statystyki

Nieprzemakalni z big-bandów. Nie są komercyjni, nie wypełnią sali koncertowej, ale grają i trzymają się z daleka od agencji

autor: Konrad Wojciechowski04.01.2020, 13:00; Aktualizacja: 04.01.2020, 19:43
festiwal, koncert, muzyka

Profesjonalny zespół, który liczy się na rynku, nie gra za wpływy z biletów, tylko za z góry umówioną stawkę. Wysokość honorariów to kwestia umowna. Wiele zależy od renomy zespołu.źródło: ShutterStock

Dają po kilka koncertów rocznie, a czasami wcale. Organizatorów nie stać na zatrudnianie kapeli, której muzyka nie mieści się w kanonie, a sam zespół nie mieści się na scenie.

magazyn okładka 3 stycznia 2020

magazyn okładka 3 stycznia 2020

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

M oda na big-bandy wybuchła w latach 30. i 40. XX w., kiedy nastała epoka swingu. Wtedy duże orkiestry jazzowe powstawały jak grzyby po deszczu. Nie dość, że grały głośno, to potrzebowały jeszcze sporo miejsca, aby pomieścić kilkadziesiąt instrumentów. Publiczność wstawała z krzeseł i – rzecz teraz w jazzie niespotykana – dawała się ponieść frenetycznemu tańcowi.

Dzisiaj big-bandy są zjawiskiem przypisanym raczej do muzyki poważnej. Ale nawet pod naszą szerokością geograficzną zdarzają się kapele, które zatrudniają po kilkunastu muzyków. Łączy je to, że nie grają klasycznego jazzu, występują sporadycznie i niechętnie wydają płyty z nową muzyką, na którą nie ma popytu. Agencje koncertowe mają dla nich dobrą radę: „Jak zmniejszycie skład o połowę, spadnie na was deszcz ofert”.

Ale oni są nieprzemakalni.

Grubo mielony razowy gryzie w uszy

Ciężkie, mroczne groove’y, gwałtowne tempa, kaskady dźwięków dalekie od tonalnej poprawności i melodie osadzone na modalnych skalach. Nie jest to muzyka, której słucha się przy kieliszku wina, bo sama ulega zmiennym nastrojom, operując między dramą a euforią. Generalnie ma dawać do myślenia. – Można powiedzieć, że nasze koncerty to jak przeżycie półtoragodzinnego katharsis – tak reklamuje muzykę Power of the Horns (POTH) twórca i lider zespołu Piotr Damasiewicz. Organizatorzy koncertów boją się zapraszać takie zespoły, branżowe media tytułują ich mianem dziwolągów, a publiczność, która nie wie, co ma o tym myśleć, na wszelki wypadek puszcza taką muzykę mimo uszu.

Powstałe w 2007 r. Power of the Horns nie jest typowym zespołem. To w zasadzie miniorkiestra na trąbkę, puzon, pianino, perkusję, dwa basy i trzy saksofony. W sumie dziewięć osób – taki skład figuruje na najnowszej płycie „Polska”, która wprowadza muzycznych śmiałków w meandry free jazzu. O grupie zrobiło się głośno po wydaniu albumu „Alaman”. To 75 minut muzyki na żywo, zagranej żywiołowo, z myślą o wyrobionym słuchaczu, któremu niestraszne niecodzienne harmonie, skomplikowane solówki, erudycyjne dialogi dęciaków i cały ten orkiestrowy sztafaż, który trudno sprowadzić do atmosfery filharmonicznego skupienia. Artyści cieszą się lokalnym rozgłosem, bo – jak twierdzi Damasiewicz – „Alamanem” zachwyciło się kilkadziesiąt osób z branży. A tu potrzeba kilku tysięcy słuchaczy, aby się rozgościć na rynku i wyrobić renomę. O ile w przypadku dziewięcioosobowego (czasami 11-osobowego) big-bandu, który na dodatek serwuje trudną w odbiorze muzykę, jest to w ogóle wykonalne.


Pozostało 80% tekstu

Prenumerata wydania cyfrowego

Dziennika Gazety Prawnej
9,80 zł
cena za dwa dostępy
na pierwszy miesiąc,
kolejny miesiąc tylko 79 zł
Oferta autoodnawialna
KUPUJĘ

Pojedyncze wydanie cyfrowe

Dziennika Gazety Prawnej
4,92 zł
Płać:
KUPUJĘ

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie