniem najsensowniejszym.

Epidemia znikających kutrów

Kutry były popularnym środkiem transportu nielegalnych uciekinierów z PRL. Już w 1946 r. „Koł-1” wypłynął z Kołobrzegu i obrał kurs na Szwecję. Ale załoga miała pecha: po pewnym czasie zepsuł się silnik, uciekinierzy musieli wezwać pomoc i aby zatrzeć dowody ucieczki, zatopili łódź – na pomoc czekali w wodzie. Więcej szczęścia miał „Koł-2”. Podczas połowu do sterówki weszło trzech członków załogi i – początkowo prośbą, a później grożąc bronią – zażądało od szypra skierowania kutra do Ystad. Ten dostarczył uciekinierów do szwedzkiego portu, gdzie oddali się w ręce policji. A szyper powrócił do Polski.
Rok później miała miejsce sytuacja wyjątkowa – Dania odmówiła azylu polskim rybakom. Kilku marynarzy z „Gdy-19” sterroryzowało pozostałą załogę, zaś szypra zamknęło w kajucie. W pewnym momencie zerwał się sztorm, porywacze nie potrafiąc zapanować nad łodzią, uwolnili go – on zaś, wykorzystując sytuację, dobił do portu na Bornholmie, gdzie wszyscy zostali aresztowani i odstawieni do kraju.
Kutry porywali jednak nie tylko członkowie ich załóg. W październiku 1949 r. – jak czytamy w raporcie WOP – miał miejsce bezprecedensowy przypadek na granicy morskiej. „Nieustaleni początkowo sprawcy obsadzili w nocy znajdujący się w porcie Władysławowo w remoncie kuter «Wła-49» i korzystając z ruchu wychodzących na połowy innych kutrów, niepostrzeżenie wyszli z portu. Bez przeszkód dotarli do Szwecji. Jak wykazało przeprowadzone dochodzenie, organizatorami tej akcji było dwóch osobników znających dobrze stosunki panujące w porcie. Zabrali oni ze sobą kilka bardzo dobrze zarabiających osób z tzw. światka spekulanckiego – nowobogackich”.
Koszmarem dla wopistów musiał być dzień 21 grudnia 1948 r. Jak donoszono w meldunku sytuacyjnym sporządzonym tydzień później, tego dnia „wypłynęły na połów ryb z portu Gdynia dwa kutry – «Gdy-25» i «Gdy-144», które z powrotem do portu nie wróciły. Również w tym dniu w godzinach nocnych wymknął się niepostrzeżenie na morze znajdujący się w Stoczni Gdyńskiej w remoncie kuter «Gdy-143». Według posiadanych wiadomości ww. kutry zawinęły do portów Szwecji, zabierając z Polski ok. 24 osoby. Bliższych szczegółów odnośnie do tego przypadku na razie brak. Dochodzenie w toku”.
Tylko w okresie od stycznia 1948 r. do marca 1949 r. do Szwecji porwano 22 łodzie, na których znajdowało się łącznie prawie 90 osób. Ale kutry nie były jedynym dostępnym środkiem transportu wodnego. Henryk Kula w książce poświęconej granicy morskiej PRL zauważył, że „przebiegłość usiłujących zbiec za granicę była tak różnorodna, iż na ogół każde przestępstwo nie było podobne do poprzedniego i następnego” – na przykład w 1950 r. co najmniej dwukrotnie usiłowano przeprawić się przez Bałtyk na prowizorycznych tratwach z wiosłami.
Przy tym ucieczka zaopatrzonym w silnik pontonem wydaje się niemal komfortowa. „Dnia 20.09.56 około godziny 8.30 rybacy kutra «Koł-5» zatrzymali na łowisku H-5 dwie osoby narodowości polskiej, które jechały na pontonie gumowym o wymiarach 2x4 wraz z motorkiem w kierunku Szwecji” – stwierdzał raport WOP. W dalszej części dokumentu funkcjonariusze rekonstruowali przebieg zajścia: „W dniu 19.09.56 obaj przestępcy zdecydowali się na przekroczenie granicy. W tym celu około godziny 22, po uprzednim rozeznaniu sytuacji na brzegu i na odcinku plaży publicznej, przenieśli z pobliskiego mieszkania, wydostając się przez okno, cały sprzęt na falochron od strony morza. Posuwając się w kierunku morza przestępcy szli koło betonowego płotu, wykorzystując cień jaki ówcześnie dawał ten płot. Skryci za falochronem uciekinierzy przez kolejne półtorej godziny montowali ponton, po czym, chcąc zatrzeć wszelkie ślady, ukryli opakowania od pontonu i motorka (papier, sznury) między kamienie, a następnie odbili od brzegu, wiosłując w kierunku północno-wschodnim, mniej więcej na kursie 45 stopni. Po odpłynięciu jakiś 20 km od brzegu uruchomili motorek i kontynuowali ucieczkę do momentu zatrzymania przez rybaków”.
W tym samym mniej więcej momencie dwukrotnie usiłowano pokonać Bałtyk kajakami, tylko lekko dostosowanymi do morskiej żeglugi – „wykonany z drewnianych żerdzi, następnie obciągnięto go płótnem napuszczonym płynem uniemożliwiającym przedostanie się wody, ponadto w kajaku przymocowali 30 dętek rowerowych i motorowych napełnionych powietrzem, poza tym cały kajak i wiosła zostały pomalowane na kolor czarny” – zapisano w raporcie WOP. „Za ostatnie pieniądze kupiliśmy chleba, szprotek z wędzarni. Wzięliśmy parę butelek wody, wrzuciliśmy nasze rzeczy, pożegnaliśmy się z kolegami, mówiąc, że za parę dni wrócimy i odpłynęliśmy. Uważaliśmy, że nasz plan jest doskonały” – wspominał Stanisław Rankin. Plan okazał się skuteczny – dotarli do Hamburga.
Najbardziej spektakularnej ucieczki morskiej dokonano jednak 31 lipca 1951 r., choć nią akurat nie zajmowały się służby WOP, lecz Marynarka Wojenna – i była ona starannie ukrywana przed opinią publiczną. Tym razem okręt był doskonale przystosowany do żeglugi, miał za sobą udział w kampanii wrześniowej na wodach Helu. „Żuraw” był niewielki, ale solidnie uzbrojony i tego właśnie dnia wybuchł na nim bunt marynarzy. Kilka godzin później przycumowali w szwedzkim Ystad, gdzie bez większych problemów otrzymali azyl polityczny. Polskie władze przez wiele lat naciskały na wydanie dezerterów, jednocześnie prowadząc ich poszukiwania na własną rękę – być może w celu uprowadzenia marynarzy do kraju.

Na drugim brzegu

„Walery” nie miał tak chlubnej przeszłości jak „Żuraw”, lecz na nim też była broń. Tchorek miał ją na wypadek, gdyby któryś z niewtajemniczonych w plan rybaków chciał ich powstrzymać. Przyznawał, że nie zamierzał strzelać, lecz z czasów konspiracji wiedział, że sam widok wycelowanego pistoletu skutecznie studzi emocje. Miał rację – nie wszyscy chcieli uciekać do Szwecji. Opornych zamknięto więc w kajucie i trzymano pod bronią. Ryzyko, że zawiadomią Kołobrzeg o porwaniu przez radio, wykluczyło odpowiednio umieszczone w urządzeniu sreberko z paczki papierosów, ale rybacy generalnie nie byli potulnymi ludźmi, o czym przekonywały liczne bójki w portowych tawernach.
Największym problemem były w tamtej chwili pozostałe polskie kutry. „Walery” wypłynął z sześcioma innymi jednostkami, ale niemal natychmiast przyspieszył i oddalił się od grupy. Nie było to dziwne – każdy szyper miał własne miejsca połowu i pozostali się do jego decyzji nie wtrącali. A jednak przedłużająca się nieobecność w zasięgu wzroku i brak kontaktu radiowego mogły zaniepokoić. Z morzem nie ma żartów – choćby w najlepszej wierze mogli wezwać pomoc. I prawdopodobnie tak właśnie się stało, bo nagle na niebie pojawił się samolot.
– Czym prędzej pobiegłem do sterówki, a Tadzik (Szkodowski – red.) zajął moje miejsce na dole – opowiadał Tchorek. – Chciałem podpłynąć bliżej dwóch duńskich kutrów rybackich. Niewiele myśląc, wpłynąłem między nie i szybko zgasiłem motor. Tamte kutry przykryły żółty kolor naszego. Ponieważ duńskie kutry malowane były na biało, a niemieckie na czerwono, łatwo można było nas rozpoznać. Nasze kutry oprócz żółtego koloru miały tę wadę, że bardzo dymiły. Jednak samolot przeleciał nad nami, zakręcił i poleciał w innym kierunku. Podziękowałem załodze duńskiej i z miejsca ruszyłem na całą szybkość do miejsca wyznaczonego w Szwecji, a był to mały port na wschód od Landskrony, nazywał się Simrishamn.
Dalszą drogę pokonali już bez przeszkód. Nie zwracali już uwagi na kopcenie z komina ani nie tracili czasu na ukrywanie się – płynęli pełną parą i wkrótce zobaczyli wybrzeża Szwecji. – Przyjęto nas bardzo dobrze – wspominał Szkodowski. – Zabrano nas na policję na krótkie przesłuchanie. Pytano, dlaczego przypłynęliśmy do Szwecji, czy może kuter ma awarię i potrzebujemy pomocy. Znając język niemiecki, odpowiedziałem w imieniu całej naszej piątki, że prosimy o azyl polityczny. Tymczasem do miasta poszła wiadomość, że w porcie stoi polski kuter. Zaraz zjawiło się bardzo dużo ciekawskich. Poczęstowano nas papierosami, owocami, nawet kawą i bułką. Bardzo szybko dostaliśmy też posiłek zamówiony przez policję. Na drugi dzień przesłano nas do obozu dla obcokrajowców w Landskronie i tam mieliśmy czekać na azyl.
Dostali go szybko. Szwedzi byli przyzwyczajeni do uciekinierów z Polski i nie robili zazwyczaj większych problemów. W archiwach straży granicznej nie ma pełnych statystyk, ale Henryk Kula ustalił, że w ciągu roku zatrzymywano co najmniej kilkuset Polaków usiłujących przedostać się za granicę przez Bałtyk. Przykładowo w 1947 r. tylko w Gdańsku, Gdyni i Szczecinie zatrzymano ich 887. Nie ma danych, ilu zatrzymać nie zdołano. Pewne pojęcie daje jednak na ten temat Biuletyn Sprawozdawczy WOP z czerwca 1946 r., w którym napisano wprost, że „cyfra ujętych przestępców jest tylko procentem tego, co nielegalnie granicę przekracza”.
Rybakami z „Walerego” władze nie zaprzątały sobie głowy, tak jak żołnierzami z „Żurawia”. Nikt ich nie szukał i nie uruchamiał dyplomatycznych kanałów w celu ich powrotu do kraju. Niektórzy wrócili z własnej woli, ale już po 1989 r. – zasadniczo jednak ułożyli sobie życie w Szwecji i Kanadzie. Żaden z nich jednak nie pracował już więcej na morzu.